
Od Jarra zaczęła się moja fascynacja muzyką elektroniczną, którą szczególnie intensywnie przechodziłem podczas nauki w liceum i na początku studiów. Mimo, iż obecnie tylko okazjonalnie słucham utworów mistrza, to jednak nigdy nie potrafiłem wybaczyć sobie faktu, że nie byłem na jego koncercie. 6 maja 2009 roku Jarre zawitał do Hali Stulecia w moim mieście, a takiej okazji już nie mogłem przepuścić. Koncert, mimo zgrzytów organizatorów, paru wpadek samego mistrza i psikusów pogodowych, był absolutnie fantastyczny i wart nawet większych pieniędzy niż cena biletów. Na pewno wryje mi się w pamięć na bardzo długo. Przedstawiam obszerną relację z koncertu.
Bardzo niewiele brakowało jednak, aby zabrakło mojej osoby na koncercie World Arena Tour. Spóźniłem się z zakupem biletów i pozostałem na lodzie. Już w lutym bowiem bilety na majowy koncert zostały w całości wyprzedane. Moja determinacja była jednak wielka – nie poddałem się i na 2 tygodnie przed koncertem udało mi się zarezerwować bilet na polskim forum fanów Jarra – u pewnej przesympatycznej wielbicielki mistrza, której akurat wykruszyli się znajomi, a ja wskoczyłem na miejsce jednego z nich. Wdzięczność mam ogromną, gdyż za bilet zapłaciłem bez prowizji – 195 zł w sektorze A2. Jak się okazało miejscówka była fantastyczna – na samym środku i zaledwie 17 rzędów od sceny. Zatem nie na tyle blisko, aby stracić pełen obraz świetlnego przedstawienia i jednocześnie nie na tyle daleko, aby mieć problem z dojrzeniem szczegółów pracy artystów.
Otwarcie bram zaplanowano na godzinę 18:00 i już pojawił się pierwszy ze zgrzytów. W wyniku przelotnych mżawek, które pojawiały się kilkanaście razy przed koncertem – zaczął przeciekać remontowany właśnie dach Hali Stulecia. Woda kapała na pierwsze rzędy w sali. Konieczna zatem była mała roszada krzesełek. Prócz tego robotnicy na dachu uwijali się jak w ukropie, aby znaleźć przecieki. Sytuację udało się opanować, ale przez to opóźniono wejście fanów o 30 minut.
Pech chciał, że właśnie w ciągu tych 30 minut nad Halą przeszła prawdziwa ulewa z bardzo mocnymi podmuchami lodowatego wiatru. Wszyscy czekający przed wejściem i ustawieni w kolejkach zostali przemoczeni i nawet parasolki nie wiele pomagały. Organizatorzy nie potrafili odpowiednio zareagować i nie wpuścili ludzi wcześniej, pozwalając im moknąć, dodatkowo nakazywali składanie parasolek… Tłum był wściekły.
Ochrona była bardzo drobiazgowa w procedurach i kurczowo trzymała się planu. Zamiast zacząć wpuszczać ludzi do środka opóźniała otwarcie bram nadawaniem komunikatów przez megafon, informujących o szokującej cenie za depozyt. Jak się okazało osoby, które zabrały ze sobą aparaty z odkręcanymi obiektywami, musiały złożyć go w depozycie, który kosztował bagatela… 50 zł (!).
Nareszcie udało się wejść. W środku pełen wypas – w korytarzach było dużo stanowisk z wszelakim jedzeniem, można było zjeść coś na ciepło i na zimno. Oblężenie przeżywało stanowisko z ciepłą herbatą oraz kawą i może właśnie dzięki temu się nie rozchorowałem :).
Przed rozpoczęciem koncertu był czas na pamiątkowe fotografie na tle maszynerii instrumentalnej oraz na rozmowy integracyjne z fanami.
Koncert miał zacząć się o 20:00 – ostatecznie z powodu przecieków rozpoczął się z 40-minutowym opóźnieniem. W Hali zgasły światła, uniósł się dym i zaczęło się!
Przy dźwiękach „Industrial Revolution 2” (idealnie dobrany utwór na początek) na scenie pojawił się Jean Michel Jarre, a właściwie tylko jego dłoń, która wynurzyła się z laserowego światła. Ręka mistrza falowała i rzucała cień na scenę. Bardzo prosty, ale jakże świetny efekt, nadający mistycyzmu rozpoczynającemu się przedstawieniu. Cała scena na czas trwania pierwszego utwór pozostała ciemna, a światła reflektorów skupiały się jedynie na mistrzu, który dokończył „Industrial Revolution 2” na przenośnych klawiszach.

Przy „Chants Magnetiques 1” koncert zaczął się na dobre. W widzów wstrzeliły się wszystkie lasery na raz, z pięciu osobnych generatorów. Siedząca obok mnie osoba doskonale podsumowała efekty, jednym, długim „łaaał”. Fakt, wrażenie było rewelacyjne, a trwające cały utwór świetlne wodotryski wgniatały w fotel. Zaiste – rozpoczęcie godne mistrza.
Po tak efektowym początku obawiałem się, czy Jarre będzie w stanie go jeszcze czymś przebić. I niestety już mu się to nie udało. W kilku końcowych utworach efekty były zbliżone, ale już nie tak powalające, jak na początku. Na szczęście wówczas wszystko nadrabiały bardziej dynamiczniejsze kawałki i świetnie bawiącą się w koło publiczność, ale o tym później.
Po mocnym początku J.M. Jarre pozwolił odpocząć publice od świetlnych bajerów. Schował się za maszynerią i grał jeden z moich ulubionych utworów „Equinoxe VII”.
Następnie przyszedł czas na dziwną, rosyjską maszynę, którą Jasiek zabiera zawsze ze sobą i na improwizację z jej udziałem. Średnio przepadam za dźwiękami jakie z niej wydobywa Jarre, ale jest w tym coś niezwykle oryginalnego, co dodaje smaczku występowi.
Koncert nabierał tempa – scena znów eksplodowała światłem, przy tajemniczych dźwiękach doskonałego „Oxygen II”. Następnie przyszedł czas na grę na świetlnej harfie przy „Rendez-Vous III”.
Koniec spokojnego kontemplowania muzyki oznaczał kawałek „Oxygen XII”. Publiczność nieśmiało zaczęła wstawać i klaskać zachęcana przez mistrza. Kilkanaście osób próbowało przedostać się pod scenę, ale ochroniarze skutecznie odzierali ludzi ze spontaniczności i nakazywali powrót na miejsca.

Teraz przyszedł czas na nostalgiczny „Souvenir de Chine”, który rozpoczął się przy błyskach fleszy ze sceny. Niestety błyski miały ok. sekundowe opóźnienie w stosunku do dźwięku, więc dość kiepsko to wyszło.
Od nowych koleżanek obok mnie otrzymałem zapalniczkę i wspólnie zrobiliśmy falującą las ogni.
Wraz z następnym „Chants Magnetiques II” rozpoczął się szał i bardzo ciężko mi było pozostać na miejscu. Roznosiło mnie od środka, chciałem wyrwać się pod scenę, ale znów… ochroniarze. Cóż pozostało klaskanie, dobrze przynajmniej, że już nie wiele ludzi siedziało, lecz na stojąco odbierało grę Jaśka.
Przy dźwiękach „Variantion III” znów przyszło uspokojenie i czas na kontemplację, ale nie na długo. Kolejne „Equinoxe’y” rozpoczęły ostatnią fazę koncertu, tą najbardziej żywiołową, gdzie już cała hala bawiła się z mistrzem.
Gorącą atmosferę podgrzał dodatkowo utwór „Chronologie VI”, a przy kolejnym kawałku „Chronologie II” scena eksplodowała tak dynamicznym światłem, że nie wytrzymałem i przedarłem się pod scenę. Wówczas pierwszy raz pomyślałem o tym, że koncert niestety dobiega już końca.
Światła zgasły, Jarre podziękował Wrocławiowi i zniknął za kulisami. Jak to, już?! – pomyślałem. Nie, niemożliwe, przecież nie było sztandarowego tracka Jarra „Oxygen IV”. Bisy zatem musiały być i były. Ochrona dała ludziom nareszcie spokój, pozwalając spontanicznie przeżywać koncert. Pod sceną zebrała się całkiem spora grupka fanów, w tym i ja. Miałem zatem przyjemność podziwiać grę Jaśka zaledwie z pięciu metrów – wrażenie rewelacyjne. Na zdjęciu zrobionego przez znajomego (dzięki Cichy) widać jak kontempluję grę mistrza z bliskiej odległości.

Jarre do bisów wybiegł błyskawicznie, nie pozwolił długo czekać. Oczywiście rozbrzmiały dźwięki „Oxygen IV”. Rytm w utworze wybijały ciągłe oklaski fanów. Wielu z nich bardzo entuzjastycznie przyjęło kolejny utwór „Calypso III”, którego Jarre nie gra zbyt często na koncertach. Las rąk falował przed sceną.
Całe widowisko zakończył monumentalny „Rendez-Vous II” w fantastycznym wykonaniu. Właśnie w tym utworze doceniłem genialną akustykę Hali Stulecia i doskonałe nagłośnienie. Zwykle przyzwyczajony jestem do tego, że jakość dźwięku na koncercie jest znacznie gorsza niż na domowych odtwarzaczach. Tutaj jednak było zupełnie inaczej. Gdy usłyszałem chóry, włosy zjeżyły mi się na plecach. Ten utwór był fenomenalnym finałem koncertu.
