Opowiadanie SF: „Problem Kozłowski”

Problem KozłowskiCzłowiek zawsze dąży do prawdy. Jej poznanie nie zawsze jednak przynosi szczęście. Truizm – wiem, jednak przeważnie będąc świadomym zagrożenia związanego z poznaniem prawdy i tak nie przestajemy do niej dążyć. Mówi się również, że przed prawdą nie da się uciec. Człowiek jej szuka, ale też ona szuka człowieka.

„Problem Kozłowski” to opowiadanie science-fiction o poszukiwaniu wiedzy, o determinacji jednostki w dążeniu do poznania prawdy, mimo przeciwności i kłód rzucanych pod nogi nie tylko przez los. Poznaj pana Kozłowskiego, który próbuje rozgryźć zagadkę nagłego zniknięcia obcej cywilizacji ze swojej rodzimej planety.

 

Copyright © 2015 Marcin Świątkowski | Wszelkie prawa zastrzeżone.
Publikacja opowiadania chroniona jest prawem autorskim. Kopiowanie, rozpowszechnianie, cytowanie, powielanie, publikowanie na innych stronach internetowych i serwisach lub innych nośnikach możliwe jest tylko za wcześniejszą zgodą autora.

 

PROBLEM „KOZŁOWSKI”

 

Artur przedzierał się przez tłum mechanicznych pomocników, z trudem utrzymując równowagę na upstrzonym gruzami gruncie. Oburącz niósł okrągły pakunek wielkości talerza, zawinięty szczelnie w purpurowy materiał. Przyciskał go do kombinezonu tak mocno, jakby w tej chwili nie było rzeczy cenniejszej. Gdy wydostał się z pierwszej strefy, przystanął na chwilę, porozglądał się po obozie i ruszył w kierunku grupki osób, stojącej przy skraju kopuły mieszkalnej.

 

Siergiej! – krzyknął tak głośno, jakby chciał przebić głosem szybę kombinezonu.

 

Jedna z osób wskazała reszcie Artura, który biegł ku nim nie zważając na duże kamienne przeszkody i potykając się o nie co chwilę. Przystanął dopiero tuż przed wejściem do kopuły. Dyszał ciężko, para na szybie kombinezonu skrywała jego zmęczenie.

 

Dokąd tak pędzisz? – spytał Siergiej.

 

Artur przełknąć ślinę mimo zaschniętego przełyku.

Nastąpi przełom – stwierdził, po czym machnął na Siergieja ręką.

 

Obaj weszli do kopuły. Artur, nie czekając na zakończenie procesu dezynsekcji, włożył całą rękę do podajnika i wydarł maszynie swój cenny pakunek zanim zdołała go osuszyć.

 

Co tam masz, znalazłeś coś?

Nie tutaj, chodźmy do mojej kwatery – Artur ruszył przed siebie, nawet nie upewniając się, czy jego towarzysz podążył za nim. Siergiej pokręcił z niedowierzaniem głową, wzruszył ramionami, po czym dogonił przyjaciela.

 

Szli wąskim przesmykiem między kontenerami mieszkalnymi innych członków ekspedycji. Marsz był krótki. Cała kopuła miała niespełna 200 metrów średnicy. Artur, jako szef ekspedycji, mógł przenieść swoją kwaterę w inne miejsce kopuły. Pragnąc uniknąć rozpraszającej krzątaniny między punktem mieszkalnym, jadalnią, a kabinami sanitarnymi, zdecydował się na sąsiedztwo punktu botanicznego i laboratorium.

 

Matowa, gruba folia imitująca drzwi zwinęła się ku górze, otwierając wejście do kwatery Artura. Ten jednym ruchem ręki zrzucił wszystko ze stołu i z niezwykłą ostrożnością położył swój pakunek na blacie. Z dużym namaszczeniem odkrywał znalezisko.

Siergiej dostrzegł między palcami przyjaciela częściowo stopione, metalowe pudełko, z charakterystycznym i znanym mu garbowaniem.

 

Kolejny rejestrator… Myślałem, że dałeś sobie już z tym spokój – stwierdził bez entuzjazmu.

 

Artur podniósł w górę palec wskazujący, nakazując Siergiejowi czekać. Podważył delikatnie po czym zdjął częściowo zniszczone wieko. We wnętrzu urządzenia spoczywał kłębek cienkich jak żyły przewodów organicznych, splątanych ze sobą w pozornym tylko chaosie. Żadna z żyłek nie była przerwana. Twarz Artura promieniała, jakby odnalazł poszukiwaną od dawna relikwię.

 

Jest cały? – zdziwił się Siergiej, po czym dodał – To niewiele zmienia, nie znaleźliśmy jeszcze żadnego nośnika danych, z którego udałoby się cokolwiek odczytać. – Realizm Siergieja mógł zabić nawet największego optymistę.

 

Palec Artura znów powędrował ku górze. Nad organiczną plątaninę przesunął podręczny elektroniczny analizator, a gdy rozbłysnął zielenią, Artur dumnie spojrzał na przyjaciela. Siergiej pokiwał głową z uznaniem.

 

Pierwszy w pełni sprawny dysk – stwierdził. – Myślisz, że uda się coś z niego odzyskać?

Jestem tego pewien – Artur w końcu się odezwał. – Przed zabraniem go z pierwszej strefy dokonałem kilku analiz i chyba znajdę potwierdzenie mojej hipotezy.

Której? – Siergiej zmarszczył czoło w ten charakterystyczny sposób. Żaden jego rozmówca  nigdy nie mógł być pewien, czy Siergiej przejawiał tym zainteresowanie tematem, czy też zaczynał ironizować.

Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o pierwszej strefie, że to niemal cała cywilizacja w pigułce?

Siergiej nadal marszczył czoło.

– Siergiej, to jest już 26 rejestrator znaleziony na powierzchni zaledwie kilkuset metrów kwadratowych!

Aaa.., teraz pamiętam – hipoteza o jakimś wiecu, który musiał się tam odbywać… – Siergiej podrapał się po głowie.

Właśnie. Rejestratory zawsze były kluczem, a my je ciągle ignorowaliśmy.

I słusznie, odzyskanie z nich danych graniczy z cudem, a i tak nie mamy pewności, czy kiedykolwiek były w użyciu. Tutaj mógł znajdować się stragan z elektroniką, magazyn lub cokolwiek innego – wzruszył ramionami Siergiej.

Zlituj się, znowu będziemy to wałkować? – Artur pokręcił głową, jakby nie mógł uwierzyć w usłyszane słowa i to zwłaszcza od osoby, która tak jak on tytułowała się naukowcem.

Tutaj nie ma śladu po fundamentach – kontynuował – a do jakichkolwiek najbliższych zabudowań jest 5 kilometrów. Czy wyobrażasz sobie stoiska handlowe, a już zwłaszcza z elektroniką, tak oddalone od centrum jakiegokolwiek miasta?

 

Siergiej nadal chyba nie rozumiał podekscytowania kolegi i odpowiedział spokojnym, a może nawet lekceważącym tonem:

Ciągle porównujesz ich do nas, a tak naprawdę dosłownie we wszystkim możemy się różnić. Mamy za mało danych, aby zakładać, iż oni kierowali się logiką podobną do naszej.

 

Artur zrozumiał, że w obecnej chwili obaj z Siergiejem nadają na zupełnie różnych częstotliwościach.

OK, załóżmy, ZAŁÓŻMY – podkreślił – że nie było tu targu, straganów, ani miejsca czci kultu boga elektroniki.

Siergiej wyczuł sarkazm i uśmiechnął się – Niech ci będzie – odpowiedział.

W takim razie co robiło tutaj – Artur kontynuował – kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt tysięcy osobników, bo przecież skatalogowaliśmy dotychczas zaledwie małą część szczątków, z których większość miała ze sobą podręczny rejestrator?

 

Siergiej wykrzywił twarz, aby podkreślić zabawę w zgadywanie i wypalił – Może mieli koncert gwiazdy pop?

 

Artur klasnął i wskazał kciukami przyjaciela.

No, nareszcie zaczynamy się rozumieć! To mógł być koncert – czemu nie, może gigantyczny wiec na czyjąś cześć, pokaz sztucznych ogni, laserów lub filmu wyświetlanego na chmurach. Moim zdaniem istnieje ścisły związek między tym licznym zgromadzeniem a momentem katastrofy. Aby to rozszyfrować, trzeba znaleźć klucz – a kluczem będzie odtworzenie, nawet częściowo, przynajmniej jednego z zapisów ukrytych w rejestratorach. Jeśli to się uda, uzyskamy też dane o jakich wspominałeś, będziemy mogli powiedzieć coś więcej o tej ich logice.

 

Siergiej nadal wpatrywał się w przyjaciela nieco obojętnym wzrokiem.

Arek, możemy sobie gdybać, ale bez jednoznacznych dowodów to nadal pozostaną czyste spekulacje.

Oczywiście, dlatego ten dysk jest tak ważny – Artur nachylił się nad znaleziskiem, jakby próbował je pocałować. – Wewnątrz niego może znajdować się wyjaśnienie wszystkiego. Analizy w strefie wskazywały, że połowę pojemności ma zapisanej. Jest sprawny, ma dane – teraz tylko wystarczy je odzyskać.

– Jeśli uda się odzyskać zapis, to faktycznie będzie jakiś przełom.

 

Siergiej w tym elemencie musiał przyznać rację Arturowi i to nie tylko dlatego, że był on jego przełożonym czy przyjacielem. Uzyskanie obrazu z rejestratora byłoby rzeczą naprawdę istotną i pozwoliłoby przeżyć kilka chwil w obcej rzeczywistości. Być może przeszukiwanie planety przez kolejne dziesięciolecia nie przyniosłoby równie ważnego znaleziska. Obejrzenie ruchomego obrazu zawsze więcej wnosi niż studiowanie szkieletów i sklejanie rzeczy osobistych oraz snucie na tej podstawie domysłów.

 

Ile zajmie ci odtworzenie pierwszych klatek? – spytał.

 

Artur już zaczął rozgrzebywać pincetą fioletowe wicie w poszukiwaniu organu przesyłowego. Nie odrywając wzroku od pamięci rejestratora powiedział – Ciężko stwierdzić, wszystko zależy od integralności danych, fragmentacji, mikro-uszkodzeń, może nawet trzeba będzie dostroić nasz dotychczasowy sprzęt. Poprzednie konwertery mogą być niekompatybilne z tym rejestratorem, zdaje się, że każdy musimy traktować indywidualnie. Na pewno będę miał co robić przez najbliższy tydzień.

 

Siergiej kiwnął głową żałując, że Artur nie powiedział ostatniego zdania na początku odpowiedzi.

 

Cóż, powodzenia. Jak będziesz potrzebował pomocy, wiesz gdzie uderzać.

 

Folia rozwinęła się za sylwetką wysokiego mężczyzny. Artur chyba nawet nie zauważył, że został sam w kwaterze. Teraz zresztą było mu to obojętne. Wydał tylko cichy okrzyk sukcesu, gdy namierzył i złapał pincetą organ przesyłowy rejestratora.

 

***

 

Artura obudził ból. Z grymasem na twarzy wyprostował się i zaczął rozmasowywać bolący kark. Kolejny raz z rzędu przytrafiło mu się zasnąć przy stole diagnostycznym w swojej własnej kwaterze. Spojrzał najpierw na kłębowisko żyłek obcej biotechnologii, następnie na odczyt z konwertera. Maszyna dławiła się niemiłosiernie, ale mozolnie popychała proces do przodu. Podczas snu Artura zakończyła kolejny etap konwersji i niebawem miała skończyć ostatni.

 

Artur rzucił okiem na ekran z projekcją. Przyglądał się jej z uwagą ładną minutę, próbując dostrzec różnicę naniesioną w nocy przez konwerter. Obraz nabrał ostrości. W ciemniejszej, dolnej części dało się już dostrzec sylwetki, jednak górna, jaśniejsza nadal pozostawała mleczną plamą. Do końca ostatniego etapu składania klatki z obcego zapisu pozostało jeszcze kilka procent, dlatego Artur postanowił rozprostować kości.

 

Wyszedł z kwatery i rozejrzał się. Kopuła zalana była promieniami tutejszej gwiazdy. Na wpół przezroczyste sklepienie, pokryte refleksyjnym materiałem, wpuszczało łagodne i – co ważniejsze – chłodne światło. Artur spojrzał pod nogi i zorientował się, że stoi dokładnie w centralnym punkcie kopuły, oznaczonym emblematem Organizacji.

 

Kopuła była jego dzieckiem, uczestniczył we wszystkich etapach jej projektowania. Przy jej tworzeniu wykorzystano oczywiście doświadczenie zebrane na Księżycu i Marsie, ale wszelkie modyfikacje i usprawnienia były albo pomysłem Artura, albo przeszły jego weryfikację. On był pomysłodawcą i opiekunem tej ekspedycji. Gdyby nie jego upór w walce z biurokracją i niechęcią władz, zapewne żadna misja nie wylądowałaby na tej planecie jeszcze przez długie lata. Dopiął jednak swego i dostał szansę na próbę wyjaśnienia katastrofy, jaka miała tu miejsce 2 lata temu.

 

Wciąż kręcił z niedowierzaniem głową na wspomnienie wyboistej drogi, jaką musiał pokonać, aby znaleźć się na tej ziemi. Nie pojmował sprzeciwu władz, tłumaczących się szeroko rozumianymi względami bezpieczeństwa, pod które ciągle podpinano coraz to nowe i bardziej wymyślne powody rzekomo uniemożliwiające nie tylko samą podróż tutaj, ale nawet czasowe osiedlenie się na powierzchni.

Artur rozdmuchał sprawę w mediach, wykorzystał masowe poparcie, zdobył prywatnych inwestorów i niemalże wymusił na Organizacji zgodę na tę ekspedycję. Artur, podobnie jak cały świat, mimo upływu lat od pierwszego kontaktu chciał jasnej odpowiedzi na pytania – co się tutaj wydarzyło i w jaki sposób zniknęła obca cywilizacja.

 

Obcy, podobnie jak Ziemianie, szukali potwierdzenia, że nie są sami w kosmosie. To oni nawiązali z ludźmi kontakt, dosłownie paraliżując Ziemię swoim przekazem. Był on tak silny i skoncentrowany, że zakłócił pracę satelit i zagłuszył stacje radiowe. Obcy najwyraźniej chcieli mieć pewność, że ich wiadomość zostanie odebrana. Artur, trochę przypadkowo, znalazł się wraz z Siergiejem w grupie naukowców badających przekaz, który nie był skomplikowany, ani długi. Wystarczyło złożyć go w po-klatkową animację. Wskazywała ona umiejscowienie planety, po której stąpał teraz Artur oraz przedstawiała kontury humanoidalnych sylwetek, machającym przyjaźnie rękami. Nie było to nic innego jak przedstawienie się i zaproszenie do dalszych kontaktów.

 

Świat zjednoczył się jak nigdy wcześniej, czego owocem było wysłanie sondy na planetę obcych już w miesiąc po przekazie. Jej podróż trwała 4 miesiące i zakończyła się jedynie małym sukcesikiem. Z sondą stracono bowiem kontakt niebawem po przesłaniu danych zebranych z pierwszego okrążenia planety. Oczom naukowców ukazał się wtedy świat, w którym dominowała inna cywilizacja. Efekty ich ingerencji w naturę były jeszcze większe niż na ziemi i łatwo dostrzegalne z kosmosu. Jak się okazało obcy po brzegi zasiedlili sporą część jedynego kontynentu o wymiarach zbliżonych do Australii. Powiększenia ukazywały potężną metropolię naszpikowaną drapaczami chmur oraz olbrzymie pola uprawne w drugiej części kontynentu.

 

Sonda ukazała zaledwie szczyptę danych i zamilkła na zawsze. Ciekawość nie została zaspokojona, dlatego szybko wysłano kolejną sondę. Artur myślał, że zwariuje z podekscytowania na wieść o otrzymaniu z niej przekazu. Ku zaskoczeniu wszystkich, sonda przesłała jednak jałowy obraz. Nie było już śladu po mieście, a linie pól uprawnych zatarły się. Na kontynencie pojawiły się jedynie trzy pokaźne kratery oddalone od siebie w równych odległościach, jakby ktoś zaplanował ich położenie. W miejscu miasta straszyło gruzowisko, które przetrząsała obecnie ekipa Artura.

 

Przez 2 lata, które ostatecznie zawiodły go w to miejsce, Artur próbował rozgryźć przyczynę katastrofy. Na początku, tak jak każdy, przyjął hipotezę o upadku dużej asteroidy. Ta, według symulacji, miała rozbić się przy wejściu w atmosferę na trzy niemal równe kawałki i zmieść życie z kontynentu. Artur przez pewien czas w to wierzył, aby zdusić w sobie zżerającą go od środka ciekawość. Oszukiwał jednak samego siebie. Przy każdej możliwej okazji podważał hipotezę impaktu i znajdował szereg argumentów, na poparcie których nie posiadał niestety dowodów. Miał nadzieję znaleźć je tutaj, badając gruzowisko metropolii.

 

Już pierwsze dni spędzone na planecie przyniosły małe sukcesy. Atmosfera była bowiem oczyszczona z pyłu, co na zaledwie dwa lata po upadku tak dużej asteroidy, było co najmniej zastanawiające. Prócz tego, gruzowisko miało cechy radioaktywności, jakie nie zawsze ma miejsce przy katastrofie tego typu. Artur był zdania, choć nie mówił o tym otwarcie nawet w rozmowach z Siergiejem, że katastrofa nie miała czynników zewnętrznych, lecz została wywołana przez samych obcych. Czy był to wypadek, czy też rozmyślne działanie, tego pewnie nigdy się nie dowie, ale miał nadzieję znaleźć przynajmniej dowody, które obaliłyby definitywnie hipotezę przyjętą przez naukowców na Ziemi, przyjętą – jak twierdził – dla świętego spokoju.

 

Artur machnął ręką na przywitanie grupy archeologów wyruszających w teren. Obrócił się na pięcie i wrócił do kwatery. Na ekranie właśnie wczytywał się zaktualizowany obraz po nałożeniu danych z ostatniego etapu konwersji. Artur odczekał aż nabierze ostrości i nagle odskoczył od monitora jak oparzony. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Złapał za komunikator i przywołał Siergieja.

 

Gdy przyjaciel pojawił się w kwaterze, Artur nadal ślęczał przed ekranem, mrużąc wzrok i bawiąc się ustawieniami obrazu.

Co tam? – spytał Siergiej.

Spójrz – Artur przywołał go ruchem dłoni. – Mam pierwszą klatkę z rejestratora.

 

Obaj wpatrywali się we wzór pikseli z otwartymi ustami.

Klatka przedstawiała publiczne wydarzenie. Na dole obrazu widać był setki ciemnych sylwetek obcych, wielu z nich trzymało ręce w górze. Na pierwszym planie oświetlony był tylko jeden osobnik, który patrzył na naukowców. Twarz miał niezwykle bladą, niemal białą, rozdzieloną fałdami pomarszczonej skóry, między którymi prześwitywały niewielkie, czarne jak węgiel oczy. Twarz była wykrzywiona w mimice nieznanej człowiekowi. Tak jak inni wskazywał pojazd wiszący zaledwie kilkaset metrów nad głowami zebranych. Niebo było zbyt jasne, aby dało się dostrzec więcej niż tylko kontury statku, jednakże jego kształt był doskonale znany zarówno Arturowi, jak i Siergiejowi – nad tłumem górowała bowiem ziemska sonda.

 

Czy widzisz to samo, co ja? – Artur przetarł zmęczone oczy, jakby chciał się upewnić, że wzrok nie płata mu przedziwnego figla.

Siergiej pokiwał głową – Więc jednak ci się udało – rzucił.

Możesz mi to jakoś wytłumaczyć?

Wiedziałeś, że sondę przystosowano do zejść w atmosferę? – Siergiej odpowiedział pytaniem.

Artur zaprzeczył ruchem głowy. – Powiedz mi lepiej, dlaczego miała w ogóle schodzić tak nisko?  –  stali przed ekranem jak zahipnotyzowani, zdezorientowani.

 

Więc o to chodziło? – wypalił nagle Siergiej, jakby mówił do siebie, po czym spojrzał na przyjaciela.

Choć raz mnie posłuchaj, Arek. Nie brnij w to głębiej!

 

Artur potrzebował chwili, aby pojąć usłyszane słowa. Spojrzał na Siergieja, który właśnie wybiegł z kwatery, przedzierając się przez folię, nie czekając, aż ta się zwinie.

Czy ty coś wiesz, Siergiej?! – krzyknął za przyjacielem, ale odpowiedział mu tylko odgłos odchodzących kroków.

 

strona 1 z 3

 

Czytaj dalej >>

Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

9 komentarze do “Opowiadanie SF: „Problem Kozłowski”

Dodaj komentarz >>

  1. Rob pisze:

    Dobre. Raczej retro, w stylu lat 80- tych, albo wcześniej, ale to plus. Klasyczna, sprawdzona narracja, bez zbędnych fajerwerkõw. Można by tylko podkręcić wątek filozoficzny, że ta sama ciekawość, która kierowała Kozłowskim, innych uczonych popchnęła do konstrukcji śmiercionośnej broni.

  2. Kasia pisze:

    Bardzo fajne opowiadanie. Chce się czytać!
    Świetnie napisane i nie za długie jak niektóre publikowane w Nowej Fantastyce.

  3. Krzysztof pisze:

    Dobre, nawet bardzo,dlatego za krótkie.

  4. Łukasz pisze:

    Całkiem sprawnie napisany tekst, choć może dialogi nieco papierowe. Ja też trochę popisuje. Zapraszam na mojego bloga z opowiadaniami science fiction: http://www.emaginacja.pl

  5. Maciej pisze:

    Rewelacyjne opowiadanie. Czytałem z wypiekami na twarzy. Mocne.

  6. Paweł pisze:

    Niestety to opowiadanie wprawiło mnie w posępny nastrój. Choć ciężko to sobie wyobrazić, jestem pewien, że coś takiego mogłoby mieć miejsce. Dla przykładu, żeby nie szukać zbyt daleko: 9/11. Prawdy nie dowiemy się nigdy.

  7. Michał pisze:

    Jak zawsze świetne.
    Może nawet jedno z najlepszych 🙂

  8. TheAër pisze:

    Świetne opowiadanie, trafił Pan w mój ulubiony gatunek 🙂

    Gratuluję zapału, mi prawie na pewno nie chciałoby się pisać takich rzeczy – kilkukrotnie już próbowałem.

    Pozdrawiam
    TA

  9. Dominik pisze:

    Naprawdę fajne opowiadanie – czekam na kolejną część.

    PS: przeczytałem wszystkie i uważam, że trzymają naprawdę wysoki poziom.

Skomentuj Maciej Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *