Jeden z najbardziej oczekiwanych i intrygujących filmów SF w 2014 roku. Johnny Depp wciela się w niezwykłą rolę człowieka, którego umysł zostaje przeniesiony do maszyny.
Przed premierą można było mieć obawy, czy twórcy czasem nie zdecydują się spłycić obiecującą fabułę i pchnąć ją ku dynamizmowi akcji, niesmacznie podpartej wizualną efektownością.
Nic bardziej mylnego. Film „Transcendencja” nawiązuje stylem do kina SF z lat 80-tych poprzedniego wieku. Otrzymaliśmy bardzo solidne, spokojne i prawdziwe science-fiction, bez udziwnień, przebarwień oraz bez supermocy i komiksowych przerysowań.
- Fabuła:
Trwają badania nad komputerowym odtworzeniem najbardziej skomplikowanego narządu ludzkiego, jakim jest mózg. Jeden z czołowych naukowców z dziedziny sztucznej inteligencji (Johnny Depp) jest śmiertelnie chory. Wspólnie z innymi naukowcami postanawia przenieść swój umysł do komputera. To eksperyment, którego konsekwencje są trudne do przewidzenia.
Osobiście po seansie odczułem ulgę – dziękowałem debiutującemu reżyserowi (Wally Pfister), że nie zrobił ze swojego filmu typowego blockbustera. A możliwości ku temu miał wielkie, spory budżet, gwiazdorska obsada i tematyka gloryfikująca człowieka sprzężonego z maszynami. Przed seansem niemiłosiernie bałem się, że potencjał filmu i jego przesłanie zostaną sprowadzone zaledwie do walki wystraszonych, zwykłych ludzi z niezwyciężonym człowiekiem, obdarzonym bardzo wyjątkowymi możliwościami.
Oczekiwałem kina znacznie bardziej ambitniejszego, w którym padną pytania o to, czym jest człowieczeństwo, czy umysł może istnieć bez organicznego ciała, czy transcendencja jest możliwa i jakie niosłaby ze sobą konsekwencje? Nie zawiodłem się i to mimo, iż wspomniana tematyka została w „Transcendencji” nadmiernie spłycona.
Po seansie nie mogę powiedzieć, że jestem pozytywnie oszołomiony, ale mogę powiedzieć, że jestem ukontentowany. Nareszcie – zobaczyłem solidne i prawdziwe science-fiction, które nie mami oczu fajerwerkami w 3D, lecz stara się zmierzyć z trudną tematyką konsekwencji rozwoju technologicznego. „Transcendencja” zadaje pytania, udziela podpowiedzi i zmusza do myślenia, gdyż to sam widz musi zdecydować, która obrana przez człowieka droga była/będzie słuszna. Wybór wcale nie jest łatwy i ten aspekt stanowi ogromną zaletę filmu.
Jak już wspomniałem film „Transcendencja” jest kinem bardzo solidnym. Jest jednak także kinem wyraźnie skromniejszym wizualnie i przez to wyłamującym się z obecnego nurtu oraz z powszechnych wyobrażeń o kategorii SF. Stylistyce jest bowiem bliższy obrazom nietypowym na obecne czasy (jak np. „The Moon”) i ogólnie nawiązuje raczej do kina SF z lat 80-tych poprzedniego wieku. Dla wielu osób przyzwyczajonych do blockbusterowego przepisu na Sci-Fi, będzie to duża wada „Transcendencji”. Dla mnie natomiast stanowi to przeogromny plus.
Film Pfistera nie oszołamia widowiskową wizją przyszłości, czy spektakularnymi eksplozjami. Strona wizualna filmu jest bardzo stonowana, a efekty są umiejętne schowane gdzieś na drugim planie, nieistotne. Mają za zadanie jedynie uzupełniać obraz, a nie go przytłaczać.
„Transcendence” stawia na fabułę i przesłanie. Mamy zatem przemyślaną, wciągającą i absolutnie niebanalną opowieść, która stawia cały szereg pytań powiązanych z transhumanizmem, pytań o człowieczeństwo, o granice postępu technologicznego i o konsekwencję jej przekroczenia.
