„Terminator Ocalenie” był jednym z najbardziej oczekiwanych przez mnie filmów tego roku. Atakowany zewsząd, jeszcze na długie miesiące przed premierą, zdjęciami z filmu, ciekawymi i klimatycznymi zwiastunami - dałem się wciągnąć w medialną łapankę. Niedawny artykuł w „Nowej fantastyce” Ł.Żurka, który fantastycznie wyjaśnił fenomen dwóch pierwszych części kinowego cyklu, jeszcze zaostrzył mój apetyt na nową odsłonę kultowego cyklu. Choć mój racjonalizm podpowiadał co innego, oczekiwałem nowego otwarcia serii w naprawdę dobrym stylu. „Terminator Ocelenie” miał wyrwać sagę o elektronicznych mordercach z jałowego kręgu twórczej niemocy i rzucić ją na zupełnie nowe tory. Jak się jednak okazało film w żadnym, nawet najmniejszym stopniu, nie udźwignął oczekiwań.
Wyjątkowo nie będę rozpisywał się o fabule, bo tak naprawdę w „Terminator Ocalenie” nie ma ona większego znaczenia. Twórcy całą swoją twórczą moc ukierunkowali na obrazowanie efektownych eksplozji i wymyślenie nowych modeli terminatorów. Oglądając film przeskakujemy od jednego wybuchu do drugiego, na próżno szukać budowania napięcia i co najgorsze specyficznego klimatu, jaki dało się odczuć w dwóch pierwszych odsłonach „Terminatora”. Brak klimatu boli najbardziej, bo przecież akcja „Ocalenia” toczy się w postapokaliptycznym świecie, gdzie resztki ludzkości walczy o przetrwanie. Wręcz narzuca się więc prośba o przekazanie chociażby ułamka panujących ogólnych nastrojów ocalałych. Nawet w krótkich kilku scenach z przyszłości w pierwszym Terminatorze - ten posępny i przygniatający klimat dało się wyczuć. W najnowszej odsłonie po prostu biernie oglądamy kolejne obrazy, które nie zmuszają do jakiejkolwiek refleksji i co gorsza wręcz odzierają widza z jakichkolwiek emocji.
Pierwsze 30-40 minut filmu jest wręcz dramatycznie słabe. Akcja budowana jest w sposób aż nadto chaotyczny, bez ładu, składu i planu. Z ekranu wieje potworną nudą i totalną jałowością, wówczas miałem szczerą ochotę opuścić kino, bowiem „Terminator Ocalenie” okazywał się dziełem wyraźnie odstawiającym nawet od słabej trzeciej części. W siedzeniu zatrzymała mnie tylko magia kultowego cyklu i nadzieja, że to co warte obejrzenia jeszcze przede mną.
I w sumie miałem racje, gdyż dalsza część filmu okazała się już lepsza i warto było pozostać do końca seansu. Akcja nabrała tempa, fabuła się poukładała w nieco bardziej sensowną całość i nawet byłem ciekaw, co będzie dalej. Po tych pierwszych 30-minutach porzuciłem definitywnie nadzieję na to, że „Ocalenie” będzie dziełem ponadprzeciętnym i może też dlatego łatwiej mi było odbierać kolejne sceny.
Najbardziej godna polecenia jest ostatnia część filmu, gdzie akcja toczy się w siedzibie Skynet’u. Na te parę minut zostałem przykuty do fotela oglądając m.in. walkę Connora z T-800. Jest to jedyna część filmu godnie oddająca klimat części nakręconych przez Camerona. Niestety nie wprowadzono tutaj nic nowego, więc jest to tylko udana wariancja scen z poprzednich filmów. Wrażenie to podkreśla jeszcze młoda twarz Schwarzeneggera, wyjęta z klatek starszych filmów. Jego wyłonienie się z kłębów pary wywołało aplauz publiczności i burzę oklasków na sali. Był to też jedyny moment w filmie, gdy terminator potrafił wywołać dreszcz strachu na plecach. Smutne, gdyż zdaje się, że już nic nigdy nie będzie w stanie przebić wzbudzającej strach ikony Terminatora. O ostatnich scenach „Terminatora Ocalenie” nie warto nawet wspominać – banalne teksty, bez jakiegokolwiek przesłania zmuszającego do głębszego zastanowienia się. I taki właśnie jest ten film - naszpikowana efektami papka psująca tylko pozytywny odbiór całej sagi. Co gorsza znacznie więcej emocji dostarczyła mi określona mianem gniota – poprzednia część Terminatora.
