Zaczynając oglądać film „Mad Max: Na drodze gniewu”, możemy czuć się niczym kierowca bolidu Formuły 1 przez startem wyścigu. Nikt jednak nie dopilnuje czy zapieliśmy pasy i założyliśmy kask. Już początkowe sceny filmu wpychają nas głęboko w fotel, bez ostrzeżenia i zbędnych wprowadzeń. Jeżeli nie złapałeś się dobrze poręczy, możesz po prostu wypaść z siedziska. „Mad Max: Fury Road” szybko i zdecydowanie chwyta za gardło i co ważniejsze nie popuszcza aż do napisów końcowych. Millerowi udało się z kunsztowną finezją wstrząsnąć nurtem postapokaliptycznym, wystrzelić go na niespotykany dotychczas poziom, przy zachowaniu walorów i szczególnej specyfiki pierwotnej trylogii o samotniku w skórzanej kurtce…
