VII część “Gwiezdnych Wojen” stanowi prężnie zrealizowane, emocjonujące i klimatyczne “ogniwo” spajające oczekiwania różnych pokoleń miłośników kosmicznej sagi. Produkcja powinna zadowolić oczekiwania wszystkich tych, którzy w latach 80-tych z przejęciem oglądali “Gwiezdne Wojny” na salach kinowych. „The Force Awakens” ma wiele atutów, by teraz ukraść serca przedstawicielom młodego i najmłodszego pokolenia. Niemniej film J.J. Abramsa nie jest wolny od wad…
Należę do pokolenia, które wychowało się na „Star Wars”, które na machiny kroczące mówiło „śniegołazy” i które wie, co to znaczy stoczyć imperialną bitwę podczas międzylekcyjnej przerwy, bez udziału komputera czy komórki, lecz za pomocą gumowanych figurek szturmowców, noszonych przez każdego ucznia w kieszeni fartuszka.
Nie jestem w stanie opisać, co „Gwiezdne wojny” zrobiły w głowie bardzo młodego człowieka o więcej niż bujnej wyobraźni, jakim byłem, gdy wchodziły na polskie ekrany. Napiszę tylko, że nie byłoby Swiatkowski.net, ani tego artykułu, gdyby saga Lucasa nigdy nie trafiła do kin. „Star Wars”, podobnie jak saga „Obcy”, znacznie przyczyniły się do mojej nieuleczalnej choroby zwanej „fascynacja fantastyką”.
Każda premiera „Gwiezdnych wojen” jest dla mnie dobrym powodem do wspomnień i sentymentalnych uniesień. Niemniej nie będę Was zanudzał moimi refleksjami na temat całej sagi i jej ogólnego, niepodważalnego wpływu na światowe kino. Wspomnę tylko ważną kwestię, która spowodowała pewien niesmak przy odbiorze „Przebudzenia Mocy”. Zacznę zatem od negatywów produkcji, a tych się trochę nazbierało.
Wydaje mi się, że nikt zbiorowej fascynacji uniwersum „Gwiezdnych wojen” i jego wpływu na całe pokolenia miłośników fantastyki nie mógł ani zaplanować, ani przewidzieć. Siłą pierwotnej wizji George’a Lucasa była w dużej mierze twórcza spontaniczność, pewna doza nieskrępowanego szaleństwa, która w latach 80-tych emanowała z kina nowej przygody.
Czy po 30 latach marketingowych doświadczeń, stałym umacnianiu marki Star Wars i lustrowaniu wymagań fanów, możemy jeszcze mówić o owej spontanicznej twórczości? Szczerze wątpię by J.J. Abrams miał tyle swobody, co Lucas reżyserując chociażby niezbyt dawne, prequelowe epizody I-III, a o „Nowej nadziei” nie wspominając.
Nawet jeżeli prawda była odmienna, odnoszę wrażenie, że Abramsowi narzucono ścisłe ramy czy widełki, w których mógł się poruszać oraz odgórnie nakazano powstrzymać się od nadmiaru eksperymentów. Film „Gwiezdne Wojny VII: Przebudzenie Mocy” emanuje bowiem wtórnością, powielaniem schematów fabularnych i sztandarowych wątków kultowych części sagi, a zwłaszcza „Nowej nadziei”.
Disney tą produkcją najwyraźniej chciał uspokoić fanów „Gwiezdnych wojen”, obawiających się nadmiernego zmienienia sagi i przekształcenia jej w bliżej nieokreśloną, płytszą formę.
Stworzono zatem film bezpieczny, czerpiący garściami ze sprawdzonych już elementów fabularnych, mający, nieco zbyt nachalnie, przypodobać się miłośnikom pierwotnej trylogii. Spontaniczność to chyba ostatni z elementów jaki miał miejsce przy powstawaniu „The Force Awakens”. Przełożyło się to na pewien strach twórców tego filmu przed wdrożeniem czegoś zupełnie innego, a zatem i zaskakującego.

Skoro zacząłem od wad filmu, muszę obok zbytniej wtórności względem „Nowej Nadziei”, wskazać także kilka słabo wiarygodnych i grubymi nićmi szytych scen oraz fabularnych zwrotów akcji.
Aby nie spoilerować, nie będę oczywiście zdradzał, o które momenty chodzi. Zwrócę tylko uwagę na zadziwiającą łatwość w odkrywaniu dużych możliwości Mocy wśród niedoświadczonych jej użytkowników, przez co atrybut rycerzy Jedi stracił swoje mistyczne znaczenie. Świetlny miecz w „The Force Awakens” stał się zaledwie zwykłą bronią, którą mogą skutecznie posługiwać się osoby bez jakiegokolwiek przeszkolenia w tajnikach Mocy.
Rozwiązania fabularne zaproponowane w “Przebudzeniu Mocy” minimalizują, bagatelizują lub wręcz całkowicie pomijają także rolę mentora, bardzo istotną w całej sadze i dotychczas niezbędną, by pomóc szkolonemu osiągnąć wyższy poziom wtajemniczenia w sekrety Mocy.