Słowem o grze aktorów –jest nijaka. Christian Bale gra niemal z identyczną maską bez uczuć na twarzy jak w ostatnim Batmanie. Widać, że ten aktor wypalił się po „Equilibrium” i „Mechaniku”. Podobnie też jak w Batmanie gra praktycznie rolę drugoplanową (!). Twórcy zdecydowali się bowiem, że wątkiem przewodnim filmu nie będą rozterki Connora, ale wyjaśnienie pochodzenia i celu działań nieznanemu nikomu Marcusa Wrighta (Sam Worthington). Jak dla mnie posunięcie w zupełnie nie odpowiednią stronę.
Co w filmie warto polecić? Efekty wizualne, ale także, a nawet przede wszystkich niezwykle dopracowane efekty dźwiękowe. To tylko dzięki nim w kilku scenach poczułem dreszcze na karku i też dzięki nim film obronił się przed całkowitą krytyką z mojej strony. Aż strach pomyśleć, jak odebrałbym „Ocalenie”, gdybym oglądał go w domowym zaciszu, na zwykłym telewizorze. Dla scen, gdy np. przelatywał myśliwiec Skynet’u i fizycznie czuło się wibrację powietrza wypluwanego z dysz, warto zakupić zestaw głośnikowy 5.1. Podobnych doznać było co niemiara podczas całego filmu. W tym elemencie film dorównywał „Wojnie Światów” i nawet kilka scen do tego działa nawiązuje. Widać zatem skąd twórcy czerpali inspiracje.
Podsumowując - „Terminator Ocalenie” jest działem przeciętnym, a nawet można powiedzieć, że bardzo słabym. Fabuła nie dość ,że nie jest wciągająca, to jeszcze bardzo często zauważyć w niej można niezrozumiałe luki i niedociągnięcia. Film pozbawiony jest klimatu starszych części cyklu. Specyficzna atmosfera została dosłownie przygnieciona przez masywne szczątki terminatorów, które zawładnęły wątkiem fabularnym, nie mówiąc już o jakimkolwiek przesłaniu. Nic więc dziwnego, że dość odważna osoba, która w momencie ukazania się końcowych napisów pokazu premierowego zaczęła klaskać w geście uznania dla filmu – została momentalnie wyśmiana przez resztę widzów.
Film odradzam każdemu, kto ma duże oczekiwanie, co do nowej odsłony cyklu. „Terminator Ocalenie” nie tylko nie potrafił udanie przestawić sagi na nowe tory, ale również nie przedstawił nic godnego dalszej kontynuacji. A te niestety będą. Na następną część już raczej do kina się nie wybiorę. „Ocalenie” to dobra, „popcornowa”, wizualna i dźwiękowa rozrywka, jakich ostatnio mnóstwo wśród Hollywoodzkich produkcji i niestety nic więcej. Jedynie ze względu na sentyment do samego cyklu należy ten film obejrzeć. Po obejrzeniu można, a nawet trzeba go jak najszybciej zapomnieć.
Niestety muszę się zgodzić. Czekałem na ten film z wypiekami na twarzy, jako że zawsze w poprzednich Terminatorach najbardziej pociągały mnie sceny z przyszłości, i liczyłem na mroczny, ciężki film wojenny (jak zresztą był zapowiadany...) o wojnie przyszłości. Otrzymałem teledysk - kilka pozlepianych scen, bez większego uderzenia. Karygodnym błędem był rzucenie widza od razu w wir (zresztą niezbyt ciekawych) wydarzeń, zamiast ukazania jak wygląda świat i cywilizacja po Dniu Sądu.