Mamy, co ważniejsze, opowieść niejednoznaczną, gdzie żadna z przedstawionych stron konfliktu nie ma pełnej racji. Każde podejście, światopogląd oraz wyznacznik moralności poszczególnych bohaterów ma skazy i wyraźne wady. Nic nie jest czarno-białe, kolory się mieszają, a dominują skale szarości.
Ten zabieg reżysera podkreśla zagubienie ludzi, jakie obserwujemy od początków naszych dziejów. Dążenie do doskonalenia technologicznego ma swoją cenę – dając nam coś pozytywnego, jednocześnie coś innego, dobrego odbiera i dodatkowo uzależnia. Człowiek sam do końca nie wie, co będzie dla niego najlepsze. W filmie dominujące jest pytanie, czy nasze losy jesteśmy gotowi zostawić w komputerowych rękach, czy kiedykolwiek moglibyśmy na tyle zaufać maszynie, by zgodzić się na budowanie lepszego świata kosztem, np. indywidualności jednostki?
Nie ma w tym elemencie prostych odpowiedzi i należą się spore słowa uznania twórcom „Transcendencji”, że to dostrzegli i potrafili przekazać na ekranie.
źródło: http://www.thereelplace.com/movie-review/transcendence/
Film „Transcendence” mimo braku wartkiej akcji, łatwo wciąga widza. Wynika to ze sporej nieprzewidywalności fabuły. Patrząc na kolejne zwroty akcji, nie odnosi się wrażenia, że kiedyś już coś podobnego się widziało. Jest zatem unikatowo, co sprzyja wciskaniu w fotel. Każda nowa scena przynosi nam coś istotnego dla całej historii, coś – czego ciężko się domyślić.
Tutaj należy wyróżnić wiedzę twórców z zakresu technologii, jak i nanotechnologii w szczególności. Scenarzyści bardzo dobrze odrobili zadanie domowe i można bez problemów przyjąć, iż znają się na nauce i fizyce teoretycznej. Większość aspektów poruszonych w filmie, takie jak nanoboty, komputery kwantowe, komórki macierzyste, sterowanie myślami człowieka czy mapowanie mózgu, to technologie obecnie rozwijane, choć ich powszechne wykorzystanie nadal pozostaje w sferze science-fiction.
Przedstawione zastosowania technologiczne są wyjątkowo unikalne i na dużym ekranie jeszcze nigdy nie gościły na równie wielką skalę. Jest to kolejny element, który wzmacnia oryginalność dzieła.
Muszę podkreślić, że omawiany film jest w dużej mierze melodramatem S-F. Ów melodramat został wprowadzony celowo, by wzmocnić znaczenie ukazanym wątkom oraz przesłanie całego filmu. Zabieg ten częściowo się udał – szczególnie bardzo udanie wypadło stopniowanie relacji między Evelyn (Rebecca Hall), a Willem (Johnny Depp). Świetnie przedstawiono, jak ślepe kierowanie się pozytywnym uczuciem może zaprowadzić do koszmaru obdarcia z prywatności.
Jednak ten melodramatyczny wątek nie do końca pomaga, a w pewnym momencie już wręcz przeszkadza. U mnie nastąpił przesyt ilością ckliwych scen z udziałem bohaterów romansu, co wywołało pewny niedosyt, a na filmie powstała wyraźna skaza. Twórcy mogli zrezygnować z wysuwania na pierwszy plan wątków miłosnych. Troszkę to można było przykryć, a ilość scen ograniczyć. Niestety trochę za mocno przesłodzono. Niemniej melodramat jest ważnym elementem filmu i przedstawiono go w sposób dość znośny (jak na Hollywood). Jest on do zaakceptowania, gdyż nie przysłania sensu całego filmu.
