strona 2 z 3
Artur chodził bez celu po kwaterze, próbując poukładać w głowie nowe fakty. Słowa Siergieja zaskoczyły go równie mocno, jak ziemska sonda wisząca nad głowami obcych. Czyżby jego najbliższy przyjaciel wiedział więcej niż on sam, szef ekspedycji? Jeżeli tak, dlaczego to skrywał? A może tylko źle zinterpretował jego słowa? Dlaczego jednak Siergiej uciekł z kwatery, niemal uszkadzając wyjście?
Artur wyszedł, musiał natychmiast porozmawiać z przyjacielem.
W kopule jednak go nie znalazł, więc ubrał się w kombinezon i ruszył ku pierwszej strefie. Tam dowiedział się, że minął się z Siergiejem, który miał wrócić do kopuły południowym wejściem. Czyżby go unikał?
Artur z każdym zbliżającym go do kopuły krokiem nabierał większego przeświadczenia, że przyjaźń łącząca go wiele lat z Siergiejem nie była całkiem szczera. W głowie piętrzyły mu się pytania, na które nie mógł znaleźć odpowiedzi. Potrzebował przynajmniej niewielkich wskazówek, które mogłyby nakierować go na właściwe tory, dać punkt zaczepienia do następnych poszukiwań. Czuł, że może je uzyskać od Siergieja. Bez nich Artur był jedynie ślepcem, któremu kazano się poruszać na nieznanym terenie.
Przyspieszył kroku. Gdy przedarł się przez śluzy, zaskoczył go nietypowy półmrok panujący we wnętrzu kopuły. Naturalne światło odbierał ciemny dym, kłębiący się pod sklepieniem i wydobywający z kwatery Artura. Artur nie zastanawiał się i biegiem dołączył do kilku osób, walczących z pożarem.
Ogień nie był duży, płomienie miały może metr wysokości, ale trawiły niestety stół diagnostyczny. Artur odepchnął jednego z pracowników, stojącego przy nadtopionej folii wejściowej i wdarł się do środka mimo ostrzegawczych krzyków za plecami. W kwaterze było potwornie gorąco, powietrze zaklejało płuca. Artur wstrzymał oddech. Między językami płomieni dostrzegł skurczone pod wpływem gorąca wici organicznego dysku, który był już stracony. Gdy zobaczył, że płomienie dosięgły już komputer pod blatem – nie zastanawiając się skoczył w jego stronę. Wyrwał go z kabli i – mimo palącego dotyku – wyniósł na zewnątrz. Minął się z dwoma osobami, które uzbrojone w gaśnice wpadły do kwatery.
Parę minut później pożar został ugaszony.
Artur klęczał przy komputerze i patrzył na swoje poparzone dłonie, jakby nie pojmował tego, co przed chwilą zrobił. Mimo przejmującego bólu, wyszarpnął z wnętrza komputera dysk twardy, schował go za koszulę i pobiegł ku sekcji botanicznej. Przed wejściem upewnił się, że nikt go nie obserwuje i zniknął za matową folią.
***
Niemal trzy kwadranse Artur spędził u lekarza, który wcześniej pomagał mu stłumić ogień, a teraz łagodził cierpienie. Doktor Laurent Germant był niezwykle konkretnym człowiekiem, o wszechstronnej wiedzy w ramach swojej dziedziny. Artur lubił przebywać w jego towarzystwie, gdyż ten nigdy nie próbował go zadręczać na siłę nic nie wnoszącymi opowiastkami, które zazwyczaj miały tylko rozładowywać krępującą ciszę.
– Jak do tego doszło? – zapytał doktor, gdy skończył bandażować lewą dłoń Artura.
– Próbowałem uratować dane – odpowiedział przez zaciśnięte z bólu zęby.
– Udało się?
Artur zwlekał nieco z odpowiedzią.
– Nie, za wysoka temperatura. Wszystko stracone – skłamał chyba po raz pierwszy podczas trwania tej ekspedycji.
– Spokojnie pan to znosi – stwierdził doktor, spryskując prawą dłoń środkiem regenerującym skórę. – Na pana miejscu kląłbym niemiłosiernie, a o tym że potrafię, może zaświadczyć moja żona na Ziemi – uśmiechnął się i puścił Arturowi oko.
Artur głośno wypuścił tylko powietrze nosem. Nie miał obecnie najmniejszej ochoty na żarty. Widząc zamyślenie na twarzy szefa, doktor szybko zmienił temat i zapytał o przyczynę pożaru.
– Nie wiem, Laurent – odparł zafrapowany. – Ludzie starają się to teraz wyjaśnić. Widziałeś może Sergieja? – zapytał.
– Tak, tuż przed pożarem minęliśmy się przy śluzie, wychodził na zewnątrz.
Doktor nie powiedział już nic więcej do końca opatrywania dłoni, pozwalając Arturowi poukładać myśli. Ten przybrał skorupę opanowanego, chociaż w środku toczył walkę o uporządkowanie chaosu i szoku, jakiego doznał w wyniku niedawnych wydarzeń. W ciągu kilkudziesięciu minut wszystko stanęło na głowie, a Artur nie mógł być już pewien niczego. Stracił kontrolę, a tego nie znosił najbardziej.
Jakie były fakty?
Organizacja wysłała go, by szukał przyczyn katastrofy, nie informując jednocześnie, że w jej pobliżu dryfowała sonda, która notabene – w ogólnie przyjętych założeniach – nie miała nigdy schodzić nawet na niską orbitę planety. Co ona tutaj robiła? Jaki był w tym cel i kto o tym zdecydował? Dodatkowo jedyna osoba, o której mógłby powiedzieć, że zna ją na wylot nagle ostrzega go, by zostawił tak ważny temat i to bez jakichkolwiek wyjaśnień. Chwilę potem dowód, którego szukał miesiącami, zostaje spalony w jego własnej kwaterze.
Artur nigdy nie tolerował ogólnych wyjaśnień, które przynosiły jedynie chwilowy spokój, a nie jasne, niepodważalne rozwiązanie. Dlatego też nie mógł dłużej siedzieć biernie w zabiegówce. Wyrwał się doktorowi, mimo że ten nie zakończył jeszcze bandażowania, podążył w stronę swojej kwatery, a raczej pogorzeliska jakie z niej zostało.
Podwładni rozkładali bezradnie ręce, gdy pytał ich o przyczynę pożaru. Wszystko miały wyjaśnić dopiero badania, które zresztą natychmiast zlecił. Nakazał też szukać Siergieja. Szybko okazało się, że nie ma go w kopule. Artur bezskutecznie próbował wywołać go przez komunikator.
Niedługo potem zarządził powrót wszystkich jednostek i jednocześnie zablokował południowe śluzy – jedyne wejście do tlenowej bańki stanowiły teraz śluzy północne. Artur czekał na podeście magazynu i osobiście nadzorował stamtąd sprawdzanie wszystkich powracających transporterów. Im dłużej trwało bezowocne poszukiwanie, tym częściej spoglądał na zegarek wiedząc, iż zasobnik tlenowy w kombinezonach pracowników ma ograniczoną pojemność.
W końcu do kopuły wszedł Siergiej. Pracownicy zebrali się wokół niego, nie pozwalając mu przejść i obracali co chwilę głowy w stronę Artura, jakby czekali na wytyczne. Siergiej widząc to przedstawienie uśmiechnął się litościwie i odepchnął dwóch archeologów, którzy zagrodzili mu drogę. Obaj mężczyźni upadli na ziemię. Siergiej przeklął sfrustrowany faktem, że musiał udowodnić wątłym archeologom swoją przewagę fizyczną. Ruszył przed siebie, lecz szybko zatrzymał się, gdy zobaczył przed sobą Artura. Momentalnie utracił pewności siebie i spuścił głowę, by uniknąć wzroku przyjaciela.
– Chodź ze mną! – rzucił stanowczo Artur i poprowadził Siergieja do sekcji komunikacyjnej. Ten nie stawiał już żadnego oporu.
Artur upewnił się, że wszyscy współpracownicy wyszli i nikt nie stoi na tyle blisko baraku, aby słyszeć ich rozmowę, po czym pozwolił Siergiejowi usiąść. W osobie, która teraz wpatrywała się w swoje buty nie widział już przyjaciela, lecz kogoś zupełnie mu obcego. Chodził wokół niego niczym prokurator przed ugodzeniem oskarżonego słowami, mającymi trafić w jego najczulszy punkt i wyprowadzić z równowagi. Artur nie musiał czekać na wyniki badań – był pewien, że jego kwaterę podpalono celowo, a sprawca siedział teraz przed nim. Postanowił więc uderzyć z grubej rury, tak jak zrobiłby to Siergiej.
– Dlaczego zniszczyłeś rejestrator?
Siergiej obudził się jakby z chwilowego letargu. Zaskoczony uniósł głowę, lecz nadal nie był w stanie spojrzeć Arturowi w oczy. Nie potrafił też wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Nie trzeba było mieć doświadczenia detektywa, aby wyczuć jego winę. Całe ciało Siergieja wyrażało poczucie winy, nie musiał on nawet nic mówić.
– Nie rozumiem – kontynuował Artur – dlaczego obraz z rejestratora zamienił nagle mojego przyjaciela i dobrego naukowca w podpalacza, niszczącego efekt także swojej pracy?
Artur poczekał chwilę, lecz gdy nie otrzymał odpowiedzi podniósł głos –Siergiej! Co się tutaj, do cholery, dzieje! – trzasną pięścią w stół.
Siergiej nadal milczał. Po jego zachowaniu widać było, że toczył jeszcze większą wewnętrzną walkę niż Artur. W końcu nie wytrzymał i gwałtownie wstał. Chwycił stół i rzucił go z okrzykiem wściekłości na foliową, przeciwległą ścianę.
– Pieprzę to! – ryknął w stronę Artura. – Chcesz wiedzieć, co tu się dzieje?! – zaczął chodzić nerwowo po pomieszczeniu i ciskać w kąty wszystkim co wpadło mu w ręce. -To wszystko! – wrzeszczał – To, to i to, cała ta chora wyprawa, ta kopuła – machnął ręką nad głową Artura – to cholerna mistyfikacja! Na Ziemi tylko siedzą, pękają ze śmiechu i układają nowe kawały na nasz temat. A wszystko przez ciebie – Siergiej dźgnął Artura w pierś palcem wskazującym tak mocno, aż ten zrobić krok w tył. – Ta twoja żądza parcia po prawdę nie zważając na nic. Czemu… Czemu nie przyjąłeś ich hipotezy?! Czemu poszedłeś z tym do mediów?! Czemu zasiałeś to cholerne ziarno wątpliwości?! Nie mogłeś odpuścić? – Siergiej spuścił nagle z tonu. – Siedzielibyśmy teraz w jakimś zapyziałym laboratorium, badali duperele, ja byłbym z żoną i wiedlibyśmy szczęśliwe, spokojne życie, z dala od tych szkieletów i całej tej pokręconej historii.
Siergiej zakrył twarz dłońmi, próbując się opanować, lecz zamiast tego zaczął szlochać. Cofnął się i runął na ziemię przy ścianie, nie odrywając dłoni od twarzy.
Artur patrzył na przyjaciela z takim samym wyrazem twarzy, jaki miał jeszcze niedawno spoglądając na obraz z rejestratora. Siergiej rozpadał się emocjonalnie na jego oczach. Jaka mogła być przyczyna załamania u osoby tak zdystansowanej do życia? Artur podszedł do niego, przykucnął i położył dłoń na ramieniu.
– Siergiej… Siergiej – powtórzył głośniej – o czym ty mówisz, co się dzieje?
Rosły mężczyzna szlochał jak dziecko. Odsłonił oczy zalane łzami i po raz pierwszy od kilku godzin pozwolił, aby ich spojrzenia się spotkały.
– Przysłali mi zdjęcia – zaczął, przełykając łzy – zdjęcia Marianny, zrobione pieprzonym karabinem snajperskim. Później jakiś dwóch osiłków w biały dzień, w centrum miasta, wrzuciło mnie do furgonetki. Jakiś ważniak w wojskowym garniturze i bojówką na twarzy „poradził” mi, abym dołączył do twojej ekspedycji i meldował im o każdym znalezisku, każdym postępie. Dali mi namiary, numery, których nikt nigdy nie widział na oczy, współrzędne poza Ziemią. Próbowałem ich namierzyć, uwierz mi, ale to było niemożliwe. Pozostawiono mi wybór – mogłem patrzeć jak zabijają żonę, albo zdradzić najlepszego przyjaciela? Co byś wybrał, Arek?! – znów uniósł głos. – Wysyłam jej wiadomości każdego dnia i zawsze umieram, czekając na odpowiedź. Mam już tego dość, chcę wracać, a rozgryzanie tej cholernej katastrofy zostawmy komuś innemu!
– Czemu mi nie powiedziałeś? – Artur spytał najłagodniejszym tonem, do jakiego się zmusił. Wściekłość i poczucie zdrady szybko zastąpiły żal i współczucie.
– Nie mogłem, zrozum! Kontrolowali wszystko, byli wszędzie, może teraz też mają tutaj swoich ludzi. Musiałem to zachować dla siebie, bo grozili życiem Mariannie.
Artur pokiwał ze zrozumieniem głową. Sprawa z katastrofą była znacznie poważniejsza niż mu się wydawało nawet w najśmielszych przypuszczeniach.
– Powiedziałeś, że ta wyprawa to mistyfikacja. Dlaczego oni to wszystko robią?
– Chodzi o pozory, spokój społeczny i zawiązanie knebla takim jak ty, niedowiarkom. Gdy zobaczyłem obraz z rejestratora zrozumiałem, że chcą coś ukryć przed opinią publiczną. Coś, co tyczy się naszego kontaktu z obcymi – coś, co może mieć związek z katastrofą.
– Chcesz powiedzieć, że Organizacja o tym wszystkim wie?
– Myślę, że to właśnie oni za tym stoją.
Siergiej chciał mówić dalej, lecz przerwał, gdy ściany baraku zaczęły drżeć. Popatrzyli na siebie szukając wyjaśnienia.
– Czy już meldowałeś im o rejestratorze? – spytał Artur.
– Żartujesz sobie? Zrobiłem to tydzień temu, zaraz po tym, jak mi go pokazałeś.
– Czy to możliwe, że przylecieli tak szybko?
Oczy Siergieja zaokrągliły się. Zrozumiał, co Artur miał na myśli i co mogło wywołać drżenie kopuły.
– Możliwe – odparł.
Artur postanowił działać i ruszył do wyjścia.
– Tobie nic nie zrobią – krzyknął za nim Siergiej. – Jesteś znany, więc nietykalny. Mogą tylko manipulować!
Artur nie dosłyszał ostatniego zdania. Biegł do serwerowni. Na głównym placu mijał zdezorientowanych członków ekipy, zadzierających z niepokojem głowy ku kuli ognia na niebie. Artur wpadł do pomieszczenia pełnego rusztowań i wyciągnął jeden z dysków backupowych. Wystrzelił następnie ku magazynowi, gdzie wykorzystał palnik plazmowy do przegrzania dysku i zniszczenia jego kodu identyfikacyjnego. Potem wbiegł do własnej kwatery, gdzie znalazł opalony komputer i w miejsce dysku, który niedawno wyrwał poparzonymi rękami, umieścił ten z serwerowni. Miał nadzieję, że zatarł w ten sposób ślady po dysku ukrytym w ogrodzie, który zawierał tę jedną klatkę rejestratora już przekonwertowaną na obraz.
strona 2 z 3




Dobre. Raczej retro, w stylu lat 80- tych, albo wcześniej, ale to plus. Klasyczna, sprawdzona narracja, bez zbędnych fajerwerkõw. Można by tylko podkręcić wątek filozoficzny, że ta sama ciekawość, która kierowała Kozłowskim, innych uczonych popchnęła do konstrukcji śmiercionośnej broni.
Bardzo fajne opowiadanie. Chce się czytać!
Świetnie napisane i nie za długie jak niektóre publikowane w Nowej Fantastyce.
Dobre, nawet bardzo,dlatego za krótkie.
Całkiem sprawnie napisany tekst, choć może dialogi nieco papierowe. Ja też trochę popisuje. Zapraszam na mojego bloga z opowiadaniami science fiction: http://www.emaginacja.pl
Rewelacyjne opowiadanie. Czytałem z wypiekami na twarzy. Mocne.
Niestety to opowiadanie wprawiło mnie w posępny nastrój. Choć ciężko to sobie wyobrazić, jestem pewien, że coś takiego mogłoby mieć miejsce. Dla przykładu, żeby nie szukać zbyt daleko: 9/11. Prawdy nie dowiemy się nigdy.
Jak zawsze świetne.
Może nawet jedno z najlepszych 🙂
Świetne opowiadanie, trafił Pan w mój ulubiony gatunek 🙂
Gratuluję zapału, mi prawie na pewno nie chciałoby się pisać takich rzeczy – kilkukrotnie już próbowałem.
Pozdrawiam
TA
Naprawdę fajne opowiadanie – czekam na kolejną część.
PS: przeczytałem wszystkie i uważam, że trzymają naprawdę wysoki poziom.