Film “Ghost in the Shell” wzbudza skrajne emocje. Miłośnicy oryginalnego anime, wylewają w sieci swoje frustracje, iż z głębokiego dzieła o wyraźnym podkładzie filozoficznym, zrobiono dość płytkie i bez wyrazu kino rozrywkowe. Mimo iż ja również uwielbiam pierwowzór i nie podobały mi się rewolucje aktorskiej wersji kultowego anime, postanowiłem z uśmiechem wybrać się na seans, mocno się dystansując i licząc, że film czymś mnie pozytywnie zaskoczy. I co się okazało?
Film Sandersa to całkiem dobre widowisko, pełne sprawnie zrealizowanej akcji, doskonałych efektów specjalnych oraz futurystycznego i cyberpunkowego klimatu. Wizualnie prezentuje się tak specyficznie, iż przebija się do wąskiego grona najciekawszych w tym elemencie dzieł sci-fi.
Owszem, fabularnie film odstaje wyraźnie od animowanego oryginału, brakuje w nim emocji, dramaturgii i wyrazistych postaci (z drobnymi wyjątkami). Jednak przed seansem dokładnie tego się spodziewałem. Wizyta w kinie dostarczyła mi ciekawych wrażeń. Zapraszam do pełnej recenzji!
Fabuła / Opis:
Major Mira Killian (Scarlett Johansson) jest cyborgiem, działającym w ramach tajnej organizacji o nazwie „Sekcja 9”, specjalizującej się w zwalczaniu przestępczości wykorzystującej nowoczesne technologie. Major prowadzi śledztwo w celu namierzenia niebezpiecznego przestępcy – Hideo Kuze, który walczy z korporacją Hanka, monopolizującą rynek cybernetycznych implantów.
Recenzja filmu Ghost In The Shell 2017
Młody reżyser (Rupert Sanders), który dotychczas „bawił się” shortami i zaliczył reżyserię niezbyt ambitnego filmu „Królewna Śnieżka i Łowca”, porwał się na adaptację obrośniętej kultem produkcji, anime, której jest, jak sam przyznał, wielkim fanem.
Jego film Ghost In The Shell 2017 jest po części aktorską wersją jednego z najważniejszych anime w historii cyberpunk o tym samym tytule, które osobiście stawiam obok najlepszych dzieł filmowych z gatunku science-fiction. Warto przypomnieć, że ów ponadczasowa animacja Mamoru Oshii z 1995 roku zainspirowała m.in. (wówczas jeszcze braci) Wachowskich do stworzenia „Matrixa”, a dla wielu twórców kina SF była mocną inspiracją.
Sanders zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Gdy reżyser zaczął zagłębiać się w temat, szybko przyznał, że nie będzie w stanie właściwie oddać „na kliszy filmowej” głębi i zawiłości fabuły pełnometrażowego anime. Postanowił zatem zmiksować elementy fabularne oryginału z pomysłami zaczerpniętymi z serialu „Ghost In The Shell: Stand Alone Complex”, postawił na aspekt wizualny, budowanie futurystycznego klimatu, a sferę fabularną postanowił mocno uprościć.
Jak wypadł efekt finalny jego pracy? Czy nie lepiej było zostawić kultową serię w spokoju? Czy głośno komentowane „wybielenie” postaci Motoko i zatrudnienie do jej roli Johansson, było właściwym ruchem?

Przyznam się Wam szczerze, że wszelkie moje obawy, co do jakości i kontrowersyjnych posunięć twórców, odpłynęły niczym sny po przebudzeniu, gdy kontemplowałem pierwsze sceny dzieła Sandersa wyświetlane na dużym ekranie. Coś we mnie momentalnie pękło, gdy humanoidalna sylwetka kształtującego się cyborga lewitowała w objęciach organicznej mazi, niemal w całkowitej ciszy i bez akompaniamentu magicznych, dalekowschodnich dźwięków kompozycji Kenjiego Kawai. Dobitnie doszło do mnie, że będę oglądał inny film i przeżywał inne emocje niż 20 lat temu, gdy pierwszy raz odkrywałem wizję japońskiego twórcy.
Dwie dekady w kinematografii to jednak szmat czasu, wiele w tym czasie się zmieniło, rzeczywistość zweryfikowała dawne wyobrażenia, a cyberpunk przestał być tak mocno pociągający. Wiele stracił ten gatunek ze swojej dawnej rewolucyjności, podszytej nieco anarchistycznym i utopijnym pragnieniem poszukiwania prawdziwej wolności, wyrwania się z systemu poprzez cybernetyczne łącza do wirtualnych i niekontrolowanych przez nikogo światów lub niezniszczalnych ciał nie do ujarzmienia.
Po pierwszym scenach aktorskiej adaptacji „Ghost In The Shell” wiedziałem już, że czar prysnął dawno temu, że choćby nie wiem jak mocno Sanders starałby się przedstawić zalety oryginału, to nie uda mu się zaszokować widza, tak jak Mamoru Oshii.
I w sumie odetchnąłem z ulgą na myśl, że reżyser doszedł do podobnych wniosków i już na starcie sugerował widzowi odejście od powielania anime z dokładnością kserokopiarki. Zrozumiałem, że zaczynałem oglądać odrębny film, który wizualnie i fabularnie miał oczywiście mocno czerpać z oryginału, ale jednocześnie miał stanowić pewną wariację tematyki. Rezygnacja z wiernego odwzorowania i fabularny kogel mogel na jaki postawił reżyser, dla jednym będzie stanowił wyraźną skazę tej produkcji, dla innych jednak może być zaletą, która ustawi nowego „Ghosta” na półce podpisanej najlepsze filmy SF 2017 roku, obok innych ciekawych produkcji tego roku.

Strona fabularna filmu lekko, aczkolwiek pozytywnie mnie zaskoczyła, i to mimo, iż twórcy zdecydowali się mocno spłycić dobrze znaną historię oraz ją nadmiernie zamerykanizować, pozbawiając jednocześnie mroku oraz wręcz poetyckiej głębi oryginału. Nie będę Was oszukiwał i twierdził, iż takiego zabiegu się nie spodziewałem. Pewnie wielu z Was miało podobne i jak się okazało słuszne przeczucia.
Obdarcie filmu z pytań nie tylko o istotę człowieczeństwa w cybernetycznym świecie, ale i potraktowanie po macoszemu intrygującej kwestii powstania tytułowego ducha gdzieś w chaosie nieorganicznym łączy, da się jednak wybaczyć. O owe wybaczenie jest łatwiej, gdy skupimy się na jasnych aspektach wynikłych ze wspomnianych już wariacji fabularnych między filmem a serialem oraz dorzucenia do tego miksta paru niespodzianek.
Aktorski film „Ghost in the Shell” okazał się bowiem opowieścią przede wszystkim o roli wspomnień w kształtowaniu zarówno naszej tożsamości, jak i społecznej, rodzinnej przynależności.
W tak nakreślonym wątku fabularnym jak ryba w wodzie czuje się Major, grana przez Scarlett Johansson w sposób nad wyraz czułostkowy względem bohaterki z oryginału. Stworzona przez nią postać cyborga o subtelnym, kobiecym wnętrzu, zaskakująco podatnego na wpływy męskiego, zewnętrznego świata, nabiera nieoczekiwanie sporej oryginalności, zwłaszcza w zestawieniu z silną mentalnie i niezachwianą w dążeniu do celu Motoko rocznik 95. Wg mnie Scarlett wniosła odrobinę świeżości w swoją postać, nadała jej innego charakteru. W cyborgu zaszczepiła odrobinę siebie i swojego naturalnego wdzięku, który o dziwo może przeszkadzać tylko w początkowych scenach filmu.
Motoko’95 budziła podświadomy niepokój u widza, związany z niezrozumieniem bytu, kryjącego się za jej sztucznymi oczami. Major 2017 jest nam zdecydowanie bliższa, widzowi łatwiej wejść w jej skórę.
Nie wszyscy z Was zaakceptują taką zmianę, ale trzeba przyznać, że w filmie Sandersa, Johansson potrafi się obronić, szczególnie po chwycie scenarzystów tyczącym się tej postaci, czego naturalnie nie będę zdradzał.
Mówiąc o grze aktorskiej należy wyróżnić nieśmiertelnego Takeshi Kitano, który wybornie wcielił się w rolę szefa Sekcji 9, Aramakiego. Aktor ten nadal ma w sobie ogromną charyzmę, skrytą pod pozornie cyniczną maską. Każde zbliżenie kamery na umęczoną twarz Aramakiego wywoływało wręcz fizycznie odczuwalne spięcie między widzem a ekranem.
Pilou Asbæk w roli Batou, zawodowego partnera bohaterki, sprawdził się bardzo dobrze. Nigdy nie wychodził on przed szereg i tak jak w anime był bohaterem drugiego planu. Wyjątkowo dobrze odbierało się stworzoną przez aktora postać w scenach akcji i z wykorzystaniem slow motion.

Dobrze wypadła również Juliette Binoche jako przejęta losem głównej bohaterki Dr Ouelet. Aktorka włożyła wiele serca w rolę i mocno starała się, aby uwiarygodnić postać oraz zostać zapamiętana przez widzów na dłużej niż tylko chwilę po seansie. Momentami starała się aż za mocno, niemniej cel pracy udało jej się osiągnąć.
Moim zdaniem zawodzi natomiast Michael Pitt w roli Kuze. Nie ma tutaj dużej winy aktora, lecz raczej scenarzystów. Nie potrafiłem bowiem uwierzyć w tą postać i im więcej o niej się dowiadywałem podczas seansu, tym mniej okazywała się dla mnie interesująca. Lepiej dla filmu byłoby, gdyby Kuze nie zrzucał kaptura i pozostał tajemniczy, nierozszyfrowany aż do końca.
Twórcy filmu byli aż nadto bezpieczni w kolejnych zwrotach akcji i kreowaniu postaci. Wspomniany Kuze przewinął się przez wątki fabularne tak subtelnie, aby ani razu nie przysłonić Major. Dość niewdzięczna rola i postać mocno kontrastująca z Władcą Marionetek, znanym z oryginału.
Pora przejść do najjaśniejszego aspektu „Ghost In The Shell” – scenografii i wrażeń wizualnych. Muszę przyznać, iż dawno nie widziałem filmu tak dopieszczonego wizualnie w każdym, najdrobniejszym szczególe. Multikulturowa metropolia, rozjarzona neonami reklam i gigantycznych wieżowców jest istnym popisem speców od scenografii i grafiki komputerowej.
Twórcom udała się rzecz niezwykła, gdyż potrafili zespolić pozornie kontrastujące ze sobą elementy w jedną, spójną wizję. Po trailerach obawiałem się nadmiernej pstrokatości, plastikowego świata i kiczu. Wystarczy spojrzeć na poniższy screen z rzutem miasta, aby zrozumieć, o czym mówię. W kinie jednak ani razu nie odniosłem takiego wrażenia. Wbrew logice idealnie pasowały do siebie brudne, mroczne, popękane uliczki, nad którymi górowały betonowe, upszczone technologią drapacze chmur oraz agresywne światła neonów i potężnych trójwymiarowych reklam. Najlepsze, że wizja Sandersa, mimo iż mocno posiłkuje się anime, nabiera własnego, odrębnego charakteru.
Jeżeli nie przemawiają do was aspekty fabularne filmu, warto się przejść do kina by podziwiać wizualny majstersztyk „Ghost In The Shell”!

Podsumowując – film Ghost in the Shell 2017 to dobre widowisko, pełne doskonałych efektów specjalnych i futurystycznego klimatu, wizualnie przebijające się do wąskiego grona najciekawszych w tym elemencie dzieł science-fiction. To kino przede wszystkim przesiąknięte dobrze zrealizowaną akcją i nawet nadużywanie starzejącego się już slow motion jej nie szkodzi.
Należy docenić, iż przy dużym tempie filmu, Sanders nie zrezygnował z oddania scen spowolnienia, nabrania dystansu do szalonego życia w mega-metropolii, co tak mocno lubię w oryginale. Nie zabrakło pamiętnej sceny z łódką, nurkowania głównej bohaterki, czy hipnotyzujących przelotów olbrzymich helikopterów, wiszących nad miastem niczym złowrogie cienie.
Natomiast skarcić należy twórców za oprawę muzyczną. To co słyszymy podczas trwania filmu nie ma nic wspólnego z kultowymi kompozycjami Kawai. Jest za bardzo jałowo, a muzyka w niewielkim stopniu poprawia wrażenia wizualne i nie potęguje dramaturgii. Jak gdyby soundtracka w ogóle nie było.
Fabularnie film odstaje o całe lata świetlne od animowanego oryginału, ale wszyscy się tego spodziewaliśmy. Scenarzyści porzucili prowokujące aspekty anime na rzecz jakże efektownej akcji, spłaszczyli temat, wygładzili i dostosowali fabułę do łatwo przyswajalnej formy, nie zostawiając widzowi dużego pola na własną interpretację i podając zbyt wiele na tacy.
W takiej sytuacji ciężko widzowi poczuć silną więź z którymkolwiek z bohaterów, czy szczególnie przejąć się ich losem. Brak emocji najbardziej odczuwa się w połowie filmu, kiedy już opada entuzjazm wywołany wrażeniami wizualnymi, a fabuła nie ma walorów, które mocno przykują naszą uwagę. Będziecie zatem ziewać.
Końcówka znów Was jednak obudzi. Mimo iż nie będzie satysfakcjonująca emocjonalnie i nie pozostawi przysłowiowej rysy, dostarczy jednak wybornych audio-wizualnych wrażeń i z kina wyjdziecie co najmniej usatysfakcjonowani.
Miłośnicy anime na pewno znajdą wiele powodów do narzekań, ale ostatecznie powinni przyznać, że aktorski „Ghost In The Shell” da się obejrzeć, a jego powstanie nie było karygodnym błędem.
Aktorska adaptacja nie zrobi wielkiej krzywdy oryginałowi, bo ten nadal zostanie niedoścignionym wzorem poetycznego cyberpunku z głębokim przesłaniem.
Nowy „Ghost” powinien natomiast zainteresować oryginałem przynajmniej część młodszych widzów, którzy skuszeni adaptacją sięgną po anime z 1995 roku, produkcji, o której pierwszy raz usłyszeli właśnie dzięki filmowi Sandersa. To raczej dobrze, prawda?
Film mogę polecić wszystkim miłośnikom niezłego kina akcji i efektownego science-fiction.
Dla oddanych fanów animacji Mamori Oshii mam dobrą radę – spróbujcie się zdystansować, tak jak mi się to udało, a nowego „Ducha” traktować jako zaledwie wariację na temat i porządne kino akcji w futurystycznych, cyberpunkowych klimatach. Fabularnie film na pewno Was zawiedzie, lepiej zatem skupić się na pozytywach i cieszyć z seansu. W przeciwnym wypadku lepiej sobie darować wizytę w kinie, gdyż może to być forma nikomu niepotrzebnego masochizmu ;).
OCENA: 6/10
źródło zdjęć artykułu: https://alienhive.pl/film-ghost-in-the-shell-2017/
Zwiastun Ghost In The Shell 2017 / Trailer
Ciekawy artykuł? Oceń:



