Opowiadanie SF: „Problem Kozłowski”

 

strona 3 z 3

 

 

Ziemski statek wylądował niebezpiecznie blisko obozu, przyprawiając skrawek ziemi pod nim o małe trzęsienie. Był to spory lądownik z liniowca wojskowego. Artur nakazał zbiórkę, jak do inspekcji generalskiej.

 

Niedługo potem do kopuły weszło dziesięciu żołnierzy uzbrojonych po zęby, ale z lufami skierowanymi w podłoże. Przed szereg wystąpił jeden z nich i on jako jedyny zdjął maskę, czy też hełmofon lub kask ochronny, a może wszystko w jednym.

 

Twarz miał paskudnie wykrzywioną, jakby brzydził się archeologami i miejscem, w jakim się znalazł. Przyglądał się z pogardą po kolei każdemu członkowi ekipy, aż znalazł w końcu znajomą twarz Artura. Zbliżył się do niego. Przez niemal minutę patrzył w ciszy i bez mrugnięcia prosto w oczy naukowca, jakby chciał zmusił go do posłuszeństwa samą siłą woli.

W końcu kiwnął głową. Momentalnie za Arturem znalazło się dwóch innych żołnierzy.

Wojskowy odwrócił się do reszty członków ekspedycji i ryknął:

 

Jestem porucznik Alen McGregor! Przejmuję dowodzenie nad tą operacją, misją, ekspedycją naukową, czy jak to nazywacie…! Naturalnie tymczasowo – dodał półszeptem. – Jest pewna kwestia najwyższej wagi, którą musimy omówić z panem Arturem Kozłowskim. Oczywiście wszystko z ramienia Organizacji, rzecz jasna. Nie ma powodów do niepokoju – niedługo opuścimy to miejsce, a wy będziecie mogli kontynuować wasze badania, czy cokolwiek innego tu robicie – machnął lekceważąco ręką. – Przedtem jednak moi żołnierze rozejrzą się po obozie, mamy bowiem podejrzenia, że jedno z waszych znalezisk może być niebezpieczne dla dalszego funkcjonowania tej jednostki. Proszę pozwolić żołnierzom wykonywać ich pracę, a skróci to naszą… – zawiesił na chwilę głos, szukając odpowiedniego słowa – …wizytę – dokończył. – Czy są jakieś pytania?

 

Ludzie z ekspedycji stali jak zamurowani. Zaskoczeni patrzyli na Artura, szukając wyjaśnienia, ale on wpatrywał się jedynie biernie w ziemię. Laurent nie wytrzymał ciszy i zapytał niepewnie:

Ale o co konkretnie chodzi i dlaczego nikt nas nie poinformował wcześniej? Musieliście przecież lecieć tutaj kilka miesięcy?

 

Porucznik zmierzył doktora chłodnym wzrokiem.

W trosce o wasze bezpieczeństwo nie możemy zdradzać szczegółów. Wyjaśnienia otrzymacie od waszych przełożonych po naszym odlocie. Jeżeli nie ma więcej pytań – McGregor zdecydowanie uciął dalsze próby dyskusji – to proszę, wracajcie do swoich obowiązków.

 

Ludzie stali w szeregu i nikt nie zamierzał odejść. Porucznik zignorował ich. Znów kiwnął głową w stronę Artura. Żołnierze skierowali go do śluzy, McGregor ruszył za nimi. Dwóch kolejnych eskortowało Siergieja do komunikacyjnego. Reszta żołnierzy w biegu zaczęła przeszukiwania.

 

***

 

Mimo, iż lądownik zdawał się lądować niemal na podwórku obozu, faktycznie było to około półtora kilometra od kopuły mieszkalnej. Arturowi w eskorcie żołnierzy szło się wyjątkowo ciężko i długo. Uspokajał się wspominając ostatnie usłyszane słowa Siergieja. Otuchy dodawała mu świadomość zabezpieczenia dysku, rzeczy obecnie ważniejszej niż jego własny los.

 

Lądownik był większy i masywniejszy niż Artur się spodziewał. Statek z członkami ekspedycji i jej całym wyposażeniem był wyraźnie mniejszy. Artur zrozumiał, że miałby spory problem z wyobrażeniem sobie ogromu samego liniowca, który zapewne wisiał na wysokiej orbicie planety.

 

Przeprowadzono go przez hangar lądownika – przytłaczający masywną, metalową konstrukcją – i zamknięto w równie „przytulnej”, wykończonej metalem celi. Przesłuchanie rozpoczęło się niemal natychmiast. Uczestniczył w nim McGregor i jeszcze jeden ważniak w cywilu, zapewne spec od mowy ciała, żywy wykrywacz kłamstw.

 

Artura wypytywano niemal o wszystko, od jego hipotez, planów i powodów ekspedycji, po postępy prac na planecie i oczywiście o odnaleziony niedawno sprawny rejestrator. Artur nie musiał znacząco kłamać, sprawiał wrażenie pewnego siebie. Wiedział, że podobna rozmowa była, bądź też miała dopiero być prowadzona z Siergiejem, a ten, pewny efektów swojego sabotażu, musiał potwierdzić wersję Artura. Oficjalnie po niewygodnym dla Organizacji rejestratorze nie miał został nawet ślad, prócz jednej przekonwertowanej klatki obrazu, zapamiętanej przez dwóch naukowców.

 

Gdy zadano wszystkie pytania, zostawiono Artura samego.

 

Nie wiedział ile czasu minęło – godzina, może dwie – gdy do jego celi wszedł sam porucznik. Wojskowy usiadł przy stole, do którego przykuto Artura i rzucił mu, kolejny już raz, surowe spojrzenie.

 

Jest pan wrzodem na tyłku, panie Kozłowski – wystękał. – Dowództwo miało niezłą zagwozdkę, jak pana wyprostować, ale na każdego znajdzie się sposób.

 

Artur zrozumiał, że rozmowa przybrała charakter nieoficjalny.

Niestety, nie mam żony jak Siergiej – powiedział unosząc dumnie głową.

 

McGregor podniósł brew, chyba na znak zaskoczenia.

A zatem dowiedział się pan o sposobie na szanownego Siergieja – porucznik podrapał się w skroń. – Cóż… Jeśli o mnie chodzi to, z całym szacunkiem, ale najchętniej wsadziłbym pana do doku na liniowcu i wystrzelił w przestrzeń. Nie lubię tych wszystkich gierek „po cichu”, ale muszę wykonywać rozkazy. Jest pan sławny, takich jak pan nie można po prostu się pozbyć. I tak jak pan zauważył – faktycznie, gdyby miał pan rodzinę zapewne wszystko byłoby łatwiejsze, a ja nie musiałbym miesiącami ukrywać się po dziurach obok tej planety – dodał.

 

Wyjął z kieszeni garnituru na wpół wypalone cygaro. Zapalił je, założył nogę na nogę i wydmuchał delikatnie dym nosem.

Że też jakiś naukowiec wymyślił zakaz palenia w kosmosie. Wie pan jak to wpływa na morale załogi? – spytał retorycznie, zmieniając temat. – Marzyłem o tym od miesięcy… – dodał i przeciągnął się na krześle.

 

Artur nie mógł uwierzyć, że ten stereotypowy nawyk wśród wojskowych nadal był praktykowany. Postanowił zakłócić porucznikowi chwilę przyjemności.

 

Po co to wszystko robicie, co chcecie ukryć? Co nasza sonda robiła nad miejscem katastrofy? – spytał, mając już dość gryzienia się w język.

 

Porucznik znów podniósł brew i przyjrzał się uważnie Arturowi.

Naprawdę chce pan wiedzieć? Cóż, jest pan naukowcem, pewnie zżera pana ciekawość…

 

Artur nie zareagował i nie spuścił swojego pytającego spojrzenia z porucznika.

 

Widzi pan, panie Kozłowski, ja wykonuję tylko rozkazy i muszę panu powiedzieć – wskazał Artura cygarem – że to znacznie łatwiejsze. Rozkazują mi nie pytać, to nie pytam. Życie jest prostsze, a i robota przyjemniejsza. Wie pan co? – zaciągnął się soczyście dymem i znów wypuścił go nosem. – Szanuję pana – stwierdził, a tym razem to Arturowi uniosła się brew.

 

Sposób jaki zmusił pan Organizację do zaakceptowania działań, które były im mocno nie na rękę, było kurewsko mistrzowskie. – Artur chyba pierwszy raz spotkał się z takim sformułowaniem.

 

Dokopał pan tym sukinsynom. Wyżej srają niż dupę mają, a musieli posłuchać jakiegoś cywila – porucznik zaśmiał się donośnie.

Dlatego przed tym, co pana czeka, powiem prawdę… Przynajmniej taką prawdę, jaką znam – dodał.

 

Arturowi zaokrągliły się oczy. Nie wierzył, że w tak dziwnych okolicznościach – w celi, z kajdankami na rękach – usłyszy rozwiązanie zagadki i to z ust człowieka, o którego istnieniu jeszcze parę godzin temu nie miał nawet pojęcia. Dążył do tego tak długo, stracił tyle nerwów i nawet lojalność przyjaciela, wszystko po to, aby obcy mu człowiek, dmuchając dymem w twarz, wyjawił prawdę od tak, jakby była zwykłą anegdotą.

 

Wie pan za co otrzymałem liniowiec i to wyróżnienie? – porucznik klepnął w blachy na piersi. – Otóż za to, co pan tam bada – wskazał na podłogę.

 

Artur patrzył na porucznika okrągłymi oczami, nie rozumiał aluzji McGregora, bo i chyba zrozumieć nie mógł.

 

Zastanawiał się pan, dlaczego straciliście kontakt z pierwszą sondą?

– Awaria, rozbicie na planecie, ingerencja obcych? – strzelał Artur.

 

Porucznik pokiwał palcem.

Wyłączyliśmy jej nadajnik dalekiego zasięgu, gdyż była potrzebna do drugiego, nieoficjalnego etapu.

 

Artur zamiast odpowiedzi na swoje pytania, uzyskał odpowiedź rodzącą ich jeszcze więcej. Postanowił jednak być cierpliwym.

 

Za pierwszym razem nie wysłaliśmy tutaj jednej sondy, jak mówił oficjalny komunikat, lecz trzy. Każda mogła zejść w atmosferę planety i być poruszana zdalnie. Widzi pan, to ja pilotowałem jedną z nich – porucznik zaciągnął się.

 

Nasz liniowiec – kontynuował – zaczepił się w niewielkiej i bezpiecznej odległości od planety, tak aby można było pilotować w trybie rzeczywistym, zupełnie jak na symulatorze. Czekaliśmy tylko na decyzję.

– Decyzję o czym? – spytał Artur.

 

Porucznik podniósł zaciśniętą pięść z wyprostowanym kciukiem ku górze – Żyj…

Następnie opuścił kciuk ku podłodze – … Lub giń – powiedział z lekkim uśmiechem.

 

Artur pokręcił z niedowierzaniem głową.

 

Widocznie uznano, że obcy są dla nas zbyt dużym zagrożeniem – kontynuował McGregor. – Dostałem rozkaz realizacji etapu drugiego. Wszedłem swoją sondą w atmosferę i zawisłem nią w wyznaczonym punkcie. Uwierzy pan, że widziałem wiwatujących na moją cześć kosmitów? Zebrali się momentalnie pod sondą, całe tysiące, machali rękoma, wymachiwali czym się da. Ironia losu… W końcu otrzymałem rozkaz, więc nacisnąłem spust. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, co właściwie robię. Symulacja skończyła się, ekran zgasł, więc wyszedłem z projektora. Później mówiono mi o trzech supernowych na kontynencie, więc wszystko zrozumiałem…

Cóż, obcy mieli swoją szansę, a my ich ubiegliśmy. Podobno tym pociągającym za sznurki w Organizacji, wizja zniszczenia potencjalnego zagrożenia jednym ciosem wydała się tak kusząca, że nie chcieli zmarnować okazji. I nie zmarnowali…

Obcy popełnili trzy strategiczne błędy – skontaktowali się z nami ujawniając położenie swojej planety, nie przygotowali potencjalnej obrony i wreszcie – osiedlili się tylko na jednym, skupionym obszarze. Nie mieli szans. Pana koledzy po fachu wskazali, gdzie zdetonować super bomby, ukryte w sondach. Podobno najlepszy rezultat gwarantowały eksplozje kilkaset metrów nad ziemią. Dzięki temu jedna, połączona detonacja rozwiązała definitywnie sprawę obcych – porucznik zgasił cygaro o blat stołu.

 

Artur patrzył się na McGregora otępiale, jakby nie chciał, aby jego słowa trafiły do świadomości, jakby chciał zablokować ich przepływ. Więc taka była prawda, o którą walczył? Całkowita eksterminacja? Bez jasnych przesłanek, dowodów, na wyczucie?! Któż chciałby usłyszeć takie słowa? Któż chciałby po nich nadal być człowiekiem?

 

Artur nagle zapragnął wyładować wzbierającą w nim wściekłość na poruczniku. Rzucił się w jego stronę, ale kajdanki sprowadziły go boleśnie na blat stołu. McGregor odskoczył zaskoczony, ale widząc bezradność Artura szybko się uspokoił.

 

Hmm… Nie takiej wdzięczności oczekiwałem – rzucił w stronę miotającego się na stole Artura.

Masz krew miliardów na rękach! – krzyknął w odpowiedzi Kozłowski, czerwony już ze wściekłości.

 

Porucznik całkowicie go zignorował.

Spokojnie doktorku, bo wylewu dostaniesz – odpowiedział, znów szyderczo się uśmiechając. – Ja wykonywałem tylko rozkazy, a to było niczym kolejna symulacja.

To było prawdziwe! – Artur aż pluł śliną wyrzucając słowa przez zaciśnięte zęby. –Zabiłeś wszystkich! Jak możesz z tym żyć?!

 

McGregora znużył już najwyraźniej ten cyrk, gdyż zapukał w drzwi celi.

Do pomieszczenia weszli dwaj postawni mężczyźni o kwadratowych szczękach, ubrani w białe fartuchy.

 

Chce pan wiedzieć, jak zdecydowano rozwiązać problem „Kozłowski”?

 

Artur rzucił podejrzliwie okiem na nowych gości w celi.

 

Ci uprzejmi panowie – kontynuował McGregor – zabiorą pana do sekcji szóstej. Tam, specjalnie dla pana, zainstalowano akcelerator neuronowy. Czy wie pan co to jest?

 

Artur pobladł momentalnie, a jego wściekłość błyskawicznie przerodziła się w strach.

Nie możecie tego zrobić! – krzyknął. – Mam swoje prawa, broni mnie konwencja!

 

Porucznik znów się zaśmiał.

Panie Kozłowski… Organizacja zgładziła obcą cywilizację, tylko dlatego, żeby jej nie podskakiwała w przyszłości. Czy naprawdę sądzi pan, że Oni czegoś nie mogą? A ja, jak wspominałem, tylko wykonuję rozkazy…

 

McGregor machnął ręką w stronę białych fartuchów. Ci złapali Artura i zaczęli wynosić go na korytarz. Naukowiec miotał się, wił, próbował walczyć, ale nie miał szans z wysokimi osiłkami.

 

Porucznik szedł za trójką, upajając się widokiem zniewolenia sławnego Kozłowskiego.

 

Wyczyścimy panu pamięć z ostatniego tygodnia i wprowadzimy kilka modyfikacji, które będą na rękę bardziej nam niż panu, rzecz jasna – dodał. – Myślę, że już więcej nie będzie pan sprawiał kłopotów, panie Kozłowski.

 

Arturowi zwiotczały mięśnie, przestał walczyć, ale krzyczał nadal rozpaczliwie. Jego wrzask zamilkł wraz z zamknięciem śluzy sektora szóstego.

 

***

 

Kilka dni później Artur stał ponownie w centralnym punkcie kopuły, rozglądał się wokół i surowym okiem opiekuna oceniał jakość pracy swojej ekipy. Wszystko przebiegało sprawnie, rozgardiasz po wizycie żołnierzy został opanowany i każdy z pracowników wrócił do normalnych obowiązków. Kolejna grupa archeologów wyruszała właśnie do pierwszej strefy.

 

Do Artura podszedł Robert, szef zmiany, który z dumą w głosie oznajmił, że przekalibrował przeszukiwacze do łatwiejszej identyfikacji rejestratorów. Ku zaskoczenia szefa zmiany, Artur nakazał jednak przywrócić stare ustawienia. Zapytany skąd ta zmiana, Artur odpowiedział:

 

Rejestratory to ślepy zaułek, nie traćmy na nie więcej czasu. Katalogować, ale nie magazynować!

 

Robert kiwnął głową i wrócił do archeologów.

 

Artur patrzył na transporter znikający w śluzie i po cichu liczył, że może dzisiaj znajdą coś nietypowego, co nakieruje go na właściwy tor dalszych badań. Żałował, że Siergiej musiał wrócić na Ziemię do chorej żony. Obecność przyjaciela zawsze dobrze na niego wpływała, często była też stymulująca. Jednak rozumiał decyzję Siergieja i będąc w jego skórze na pewno postąpiłby tak samo.

 

Wypadł mu zatem jeden naukowiec, ale miał odpowiednią grupę, aby osiągnąć swój cel. Wierzył, że za katastrofą na planecie nie stał upadek asteroidy, lecz czynnik wewnętrzny, może wypadek lub zaplanowane działanie obcych. Potrzebował tylko znaleźć niepodważalny dowód.

 

Artur przerwał rozważania, gdy podbiegł do niego doktor Laurent, informując o awarii w botanicznym. Obaj udali się tam w pośpiechu. Na miejscu Wiktor – opiekun ogrodu – stał w jednym z ogromnych filtrów i będąc zanurzonym po pas w gęstej, zielonej mazi, operował z wysiłkiem serpentyną.

 

Co się stało, Wiktor? – zapytał Artur.

Coś zatkało odpływ i cały proces się zatrzymał.

 

Artur zmierzył wzrokiem umorusanego po pachy w zielonym błocie Wiktora i zmarszczył czoło.

– To zmniejszy produkcję tlenu?

O 20%, oczywiście jeśli szybko usunę usterkę.

 

W tym momencie Wiktora odrzuciło do tyłu, a poziom zielonego kisielu zaczął powoli się obniżać. Wiktor pomacał dno filtra i szybko znalazł przyczynę problemu. Wyjął umorusane w zieleni zawiniątko.

 

Co tam masz? – spytał Artur i sięgnął po znalezisko. Delikatnie przemył je w zlewie. Była to szczelnie zamknięta torba foliowa z widniejącym napisem „WAŻNE”. Artur zaskoczony rozpoznał własne pismo. Gdy  ją rozpakował, ujrzał dysk twardy oznaczony własnymi inicjałami. Popatrzył zdezorientowany na Laurenta. Ten spojrzał na urządzenie i na blizny szpecące dłonie Artura. Szybko skojarzył fakty.

 

Zdaje się, Artur, że odzyskałeś swoje dane.

