To był wspaniały, upalno-parny warszawski wieczór. Wracałem – walcząc ze strupami na ustach od odwodnienia – w tłumie ubranych na czarno i potwornie przepoconych postaci. Właśnie skończył się najwspanialszy koncert na jakim kiedykolwiek byłem – nie mogło być zatem inaczej, aby zabrakło na nim Iron Maiden – kapeli wielkiej, niezniszczalnej, kapeli na której się wychowałem i której zapewne nigdy już słuchać nie przestanę. Przedstawiam moją obszerną relację z koncertu.
Gdy w połowie lat 80-tych Iron Maiden, będąc u szczytu swojej świetności, odwiedzali Polskę – miałem zaledwie kilka lat i przymierzałem się do podstawówki. Tak się los układał, że dopiero 20 lat później pierwszy raz trafiłem na ich koncert w Chorzowie. Było to wydarzenie wielkie, ale ponieważ był to festiwal, gdzie zebrały się kapele wszelakie – od Kreatora zaczynając, po Nightwish kończąc – zatem i wszelaka musiała być publika. Marzyło mi się pojechać na koncert, gdzie będzie 30 tys. fanów, ale fanów oddanym tylko Ironom.
I długo nie musiałem czekać – po 3 latach Ironi zawitali do Warszawy w ramach światowej trasy „Somewhere Back In Time”. Trasa szczególna, ponieważ cofała w czasie – band chciał zagrać tylko kawałki ze starszych płyt, na „7th Son..” kończąc.
Do wykorzystania otrzymali popadający w ruinę Stadion Gwardii – który bardzo mocno kojarzył się z czasami PRL-u, a i może dzięki niemu Bruce i spółka poczuli się w Polsce tak samo jak 20 lat temu.
Gwardii w żaden sposób nie da się porównywać ze stadionem chorzowskim, ale Stalowej Damie nic nie mogło przeszkodzić w stworzeniu genialnego widowiska.
W Chorzowie nie udało mi się załapać na sektor pod sceną, dlatego poświęciłem się i do Warszawy przyjechałem jeszcze dzień przed koncertem. Warszawa to moloch i koncert wydawał się tutaj przechodzić bez echa. W Chorzowie każdy napotkany mieszkaniec, wiedział co się święci i dosłownie z każdym można było porozmawiać o koncercie. W stolicy tak już nie było. Ale w dniu koncertu sytuacja się zmieniła, wszędzie w centrum napotykało się przyjazne koszulki z podobizną Eddiego, w Empiku leciały na głośnikach płyty Ironów i nawet wchodząc na chwilę do „bielizniarni” Key, ekspedientka zaczepiła „czy ja czasem nie na koncert”.
Ciśnienie rosło z każdą godziną. Już o 13:00 wylądowałem pod bramami stadionu by zająć strategiczne miejsce. Było spokojnie, od 14:00 zaczęło się zagęszczać – nawet się nie spostrzegłem, kiedy za plecami miałem kilku tysięczny tłum, czekający jak ja na otwarcie bram (godz. 16:00). Stało się potwornie i człowiek ciężko znosił oczekiwanie, na szczęście moja luba towarzyszyła mi przez parę godzin, więc było raźniej.
Bramy otworzono i zaczął się maksymalny ścisk – jak zawsze. Po 30 minutach wdarłem się na stadion i sprintem wpadłem na sektor pod sceną – udało się! Teraz tylko zająć najlepsze miejsce – również sukces – stałem w 3 rzędzie pod samym środkiem sceny – zaledwie 5 metrów od niej. Aby nie stracić miejsca – nie ruszałem się stamtąd aż do samego końca.
Znów się dłużyło, parę wykonanych telefonów, pogawędka z jakąś Argentynką, która stała przy barierce i czas płynął.
Przyjrzałem się scenie – potężna, znacznie większa niż ta w Chorzowie. Po bokach dwa telebimy, w głębi za ciemną kotarą skutecznie schowany wystrój pod Ironów. Naliczyłem ok. 90 głośników wycelowanych w tłum – musiało być zatem cholernie głośno i tak było.
O ok. 18:20 przy sporym aplauzie pojawiła się córa Harrisa o imieniu Lauren. Nie powiem – ładna, miło oko zawiesić, szczególnie, że wystąpiła w bardzo dokładnie opinających ciało błyszczących getrach :). Repertuaru nie miała dobrego, ale potrafiła nawiązać doskonały kontakt z publiką, która to doceniła i jeszcze długo po jej zejściu skandowała „Lauren, Lauren”. Mi w pamięci zostanie gitarzysta Richie Faulkner – który fascynował dynamiką i tym co wyprawiał z gitarą. O jego dynamizmie przekonała się też osoba stojąco obok mnie, która dostała prosto w czoło rzuconą przez Richie’go kostką.