Więcej bisów nie było, Jarre pożegnał się z fanami – niestety mimo starań, nie udało mi się przebić z nim „piątki”. Hala pustoszała. Najwięksi fani mistrza, czekali 2 godziny, aby do nich wyszedł i rozdał autografy. Ja następnego dnia rano musiałem stawić się w pracy, zatem szybko opuściłem Halę razem z większością osób.
Po wyjściu byłem mocno oszołomiony. Wrażenia z koncertu przerosły moje oczekiwania. Nie spodziewałem się, że Jarre na żywo zrobi na mnie tak duże wrażenie. Powinienem wziąć urlop na dzień po koncercie, gdyż ciężko tak szybko było wrócić do szarej rzeczywistości po udanym widowisku.
Podsumowując – jaki był ten koncert? Cóż, dla mnie absolutnie rewelacyjny. Dobór utworów był bardzo dobry, napięcie umiejętnie budowane, był czas na spokojne odbieranie muzyki, na podziwianie gry mistrza oraz czas na entuzjastyczne pląsy, czy to na miejscu, czy też pod sceną. Osobiście zabrakło mi tylko dwóch kawałków – energetycznego „Chronologie IV” oraz „Randez-Vous IV”.
Efekty świetlne, jak przystało na Jarra, były na wysokim poziomie. Nie wszyscy jednak mogli je podziwiać w pełnej krasie – osoby w sektorach bocznych straciły zapewne bardzo wiele. Wrażenie wpatrywania się w świetlne wiry, przy mistycznych dźwiękach było niewiarygodne i niestety dostępne tylko dla osób siedzących na wprost sceny.
Jarre wyjątkowo często grał na żywo i mimo, że często też się mylił, to jednak starał się występować dla publiczności i cieszył go ten występ.
Trzeba też wspomnieć o wadach. Nagłośnienie czasami dawało wiele do życzenia. Zwłaszcza między utworami dało się słyszeć buczenie, wywołane sprzężeniem dźwięku. Instrumenty mistrza nie zawsze odpowiadały też na jego polecenia. Największą wpadką całej ekipy była jednak laserowa harfa, która miała się wyświetlić po raz drugi w jednym z ostatnich utworów. Niestety nie wyświetliła się, ale mistrz zareagował dobrze – zdjął rękawicę i wygrał sekwencję na keyboardzie, oczywiście myląc się przy pierwszych dźwiękach, gdy szukał odpowiedniego tonu.
Dla Jarra był to 3 występ w trzecim kolejnym dniu po Węgrzech i Czechach. Było widać po nim zmęczenie i może nawet znużenie. Ale też robił wiele, aby nie zostało to odebrane przez publiczność. Jego spontaniczne i miejmy nadzieję szczere uśmiechy rozgrzewały dodatkowo fanów.
Wspomnę jeszcze o błędzie organizatorów, którzy zdecydowali się rozstawić krzesełka na parkiecie – bez sensu! Parkiet powinien być tylko z miejscami stojącymi, dla fanów, którzy tak jak ja chcieli żywiołowo odbierać koncert. Kto chciał sobie usiąść – proszę bardzo, były sektory na trybunach. A tak, osoby które chciały się dobrze bawić były od razu pacyfikowane przez ochroniarzy. Tak nie powinno być.
Brakowało mi telebimów z tyłu sceny, których obecność na pewno dodałaby większej spektakularności koncertowi. Wyjątkowo denerwujące były osoby nagrywające cały koncert na komórki, kamery i aparaty. Rozumiem, że każdy chce mieć pamiątkę, ale są pewne granice przyzwoitości. W niektórych utworach zamiast lasu rąk, pojawiał sie las komórek, zasłaniajacy scenę – żenujące. Największą litość wzbudziła we mnie osoba stojąca przede mną, która w jednej ręce trzymała kamerę, a w drugiej aparat i robiła ciągle zdjęcia. Osoba ta cały koncert odbierała przez mały ekranik wyswietlacza na urządzeniach… gratuluję..
Cały koncert odbieram jednak bardzo pozytywnie i na długo pozostanie w mojej pamięci.
Jean Michel Jarre – World Arena Tour
Koncert Hala Stulecia Wrocław
Kiedy: 06.05.2009, godz. 20:40
Lista utworów zagranych na koncercie:
- Industrial Revolution 2
- Chants Magnetiques 1
- Equinoxe 7
- Theremin
- Oxygene 2
- Rendez-Vous 3
- Oxygene 12
- Souvenir de Chine
- Chants Magnetiques 2
- Oxygene 5
- Variation III
- Equinoxe 4
- Equinoxe 5
- Chronologie 6
- Chronologie 2
- Oxygene 4
- Calypso 3
- Rendez-Vous 2
Oceń artykuł:
źródło foto:
1. http://www.powerplay.pl/shownews.php?n=13
2. http://www.rmf24.pl
3. 4. http://forum.studio-nagran.pl/
5. zasoby własne