Głównym bohaterom niestety brakuje wiarygodnej motywacji ich wyborów i poczynań. Efekt ten wynikł z wdrożenia nadmiernych skrótów narracyjnych i braku odpowiednio rozbudowanego wprowadzenia w świat „Przebudzenia mocy”. Wszystko, zwłaszcza w pierwszej części trwania filmu, dzieje się nazbyt szybko, główni bohaterowie są przedstawieni zbyt szczątkowo, co łatwo rodzi zastrzeżenia i może podważyć konstrukcję fabularnych wątków pobocznych, jak i wiarygodność zaprezentowanego zarysu postaci.
Kolejnym „nalotem” jakoby wymuszonym przez nawiązania do dawnej trylogii i nieśmiertelnego duetu Solo-Leia, jest znów dość nachalne narzucenie nam wzrastającej więzi między Finnem, a Rey. Niestety, ale chemia między tymi postaciami nie istnieje, mimo iż aktorzy usilnie starają się temu zaprzeczyć ;). Mam nadzieję, że w następnych częściach iskrzenie między nimi będzie namacalne, a nie tylko napisane w scenariuszu.
Ciężko jest pogodzić się ze zmarnowaniem przez scenarzystów ogromnego potencjału postaci Kylo Rena. Skoro tak mocno twórcy filmu trzymali się rozwiązań znanych z „Nowej nadziei”, dlaczego pozwolili bohaterowi zdjąć maskę? Czy nie lepiej byłoby poznać twarz Rena w następnej częściach, jak stało się w przypadku Vadera? Obnażony Ren traci poważanie ze sceny na scenę, nie tylko jednak przez brak maski, lecz także przez obdarcie tej postaci z tajemniczości. Im więcej się o nim dowiadujemy, tym wzbudza mniejszą grozę i w efekcie końcowym wywołuje zaledwie politowanie. Pozostaje mi wierzyć, iż postać ta dopiero rozwinie się w kolejnych częściach i co ważnie – dojrzeje, by wznieść się ponad przedstawiony teraz obraz rozwydrzonego antagonisty.
Można się także zastanawiać, czy koniecznym było przedstawienie postaci Generała Huxa lub Kapitan Phasmy w kilku rwanych scenach, które w “Przebudzeniu Mocy” nic nie wniosły, prócz zapowiedzi, że tych bohaterów obejrzymy w kolejnym epizodzie lub epizodach.

Dobrze… Obiecuję, że to koniec marudzenia. 🙂 Zajmijmy się pozytywami produkcji Abramsa…
Wspomnianą wyżej wtórność oczywiście można uznać za sporą wadę produkcji, ale paradoksalnie zabieg ten, mimo iż teraz wywołuje pewien niedosyt, w przyszłości może wyjść sadze na dobre.
Abrams musiał stworzyć dzieło, które zamiast dzielić fanów, spróbuje ich połączyć. Stanął przed zadaniem poukładania “Star Wars” na nowo i stworzenia podwalin pod następne historie. Aspekt ekonomiczny, który w obecnym kinie „dla każdego widza” odgrywa istotną rolę, zaważył na kształcie „Przebudzenia Mocy”, filmie ewidentnie przejściowym.
Czy reżyserowi udało się wykonać trudne zadanie? Trzeba przyznać, że Abrams pieczołowicie odrobił zadanie domowe i z godnym podziwu wyczuciem powiązał przeszłość sagi z jej przyszłością. Nie eksperymentował z konwencją i zadbał o wymagany przez chyba wszystkich szacunek dla pierwotnych części sagi. Jednocześnie udało mu się zachować jej unikalność i odrębność w porównaniu do innych uniwersów, jak chociażby „Star Trek”.
Pozwolił nam posmakować przyszłości, przedstawił “młody narybek”, jednocześnie dbając o sentymentalny wydźwięk widoczny w wielu scenach z udziałem dobrze znanych nam bohaterów, robotów i pojazdów. Każdy ów symbol pierwotnej sagi z lat 80-tych był traktowany ze szczególną wyniosłością. Ich pojedyncze pojawianie się na ekranie zawsze było finałem długiej, misternie konstruowanej sceny, mającej odpowiednio przygotować widza. Efekt okazał się świetny – przyznam się, że kilka razy w oczach zakręciła mi się łezka.
Trzeba przyznać J.J., że umiejętnie wkomponował nowych bohaterów do starszego, dobrze znanego nam zespołu. Z postaci Lei i Hana Solo emanuje doświadczenie, mądrość i spokój, a z Finna oraz Rey aż bucha kipiąca w nich, młodzieńcza energia. Chociaż do gry Johna Boyega (Finn) można mieć pewne zastrzeżenia, Daisy Ridley (Rey) łatwo zdobywa naszą sympatię i wszystko wskazuje na to, że stanie się silnym kobiecym charakterem, następną kobiecą ikoną sagi. Byle tylko nie zwalniała tempa i nie tłumiła ekspresji w kolejnych częściach.