Po Lauren pojawił się polski team – Made Of Hate. Frontman wyglądał jakby miał zacząć grać kawałki Czerwonych Gitar – krótkie włoski, lekki jeżyk i gitara podwieszona niemal pod szyją. Pozory mylą – kapela grała mocno i zdecydowanie – jak to ktoś określił „Polski Children of Bodom”. Mnie jednak ich muza jakoś nie przekonała, chociaż było parę kawałków, przy których rytmicznie porzucałem czupryną.
Zebrali spore brawa mimo, że pod koniec występu sfajczył im się wzmacniacz. Cóż – gorąco było ;).
No i się zaczęło – do Ironów pozostało jeszcze 30 minut i nagle wszyscy którzy byli dotychczas z tyłu zapragnęli przepchać się pod scenę. Ścisk był potworny – tłum się przewalał z prawej do lewej, a mi odbiła się faktura czyich spodni na udzie. Miazga się powiększała im bliżej było koncertu.
Iron zaczął od dwóch utworów podczas których nic się nie działo na scenie. Przy instrumentalnym kawałku z płyty „Iron Maiden” tłum już szalał, a u mnie zaczęła się walka o miejsce i o życie z napierającym tłumem. Przed Aces High na telebimach pojawił się znany z teledysku motyw z mową Churchilla, a przy pierwszych dźwiękach kawałka eksplodowały ognie, które poczułem na twarzy i … opadła kurtyna – odsłaniając powalającą scenografię, przypominającą tą z koncertów z lat 80-tych.
Więcej Aces High pamiętam jak przez mgłę – to co siedziało pod sceną było makabrą, w ciągu trwania utworu kilka razy zaliczyłem glebę, dostałem w twarz głową kolesia, który stał obok mnie, którego z kolei zdzielił łokciem po głowie jego sąsiad. Otrzymałem kilka ciosów w nerki i zdeptano mi buty doszczętnie. W efekcie przepychanek przesunąłem się z 3 rzędu do ok. 10-tego, ale przy takim ścisku nadal pozostałem ok. 5 metrów od sceny.
Drugi utwór „2 Minutes To Midnight” już było trochę lepiej, ale walka trwała nadal. Przynajmniej zaśpiewałem razem z całym 29 tysięcznym tłumem refren, ale utwór w sumie też mi umknął, bo starałem się przeżyć.
Na szczęście było upalnie – zatem wszyscy po tych 2 kawałkach mieli lekko już dość. Tłum się uspokoił, kilkadziesiąt osób nie wytrzymało i wycofało się do tyłu – zrobiło się luźniej i od tego momentu można już było się delektować koncertem. Nawet od czasu do czasu pojawiający się „młyn” po mojej lewicy, czy też prawicy był do zniesienia, a dwukrotnie sam też z przyjemnością oddałem się w młynowe pląsy. Wszak przyjechałem na koncert przede wszystkim się wyżyć przy ulubionych dźwiękach.

3 utwór zatem pamiętam już doskonale od początku do końca. Nie mogło zabraknąć tradycyjnego „HEJ…HEJ..” wykrzyczanego tysiącem gardeł, przy rytmicznych gitarach „Revelation”.
Po „The Trooper” wedle wcześniejszych ustaleń tłum miał zaśpiewać „Happy Birthday” dla Dickinsona, który w dniu koncertu kończył 50-tkę. I zaśpiewał, tylko że ci pod sceną śpiewali wersje po angielsku, a tłum z dalszych sektorów po polsku „Sto lat…”. Cóż.. grunt że Bruce się połapał, a zespół wstrzymał się z kolejnym kawałkiem, aby dać dokończyć śpiewy fanom.
Pojawiła się też odpowiednia polska flaga, która wędrowała nad głowami tłumu.
To bardzo miły i fajny gest, ale trochę mnie zdenerwowała, gdy przy „The Number Of The Beast” zasłoniła scenę na ładną minutę. W tym sztandarowym kawałku Ironów – pojawiła się postać, którą poznałem już 3 lata temu w Chorzowie. Mowa o kilkumetrowych diable, który wyłonił się spod sceny w krwistych oparach i przyjrzał się złowrogo tłumowi, wykrzykującemu „666 – The number Of The Beast!”. W TV Trwam raczej nie powinni tego pokazywać ;).
Między utworami Dickinson prowadził krótkie monologi i zarażał poczuciem humoru, np. wyzywając tłum od kłamliwych drani :). Wspominał jak to było w latach 80-tych, zaznaczył, że byli tu wówczas Rosjanie. Później zrobił mały wykład o jazzie, sam próbując naśladować trąbkę, a na sam koniec powiedział ważne słowa, że Iron Maiden nie został stworzony przez wytwórnie, korporacje etc. – tylko przez nas, fanów.
W sumie byłem też pełen podziwu sprawności tego 50-ciolatka. Przez cały koncert biegał po scenie jak wariat, wykonywał te jakże charakterystyczne dla niego skoki, przy których dosłownie klaskał stopami i mimo upału wydawał się nie do zdarcia. Dzięki niemu miałem wrażenie, że czas faktycznie się cofnął, a ja stoję pod sceną koncertu sprzed 20 lat.
Przy Dickinsonie jednak reszta kapeli wydawała się być dziadkami z prawdziwego zdarzenia – ruszali się flegmatycznie, jak na koncercie u cioci na imieninach. Wyjątkiem był Harris, który kilka razy wyrwał się i próbował poderwać publikę.
Mimo wszystko jednak szaleństwo Bruce’a w zupełności wystarczało, szczególnie, że jego wyczyny miały fantastyczną oprawę. Tło sceny zmieniało się w zależności od płyty z której pochodził grany kawałek. Dickinson kilkakrotnie się przebierał – raz wyskoczył z brytyjską flagą i przywdział pradawny angielski mundur, innym razem założył słynną maskę z sokolich (jak myślę) piór, by blisko końca koncertu przywdziać szmaty adekwatne do H.Pottera :).
Na scenie nie mogło też zabraknąć Eddiego. W utworze „The Clairvoyant” wyszedł 5-6 metrowy – znany z „Somewhere In Time”. Potłukł się trochę z Dickinsonem, pomógł w wygrywaniu solówki, by tuż przed schowaniem się za sceną ostentacyjnie dokonać publicznej masturbacji :).
Potężny Eddie-mumia pojawił się również nad perkusistą w utworze „Iron Maiden” i tak jak za dawnych lat wyszedł z faraońskiej głowy wbijając swoje szpony w zgęstniałe powietrze nad sceną. Dzięki temu ten kawałek wryje mi się w pamięć już na stałe.
O czym jeszcze trzeba wspomnieć? – o fajerwerkach, ogniach wybuchających na 10 metrów, przysmalających twarze, grach światła; niesamowitej, klimatycznej i gęstej jak mleko mgle przy jednym z utworów, która zasnuła scenę na parę minut i wyłaniających się z niej stopniowo gitarzystów. Trzeba wspomnieć o fanach – śpiewających niemal każdy utwór od początku do końca.
To było fascynujące widowisko godnie podsumowujące wieloletnią działalność Iron Maiden i na pewno nigdy go nie zapomnę.
Pojawiły się też zgrzyty – człowiek ekstremalnie odwodniony uderza do budek rozstawionych na terenie stadionu w poszukiwaniu wody, a tu proponują mu … wrzącą herbatę lub kawę. Woda skończyła się długo przed rozpoczęciem koncertu – jak widać trudno było przewidzieć, że ludziom będzie się chciało pić po kilkugodzinnym pogowaniu w upale.
Nagłośnienie momentami dawało wiele do życzenia, ale i tak było o niebo lepsze niż ostatnio w Chorzowie.
Wiele fanów zamiast śpiewać i bawić się – wolało spędzić połowę koncertu na nagrywaniu go. Zamiast lasu rąk był las komórek, aparatów i kamer, ale na szczęście tylko w tylnich sektorach. Pod sceną takich „rejestratorów” było tyle co nic. Z drugiej strony muszę im podziękować, gdyż na jednym filmie umieszczonym na YouTube zauważyłem swoją rękę, co zaznaczyłem na poniższym zdjęciu. Miałem dość charakterystyczną opaskę, która była jak znak rozpoznawczy :).
Podobno też organizacja przerosła PKP – ludzie, aby wrócić do swoich miast spędzili wiele godzin na dworcu wdając się w awantury przy kasie. Podstawiano za mało wagonów w pociągach itp.. No cała Polska właśnie. Na szczęście ja jeszcze zostałem na 2 dni, aby pozwiedzać stolicę, w której nigdy wcześniej akurat nie byłem, więc ominęły mnie te ekscesy.
Do hotelu po koncercie wróciłem poobijany, nie czułem stóp, czułem siniaki, całe ubranie miałem doszczętnie mokre od potu, a następnego dnia dosłownie wszystko mnie bolało – czyli było absolutnie rewelacyjnie i zapewnie nie jest to mój ostatni koncert Maidenów.
UP THE IRONS!
Somewhere Back In Time Iron Maiden
Miejsce: Stadion Gwardii, Warszawa
Kiedy: 7. sierpień 2008 godz: 20:15
- Lista zagranych utworów:
- Aces High
- 2 Minutes To Midnight
- Revelations
- The Trooper
- Wasted Years
- The Number Of The Beast
- Run To The Hills
- Rime Of The Ancient Mariner
- Powerslave
- Heaven Can Wait
- Can I Play With Madness
- Fear Of The Dark
- Iron Maiden
————– - Moonchild
- The Clairvoyant
- Hallowed Be Thy Name
Oceń artykuł:
źródło foto:
1. https://pt.wikipedia.org/wiki/Lista_de_membros_de_Iron_Maiden
2. i 3. http://www.metaltraveller.com/en/gigs/iron_maiden/ironmaiden_warsaw2008.html
4. http://images4.fanpop.com/image/photos/21500000/Bruce-Dickinson-iron-maiden-21555938-1264-1304.jpg
5. http://eil.com/shop/moreinfo.asp?catalogid=447466


