Film Melancholia okazał się dziełem bez wątpienia przedziwnym, jeszcze niespotykanym i co najważniejsze poruszającym. Lars von Trier umiejętnie połączył w nim kilka filmowych typów od działa katastroficznego, science-fiction, dramatu psychologicznego, po thriller, a nawet po części horror. Efekt tego melanżu jest niezwykle oryginalny i hipnotyzujący. Jeszcze nigdy na kinowym ekranie nie próbowano w tak odważny i eksperymentalny sposób zaprezentować widzowi wizję końca naszych dni. Czy eksperyment Triera się powiódł? Wg mnie jak najbardziej tak. Wiele jednak osób może nie zrozumieć, odrzucić lub nawet znienawidzić jego nietypową formę. Jedno jest jednak pewne – obok takich dzieł nie da się przejść obojętnie.
Emocje do jakich zmusza film Melancholia są zdecydowanie mocniej odczuwane zwłaszcza jeśli porównamy dzieło Triera do spektakularnych wizualnie, ale i często płytkich emocjonalnie filmów katastroficznych wychodzących wcześniej z największych amerykańskich wytwórni. Trier zrozumiał, że ważniejsze od widowiskowych eksplozji jest oddanie klimatu oczekiwania na dzień końca oraz przedstawienie wewnętrznej walki bohaterów, a raczej bohaterek filmu z kłębiącymi się w ich głowach i często sprzecznymi odczuciami.
Film Melancholia zaczyna się od efektownego prologu – przy niepokojącej muzyce symfonicznej, z kosmicznej perspektywy przeżywamy najważniejsze przebłyski całej fabuły. Wybrane sceny w formie zapierających dech, estetycznych obrazów, zapowiadają dzieło, które będzie miało za zadanie poruszyć widza. W tym elemencie da się wyczuć delikatne nawiązanie do najsłynniejszych scen „Odysei kosmicznej 2001”. Maksymalnie spowolnione zdjęcia są owszem piękne, ale głębszego znaczenia nabierają dopiero po obejrzeniu całego filmu. Na jego początku wywołują głównie dobre wrażenie estetyczne. Osobiście odebrałem je jako dość nachalny i niepotrzebny symbolizm. Później jednak zmieniłem zdanie.
źródło: http://huckcdn.lwlies.com/
Wszystko, co oglądamy w Melancholii składa się z dwóch części. Mamy dwie główne bohaterki o dwóch przeciwstawnych podejściach do rzeczywistości, do życia oraz śmierci i nawet do oczekiwań innych wobec nich. Mamy dwie, łączące się w tańcu śmierci planety – niewielką, ustabilizowaną i pełną życia Ziemię oraz martwą, potężną Malencholię, tymczasowego gościa, przedzierającego się brutalnie przez Układ Słoneczny. Sam film jest również podzielony na dwie części, które jednak się uzupełniają.
Akcja pierwszej z nich, nieco przydługiej i odrobinę męczącej, rozgrywa się na weselu Justine. Nie bez powodu autor zdecydował się tutaj właśnie na przedstawienie wesela. Czyż wśród ludzkich obyczajów znajdziemy wydarzenie bardziej sprzyjające do wyrażania radości i dawania upustu typowym uciechom? Radość życia i smutek wynikający ze świadomości jego straty, mają ścierać się jak diametralnie odmienne podejście do rzeczywistości dwóch sióstr oraz dwie różne planety. I tak normalne na początku, szczęśliwe wesele, stopniowo przeinacza się w prywatną katastrofę Justine i w farsę dla członków jej rodziny oraz gości. Wszystko za sprawą chwiejnej i melancholijnej Justine, która zdaje się wiedzieć i przeczuwać więcej niż wszyscy jej goście na weselu. Mimo usilnych prób nie potrafi cieszyć się chwilą, gdyż jednocześnie jest świadoma jej ulotności. Jej podświadomość zdaje się przeczuwać rychły koniec wszystkiego. Nic więc dziwnego, że świadomie pcha się w objęcia głębokiej depresji.
Justine przestaje być postacią odbieraną negatywnie w drugiej części filmu, kiedy to autor skupia się mocniej nad odczuciami zawsze odpowiedzialnej, dobrze usytuowanej i na pozór szczęśliwej siostry. Jej nieudolne „próby” pogodzenia się z nadchodzącą katastrofą są niemal karykaturalne, zwłaszcza przy dojrzałym podejściu naprawdę pogodzonej z losem i dosłownie kąpiącej się w świetle zagłady Justine. To jej odpowiednikiem (symbolem) jest planeta Melancholia. A może Justine i złowrogą planetę można nawet odbierać jako jedność? Są przecież tak samo pociągające, piękne i destrukcyjne zarazem.
źródło: www.audienceseverywhere.net
Film Melancholia zaszczepia nam niepokój, na dłuższą chwilę wytrąca ze schematu życia z dnia na dzień. Zmusza do przemyśleń. Lars von Trier pozostawia widzowi dość pokaźny margines interpretacji. Zapewne każdy odbiorca nieco inaczej będzie odpowiadał sobie na zadane przez Triera pytanie – jak zmierzyć się z wizją nieuniknionej i rychłej apokalipsy? Czy mamy biernie czekać, a może rozpaczliwie uciekać? Czy delektować się imponującym spektaklem z perspektywy pierwszego rzędu, czy też zamknąć oczy i zakryć uszy? Czy stawić dumnie czoła przeznaczeniu, czy też do ostatniej chwili miotać się, szukać i trzymać się złudnej szansy przetrwania.
Czy cokolwiek byśmy nie zrobili ma w ogóle jakiekolwiek znaczenie? Przecież niezależnie jaką ścieżkę obierzemy – czy melancholijnej Justine, czy zrównoważonej Claire, a może samolubnego jej męża – wszystkich nas ostatecznie dosięgłaby cisza i czerń, jakie pochłonęły widzów w ostatniej scenie Melancholii.
Tytuł oryginalny: Melancholia
Reżyseria: Lars von Trier
Oficjalna strona filmu: http://www.melancholiathemovie.com/
Premiera w Polsce: 27 maja 2011
OCENA: 9/10
Jak oceniasz film „Melancholia”?



Film momentami ciężki, ale jest coś, co przykuwa. Raczej nie polecam osobom ze skłonnościami do depresji – swego czasu po obejrzeniu podobnego w wymowie 'Ostatniego brzegu’ byłem ciężko przygnębiony przez parę dni. Tu na szczęście nie ma tak drastycznie wyeksponowanej fizjologii i naturalizmu sytuacyjnego jak w klasyku fall-out, ale i tak do śmiechu nie jest. Nawet największa nuklearna rozróba jest jak wystrzał z kapiszona w porównaniu z kolizją z tak dużym ciałem niebieskim.
Uwielbiam filmy Trier’a. Ten jednak zupełnie do mnie nie przymówił. Może dlatego, że sam borykam się z depresją. Nie widzę już szans wyjścia i chyba dlatego już nie czuję tej sztuki.
Zastanawiają mnie jedynie liczby pojawiające się w filmie.
Nawet oczywiste puszczenie oka do największego w mojej opinii dzieła w historii kina czyli 'Przełamując Fale’ nie zrobiły wrażenia, choć zdawałoby się iż powinny.
Może się to wydać dziwne ale jako podkład do pierwszych scen filmu widziałbym jakiś nastrojowy blues. Przypadkowo zaczynając oglądać film zamiast dźwięku ze ścieżki włączyłem blues radio myśląc, że to właściwy dźwięk z filmu. I paradoksalnie w takim zestawieniu pierwsze sceny spowodowały małe ciarki na plecach.
Jeżeli kiedykolwiek uda mi się wyleczyć z depresji obejrzę to jeszcze raz.
Naprawdę lubię eksperymenty Trier’a (zawsze to było święto gdy można było zobaczyć w kinie nową jego produkcję) ale ten film nie zachwycił.
Nawet prawdziwa scena z nie mogącą wejść do wanny Justine.
Na mnie film zrobił ogromne wrażenie, pozostawiając mnie po zakończeniu wbitego w fotel. Przez pierwsze 15 minut po seansie, zastanawiałem się po co właściwie została nakręcona ta pierwsza część? Wszystko zostało zawarte w drugiej, emocje, panika i opanowanie z drugiej strony. Ochrona dziecka przed ostatnimi chwilami strachu. Jednak zdałem sobie sprawę, że w pierwsza część mogłaby być osobnym filmem, gdzie problemy JUSTINE byłyby głównym wątkiem. Współczułbym jej i jej siostrze tej dramatycznej sytuacji skłóconej rodziny, tego dramatycznego wesela, które już zapowiedziało rozwód. I nagle okazuje się że te potworne problemy są zupełnie nieważne. Za chwile przestaną istnieć……
Może właśnie o to w filmie chodzi. Stwarzamy w życiu sztuczne problemy, a naprawdę ważne rzeczy nam umykają.
Film polecam każdemu, pod warunkiem, że ma czas na oglądanie. Nie nadaje się on jako dodatek do piwa i kumpli.
Film mi się bardzo podobał, jak również artykuł. Ja na początku trochę nadto chyba doszukiwałem się głębszego znaczenia już w imionach bohaterek (JUSTINE – JUST IN TIME, CLAIRE skojarzyło mi się z CLEAR – fonetycznie brzmi podobnie).
Scenę kończącą wesele odebrałem jako nawiązanie do końca świata Justine, bo straciła najważniejszych ludzi w życiu – rodzinę, męża i prace, nawet gości weselnych nie było. Jak wyszedłem z kina to się zastanawiałem nad tym, która postawa była właściwsza czy zrobić jak Justine, która wiedziała co się stanie, wydawała się prawdziwie nie ukazywać emocji i tak naprawdę nic nie zrobiła, bo wiadomo, że to bez sensu chwile przed zagładą, czy jednak pozwolić Claire posłuchać Bethovena, i napić się wina, choć to wydaje się tylko wymysłem człowieka, który w desperacji szuka odpowiedniego przeżycia chwili. Co jest właściwszym podejściem przejść przez życie prawdziwie bez emocji, czy fikcyjnie tworzyć sobie dobrą atmosferę chwil – oto pytanie, z którym zostawił mnie ten film…