Między oba dobrze znane nam roboty C3-PO i R2-D2, piorunująco wcisnął się uroczy BB-8. Chylę czoło przed twórcami, naprawdę nowa maskotka sagi jest rozbrajająca – kto nie śmiał się przy numerze z palnikiem?

Duże znaczenie w budowaniu nastroju filmu miała muzyka Johna Williamsa. Inna niż w poprzednich częściach, gdyż poza klasycznym początkiem, nie wybijająca się na pierwszy plan. Stonowana, rozbrzmiewająca w tle, pozbawiona mocnego wątku przewodniego, ale potrafiąca jednak bardzo dobrze potęgować doznania wizualne widza. Gdy trzeba było wzmacniała dramaturgię lub sentymentalną nutą pomagała wycisnąć łzę. Majstersztykiem jest wymruczany przez chór utwór „Snoke”, który poznaliśmy już częściowo w epizodzie III i który teraz wzmocnił scenę rozmowy Mistrza z uczniem. Szczególnie udanie wypadł także smyczkowy utwór „Starkiller”, który w połączeniu z zapierającą dech wizualizacją, powodował dreszcz emocji na plecach.
Mówiąc o sferze wizualnej, aby pojąć jak mocno film „Przebudzenie Mocy” zostawia konkurencję w tyle, potrzebowałem obejrzeć go dwukrotnie. Podczas pierwszego seansu zbyt mocno bowiem skupiony byłem na kwestiach fabularnych i nie poświęciłem należytej uwagi wielu wizualnym smaczkom. Nowe „Gwiezdne wojny” są wizualną perełką. Wiele przepięknych scen zapiera dech. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że żaden z pozostałych 6 epizodów, nie prezentuje się aż tak wybornie w warstwie wizualnej i – co ważniejsze – aż tak poetycko.
Tego efektu nie osiągnięto poprzez przeładowanie efektów specjalnych, lecz przez zdjęcia rzeczywistych krajobrazów, w wyważony sposób połączonych z CGI, tradycyjnymi kostiumami i elementami scenografii, wykonanymi fizycznie w skali 1:1. Scenografia, znów jak w latach 80-tych, wydaje się namacalna, a nie „plastikowa”, jak w epizodach I-III.
Dysonans w odbiorze estetyki filmu powodują jedynie wszystkie postacie wykreowane techniką motion-capture, czyli przedstawiciele obcych ras, zwłaszcza Snoke. Sztuczna mimika twarzy jest łatwo zauważalna i zbyt mocno kontrastuje z „fizycznymi” postaciami.
Wspomniane niedociągnięcia łatwo wybaczyć, gdy widzimy chociażby scenę walki na miecze w lesie obsypanym białym puchem, skonstruowaną z plastyczną gracją. Poezją jest kilka ujęć przedstawiających „erupcję” słonecznej energii, czy rzucającego świetlne refleksy Sokoła Millennium, zbliżającego się do lasu, czy też niski lot X-Wingów tuż nad taflą wody.
Efekty specjalne nie przytłaczają elementów fabularnych i nie męczą widza, przez co cała produkcja sprawia wrażenie dobrze wyważonej i stonowanej. Mimo tego zabiegu film zachował pożądaną widowiskowość.

Film “Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy” stanowi sprawnie zrealizowany, emocjonujący i klimatyczny “pomost” łączący różne pokolenia miłośników gwiezdnej sagi. Tak jak i mnie, produkcja powinna spodobać się wszystkim tym, którzy w latach 80-tych zahipnotyzowani oglądali w kinach “Gwiezdne Wojny”. „Przebudzenie Mocy” ma wiele atutów, by teraz skraść serca przedstawicielom młodego pokolenia.
Choć na szkle pojawiają się rysy w postaci skrótów fabularnych, szczątkowo napisanych postaci, wtórności, humoru czasami wciśniętego na siłę, czy przyziemności bitew (gdzie się podziały te gwiezdne wojny?) – muszę przyznać, że Abrams stworzył świetne dzieło, które ogląda się wyśmienicie, które wciąga. Efekt ten osiągnął bez nadmiernego udziwniania oraz eksperymentowania z elementami sagi. Seanse już dwukrotnie sprawiły mi wiele frajdy, wszelkie wady i braki filmu zostały zrekompensowane przez przywrócenie wspaniałych uczuć i wspomnień z mojej młodości oraz – po prostu – doskonałą zabawę.
„Star Wars” powróciły do swoich korzeni, a ich nowa odsłona stanowi zaledwie wprowadzenie do kolejnych części, które wierzę, że nadrobią pewne niedociągnięcia widoczne teraz i pozytywnie rozwiną poznane już postacie. Niech Moc będzie z twórcami!
Gdybym miał ustawić “Przebudzenie Mocy” w jakościowej i subiektywnej hierarchii wszystkich filmów sagi, wybrałbym miejsce dokładnie pośrodku między starą, a nową trylogią, a szczegółowiej – pomiędzy bardzo dobrym “Powrotem Jedi”, a przyzwoitym “Atakiem klonów”.
Ocena: 7,5 / 10
- Jak oceniasz film?
tekst źródłowy:
https://alienhive.pl/film-przebudzenie-mocy/



