Gdy wiadomo już było, że ukaże się trzeci soundtrack z Battlestar Galactica w tytule, nie obawiałem się, że nadchodząca pozycja będzie jedynie skokiem na kasę. Takiej możliwości po prostu nie było. Obejrzałem dwukrotnie cały sezon drugi tego, jakże udanego serialu science fiction, za każdym razem delektując się kolejnymi scenami i oryginalnym, mrocznym i wręcz mistycznym klimatem, zawsze podkreślanym i potęgowanym przez doskonale dobraną muzykę Beara McCreary’ego.
Oczekiwałem odmienności zachowanej w przyjętych już ramach specyfiki serialu. Nie zawiodłem się – muzyka z sezonu 2 nie tylko stanowi doskonałą kontynuacją wcześniejszej, ale przede wszystkim jest jeszcze lepsza. Tym razem kompozytor zaprezentował pełny album, z dłuższymi utworami, którego lepiej się słucha i który potrafi całkowicie zahipnotyzować.
Pełna nazwa tego wydawnictwa brzmi „Battlestar Galactica: Season 2”. Nie muszę chyba wyjaśniać, skąd taka nazwa i jaki materiał zawiera się na płycie. Sezon drugi był naturalną kontynuacją swojego poprzednika, nie zmienił się również kompozytor, toteż absolutnie nie zmienił się styl muzyki jaką słyszymy w tym najlepszym serialu SF ostatnich lat.
Jak już wspomniałem zmienił się za to sposób wydania tej muzyki i to zdecydowanie na lepsze. Pierwszy sezon był typowym soundtrackiem, przeładowanym krótkimi epizodami muzycznymi. Teraz mamy do czynienia z pełnym albumem. Jak tego dokonano? Poprzez dłużej trwające utwory. Słucha się tego po prostu lepiej.
Kolejnym faktem jest odejście od underscore’u i lepsze umiejscowienie poszczególnych tracków. Tym razem nie jesteśmy rzucani co rusz na głęboką wodę, jak miało to miejsce we wcześniejszym wydaniu. Zyskuje na tym przede wszystkim słuchalność przez co album staje się bardziej przystępny dla osób niezaznajomionych z serialem.
Dość istotne jest także prawie całkowite odejście od tak charakterystycznej muzyki akcji. Nie oznacza to bynajmniej, że serial Battlestar Galactica nie ma już żadnych scen akcji. O nie – wręcz przeciwnie! Po prostu action score nie uległ żadnej przemianie i nadal oparty jest o sekcję perkusyjną. W sumie na albumie uświadczymy tylko dwa kawałki w tym klimacie – „Scar” oraz „Prelude to War”. Jest to bardzo dobre rozwiązanie konstrukcyjne, bowiem na ile sposobów można walić w takie taiko? W zamian otrzymujemy więcej materiału tematycznego, z fantastycznym, nastrojowym „Roslin and Adama” na czele. Egzotyka tej muzyki pozostała raczej nietknięta. W końcu bądź co bądź jest to niejako wizytówka tego serialu. Ogólnie nadal prym wiodą smyczki oraz wszechobecna perkusja.
Ciekawostką jest natomiast pojawienie się gitar. Tak, liczba mnoga jest tutaj poprawną formą, gdyż możemy usłyszeć w drugim sezonie gitarę akustyczną, klasyczną a nawet elektryczną, co nieco przywodzi na myśl styl jaki wykreował Zimmer w Black Hawk Down.
Ale może po kolei…
Album otwiera delikatną, ledwo słyszalną muzyką symfoniczną utwór „Colonian Anthem”, z której wydobyć można melodyjny temat przewodni wersji serialu z lat 70’. Temat ten po delikatnym wstępie nabiera siły, by pod koniec utworu zniknąć w charakterystycznych dla serii bębnach i mroczno brzmiącym flecie. Idealny ukłon w kierunku starszych fanów, jak i pomysłu stanowiącego podstawę obecnego serialu. Jako, że aktualny Battlestar Galactica ma niewiele wspólnego ze swoją poprzednią wersją – szybko zapominamy melodyjny temat przewodni na rzecz mrocznych smyczków drugiego utworu „Baltar’s Dream”, który zachwyca narastającym w nim napięciem. Niespełna 3 minutowy utwór przekazuje tyle emocji, że można by obdarować nimi kilka jałowych albumów innych wykonawców. W kawałku tym perfekcyjnie połączono mocną perkusję z dźwiękiem gitar klasycznych.
Następnym utwór nie przypadł mi do gustu. „Escape From The Farm” lekko nudzi perkusją stanowiącą kopię z poprzedniego kawałka.
Następny track „A Promise to Return” to majstersztyk muzyki klasycznej. Tym razem nie mamy tu do czynienia z łączeniem perkusji, czy innych elementów. To typowa muzyka smyczkowa, którą można porównać do dzieł Vivaldiego. Delikatne dźwięki smyczków skrzypiec i kontrabasu wprowadzają w stan harmonii i uspokajają.
Smutek spowodowany końcem utworu szybko mija, gdyż w identycznym klimacie rozpoczyna się kolejny genialny „Allegro”, tym razem jednak nie jest to sielanka, lecz utwór przepełniony głębią – smutkiem i radością zarazem. Przez 5 minut jego trwania przeżywamy bardzo wiele – czasami całkowicie sprzecznych doznań. Wspaniałość utworu uświadomimy sobie wyobrażając sobie przy nim przestrzeń kosmiczną i podążającą w czerń próżni flotyllę statków. Doznanie przednie i można to porównać z walcem Strauss’a w „2001 Odysei Kosmicznej”.
„Martial Law” to kolejny kawałek – tym razem smyczki mieszają się z charakterystycznymi dla serialu bębnami. Utwór krótki i smutny, zatem perfekcyjny dla klimatu BG.
„Standing in the Mud” to króciutki wątek, który na chwilę pobudza dynamiczną końcówką. A pobudzenie jest konieczne przed fantastycznym, nastrojowym i delikatnym jak jedwab „Pegasusem”. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale przed końcem utworu czuję ciarki na karku.
Harmonia jest podtrzymana w track’u „Lords of Kobol”, w którym pierwszy raz stykamy się z wokalem. Niestety wokalistka śpiewa jakby od niechcenia i tutaj zauważamy przepaść w porównaniu do wokalu znanego z pierwszego sezonu. Niemniej jednak „Lords of Kobol” dobrze się słucha i nie zostaje tutaj zaburzony całościowy klimat płyty.
I tak dotarliśmy do najdłuższego utworu „Somethign Dark is Coming” – idealnie wycisza, ale nie wnosi za wiele i jest dość monotonny. Stanowczo zatem powinien być skrócony.
„Scar” to kawałek przesycony mocną perkusją adekwatną do scen akcji i znów mocno pobudza po niedawnym wyciszeniu. Stanowi też dynamiczny wstęp przed kolejną, bardzo mocną częścią płyty, w której znów prym wiedzie melodyjna muzyka klasyczna.
Utwory „Epiphanies”, „Roslin and Adama”, zwłaszcza z naciskiem na ten drugi powodują rozmiękczenie nóg. Rozbrajają i wzruszają zarazem.
Charakterystyczne dźwięki gitary klasycznej w „Gina Escapes” przypominają nieco inny soundtrack do „28 dni później”.
„Dark Union” to jeden z ulubionych moich utworów na płycie. Niezwykle mroczny, nieco przygnębiający, ale piękny. Smyczki, smyczki i raz jeszcze smyczki.
„Gina Escapes” – to jeden z tych kawałków, których powinno zabraknąć na składance – kompletnie nic nie wnosi i nie przygotowuje też dobrze do jednego z najlepszych utworów „Prelude to War”, który hipnotyzuje dramaturgią, napięciem i zaraża przeświadczeniem, że zaraz nastąpi coś znaczącego, gdzie ważyć się będą losy życia i śmierci.
W przeciwieństwie do „Somethign Dark is Coming”, gdzie narzekałem na zbyt długi czas trwania – w „Prelude to War” prawie 9 minut mija niepostrzeżenie, co więcej wydaje się, że kawałek i tak jest za krótki. W czasie jego trwania samymi dźwiękami zostaje opowiedziana pełna historia z wieloma zwrotami akcji i wahaniami nastrojów. To zdecydowanie najlepszy utwór na albumie, którego autorem jest Bear McCreary.
Posłuchajcie jak utwór ten brzmi na żywo:
„Reuniting the Fleet” to ballada wspominająca bohaterów poległych w historii opowiedzianej w poprzednim utworze – tak to odbieram, ale chyba inaczej się nie da.
W „Roslin Confesses” znów zachwyca muzyka klasyczna z motywem zbliżonym do tego znanego z „Władcy Pierścieni”.
Bardzo mocno porusza mnie „One Year Later” – aż zadziwiające, ile emocji można przekazać w utworze trwającym zaledwie niespełna 2 minuty.
W „Worthy of Survival” napięcie rośnie, jak niemal w każdym odcinku serialu. Ostatnia sekwencja znów z bębnami w tle, przyprawia o dreszcz na grzbiecie.
Następny „Battlestar Galactica Main Title” wspominamy czołówkę serialu – innej opcji nie ma, gdyż jest to dokładny motyw tytułowy serialu. Bardzo brakowało mi go w soundtrack’u z sezony pierwszego. Autor nadrobił zatem tą wcześniejszą gafę.
Album kończy „Black Market”, który miażdży swoim dynamizmem. W ruch pobudzono cięższą artylerię – gitary elektryczne. Wyszedł bardzo mocny, wgniatający kawałek, przy którym kilka razy napięcie sięga zenitu, poczym się uspokaja by następnie znów przywalić słuchaczowi ciężkim brzmieniem. W efekcie pragnę tylko rozpuścić włosy i pomachać grzywą na pożegnanie oddalającemu się i ginącemu w ciemności kosmosu Battlestarowi.
Album „Battlestar Galactica Sezon 2” mogę z czystym sumieniem polecić każdemu, zatem nie tylko fanom serialu. Osobiście stawiam go najwyżej z dotychczas wydanych, co nie znaczy, że wcześniejsze są jakoś specjalnie gorsze. Są po prostu inne.
Soundtrack z sezonu drugiego jest bardzo mocną pozycją, której na dobrą sprawę nie brakuje niczego. Miesza się tutaj wiele stylów muzycznych, ale wszystko jest perfekcyjne wyważone. Muzyka jest tutaj po prostu piękna, hipnotyzująca, ciężko się nią znudzić i trudno zignorować, tak jak ciężko jest przejść obojętnie obok samego serialu.
Gorąco polecam i miłego słuchania, co mogę zagwarantować!
Niestety w Polsce album jest praktycznie nie do dostania. Ja swój kupowałem poprzez Amazone i szedł do mnie 2 tygodnie z USA. Warto było czekać :).
OCENA: 5/5
Oceń album:
W moja recenzję pozwoliłem sobie wpleść kilka cennych uwag Mariusza Tomaszewskiego z FilmMusic.pl.
źródło foto: https://www.flickr.com/photos/scott-armitage/2836354066