Niestety dzieło Pfistera nie jest idealne także patrząc na logikę budowania niektórych wątków fabularnych. „Transcendecja” spisała się w tym elemencie o niebo lepiej niż „Snowpiercer”, ale jednak dziury i przejścia na skróty się trafiają. Przejawia się to głównie w niekonsekwencji – najpierw przedstawia się widzowi jak coś działa, a później temu działaniu zaprzecza lub ignoruje to, co było powiedziane wcześniej.
Parę obiecujących wątków fabularnych również prosiło się o rozwinięcie, ale akurat tutaj można wybaczyć twórcom pójście na skróty. Postanowili oni bowiem skupić się na pełnym przedstawieniu głównego wątku, zapewne z premedytacją skrótowo traktując resztę wątków pobocznych.
źródło: https://mubi.com/films/transcendence
Widząc napisy końcowe czułem jednak niedosyt. Wynikał on ze sposobu rozwiązania całej historii. Widziałem tu właśnie dużą niekonsekwencję i sprzeczność z tym, co zostało powiedziane i przedstawione w filmie wcześniej. Niemniej poczucie niedosytu, szybko się ulotniło.
Debiut filmowy Pfistera należy uznać bowiem za dzieło bardzo udane i generalnie solidne. Zabrakło tutaj jedynie większego błysku, może małego szaleństwa czy nonszalancji reżysera, jakiegoś przełomowego rozwiązania, które spowodowałoby, że z kina człowiek wyszedłby i wykrzyczał … Wow! Można mieć jednak nadzieję, że Hollywood doczeka się dzieła wybitnego spod ręki Pfistera. Wszak „Transcedence” jest dopiero jego pierwszym filmem, nauka przed nim.
Gra aktorska, mimo doborowej obsady, nie jest zniewalająca, lecz solidna jak cały film. Tutaj można mieć lekki zarzut do reżysera, że nie potrafił w pełni wykorzystać potencjału dobrych aktorów.
Film „Transcendencja” polecam przede wszystkim miłośnikom prawdziwego, „starego” kina science-fiction, którzy bardziej niż na efekty, zwracają uwagę na głębię przesłania oraz potrafią docenić niebanalną fabułę, mocno podpartą aspektem science.
Osoby, które za SF nie przepadają nie powinny się zrażać. Całość opowiedziana jest bardzo przystępnie i zrozumiale nawet dla laika. Historia jest nad wyraz ciekawa i powinni ją docenić wszyscy miłośnicy dobrego kina.
Premiera filmu: 9 maja 2014 (Polska), 17 kwietnia 2014 (świat)
reżyseria: Wally Pfister
scenariusz: Jack Paglen, Jordan Goldberg, Alex Paraskevas, Wally Pfister
OCENA: 7/10
Jak oceniasz film?




Mimo że film oceniam dużo słabiej, to zgadzam się z większością aspektów poruszonych w recenzji.
Przykładowo duży plus za nawiązanie do naukowo rozwijanych technologii. Jednak mam wrażenie, że film tylko przytacza te dziedziny nauki, pomijając logiczną formę ich istnienia w przyszłości tj. widzę w tym więcej fikcji niż nauki.
Inną już bardziej rażącą wadą jest przejście bohatera ze stanu fizycznego w 'cyfrowy’ – zupełnie bez emocji, jakby utrata ciała i zaistnienie w cyfrowej rzeczywistości była niczym szczególnym, a przecież nie miała to być bajka pokroju 'Tron’.
Jedynym wyjaśnieniem takiej sztywnej postawy bohatera, jak dla mnie jest to, że eksperyment nie udał się i elektroniczny obraz umysłu nie stanowi pełnego odzwierciedlenia istoty ludzkiego istnienia.
Może coś pominąłem, ale skoro transcendencja polegała na przeniesieniu umysłu, a nie stworzeniu jej kopii, to skąd wzięło się zaskoczenie spowodowane 'śmiercią’ bohatera?
Pierwsze wrażenie po obejrzeniu filmu to fakt, że dawał do myślenia. Niestety nie nad odpowiedziami na stawiane w nim pytania, a nad logiką i spójnością fabuły.