 

Kozłowski zamrugał jedynie okrągłymi oczami, nieudolnie próbując ukryć zaskoczenie. Przez chwilę przyglądał się kamiennym twarzom Wiktora i Laurenta, próbując odczytać z nich odpowiedź lub chociażby jedną wskazówkę, która przyniosłaby wyjaśnienie. Gdy zrozumiał, że nic więcej się od nich nie dowie, nie namyślał się długo i ruszył ku swojej kajucie.

 

Droga do części mieszkalnej dłużyła mu się jednak, jakby szedł po taśmie transportowej cofającej go do botanicznego. Walczył z kłębowiskiem myśli – dezorientującym mętlikiem, który jak mu się wydawało, nie tak dawno już tutaj odczuwał. Wszyscy wokół zdawali się wiedzieć więcej niż on sam – szef ekspedycji. Dlaczego nikt mu nic nie powiedział? Co się stało? Dlaczego musiał ukrywać swoje dane i przede wszystkim – dlaczego tego nie pamiętał?

 

Rodzące się w głowie pytania sprawiały mu dosłownie ból. Jakże brakowało mu teraz Siergieja, jedynej bliskiej osoby, której mógł powierzyć wszystkie sekrety, dylematy i zawsze liczyć na dobrą, szczerą radę z jej strony. Siergieja jednak nie było już na planecie. Teraz był pewien, że wszyscy pozostali skrywali coś przed nim. Podświadomie czuł, że nikomu na tej placówce nie może do końca ufać. Został sam. Tak naprawdę, odkąd tylko zaczął walkę o wyjaśnienie katastrofy, zawsze był sam. Trzeba było pogodzić się z faktami i stawić im czoła.

 

Artur podniósł dysk i przycisnął go do pierści tak mocno, jakby w tej chwili nie było rzeczy cenniejszej. Wyprostował się i przyspieszył kroku.

 

Marcin Świątkowski 2010

Oceń opowiadanie:

Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

9 komentarze do “Opowiadanie SF: „Problem Kozłowski”

Dodaj komentarz >>

  1. Rob pisze:

    Dobre. Raczej retro, w stylu lat 80- tych, albo wcześniej, ale to plus. Klasyczna, sprawdzona narracja, bez zbędnych fajerwerkõw. Można by tylko podkręcić wątek filozoficzny, że ta sama ciekawość, która kierowała Kozłowskim, innych uczonych popchnęła do konstrukcji śmiercionośnej broni.

  2. Kasia pisze:

    Bardzo fajne opowiadanie. Chce się czytać!
    Świetnie napisane i nie za długie jak niektóre publikowane w Nowej Fantastyce.

  3. Krzysztof pisze:

    Dobre, nawet bardzo,dlatego za krótkie.

  4. Łukasz pisze:

    Całkiem sprawnie napisany tekst, choć może dialogi nieco papierowe. Ja też trochę popisuje. Zapraszam na mojego bloga z opowiadaniami science fiction: http://www.emaginacja.pl

  5. Maciej pisze:

    Rewelacyjne opowiadanie. Czytałem z wypiekami na twarzy. Mocne.

  6. Paweł pisze:

    Niestety to opowiadanie wprawiło mnie w posępny nastrój. Choć ciężko to sobie wyobrazić, jestem pewien, że coś takiego mogłoby mieć miejsce. Dla przykładu, żeby nie szukać zbyt daleko: 9/11. Prawdy nie dowiemy się nigdy.

  7. Michał pisze:

    Jak zawsze świetne.
    Może nawet jedno z najlepszych 🙂

  8. TheAër pisze:

    Świetne opowiadanie, trafił Pan w mój ulubiony gatunek 🙂

    Gratuluję zapału, mi prawie na pewno nie chciałoby się pisać takich rzeczy – kilkukrotnie już próbowałem.

    Pozdrawiam
    TA

  9. Dominik pisze:

    Naprawdę fajne opowiadanie – czekam na kolejną część.

    PS: przeczytałem wszystkie i uważam, że trzymają naprawdę wysoki poziom.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *