strona 2 z 2
***
Gdy następnego poranka Maria przebudziła się, nie zastała już syna w mieszkaniu. Wiktor jednak zostawił coś dla niej. Gdziekolwiek była w wilii, towarzyszyła jej migocząca czerwienią kula, wielkości jabłka, lewitująca na wysokości jej głowy. Przypomniała sobie wczorajsze wskazówki syna, jak otwierać wiadomości. Skupiła na kuli swoje wszystkie myśli i po kilku próbach w końcu latający obiekt zareagował. Przed jej oczami zmaterializował się ekran z nagraną wiadomością od Wiktora. Syn mówił, programując jednocześnie zmiany stroju wyjściowego w zależności od upodobań kolorystycznych swoich potencjalnych klientów. Cała jego postać iskrzyła wielobarwnym światłem.
– Mamo, musiałem wyjść. Jak będziesz głodna, wiesz co robić. Pamiętaj – poznawaj i ucz się żyć w tym świecie. Wyobraź sobie, że zostajesz tu na stałe, ze mną i z tym wszystkim wokół. Porozmawiamy, jak wrócę. Tylko proszę – nie opuszczaj mieszkania. Dzisiaj jesteś tu już jakby nielegalnie, więc unikaj kontaktów z kimkolwiek. Na razie!
Każda powolnie mijająca godzina w obcym świecie dłużyła się Marii, pozostawionej samej sobie. Powtarzała kilka czynności, których nauczyła się wczoraj, jednak szybko ją znudziły. Jakimś cudem udało jej się otworzyć ekran wiadomości miejskich. Wisiała nad wyświetlaczem nawet kilkanaście minut, po czym w pośpiechu zamknęła go. Nie była przyzwyczajona do takiego intensywnego strumienia informacji. Wiadomości wbijały się jej do głowy jakby z pominięciem narządu wzrokowego. Nie potrafiła nad nimi zapanować, ani ich poukładać. Przerażające poczucie prania mózgu.
Pamiętna ostrzeżenia, kręcąc się po marmurowych wnętrzach willi i próbując znaleźć sobie miejsce, kilkakrotnie musiała walczyć sama ze sobą, aby nie spowodować przypadkowo odbioru kilku przychodzących połączeń do Wiktora. Tutaj nie tylko musiała panować nad swoim ciałem, ale przede wszystkim nad umysłem.
Z upływem czasu rosło u Marii przeświadczenie, że przestrzenne wnętrza, po których chodziła bez celu, mają jedynie za zadanie ją więzić. Większa przestrzeń życiowa zdawała się być ułudą. Znalazła się bowiem w pięknie wyścielonej i wygodnej klatce, kuszącej przepychem wnętrza, lecz otoczonej zewsząd gęstą rzeczywistością obcego świata, do którego nie należała i w którym zapewne zawsze czułaby się obco. Rosnące poczucie niepokoju osiągnęło w końcu apogeum i Maria musiała choć na chwilę wydostać się z zamknięcia. Nie chciała narobić synowi kłopotu, więc nie opuściła mieszkania. Wyszła tylko na obszerny taras.
W każdym z jego narożników znajdowały się pomniejszone wersje palm z ogrodu przed domem. Maria wzięła głęboki oddech, ale nie poczuła świeżego powietrza. Było tak same jałowe, pozbawione zapachów, jak w mieszkaniu. Nie czuła w nim życia, lecz bezwonną stęchliznę sztuczności.
Rozejrzała się. Z tarasu rozpościerał się widok na panoramę miasta. Wzdłuż jego obrzeży ciągnęły się po horyzont linie willi podobnych do tej, w jakiej przebywała. Im bliżej centrum, tym budownictwo stawało się wyższe. Centralny punkt metropolii stanowiły cztery mieniące się barwami tęczy drapacze chmur. Koloru nieba nie dało się określić, gdyż wzrok go nie dosięgał. Tysiące świetlnych linii transformacyjnych i informacyjnych przysłaniały szczelnie nieboskłon. Najmniejszy ułamek każdej z nich prowadził dokądś, miał jakieś niezrozumiałe dla Marii znaczenie. Tyle informacji, tyle obcych miejsc i ciemnych zakamarków.
Wzdrygnęła się, na myśl o pozostaniu tutaj do końca swoich dni. Tak jak się tego obawiała, już sama perspektywa zmiany świata na stałe oblewała zarówno jej ciało, jak i umysł zimną falą przerażenia. Nawet miłość do syna nie potrafiła przeważyć szali na jego racje.
Wiktor wspominał jej, że wszechogarniająca sztuczność świata jaki obserwowała, była winą biznesowego trybu odbioru metropolii. Jeszcze straszniejszy był ponoć tryb przemysłowy. Marię kusił jednak niemiłosiernie najłagodniejszy w odbiorze tryb relaksacyjny. Pomyślała o pilocie, który zaskoczył ją, materializując się w jej dłoni. Wklepała wskazaną wcześniej przez syna sekwencję.
Świat, jaki widziała zapłonął na moment błyskiem pochłaniającego go, potężnego świetlistego wiru. Gdy opadła migocząca kurtyna, Maria ujrzała bliższą jej światu panoramę. Zza piętrzących się wieżowców dochodził ją blask słońca, którego promienie przyjemnie ogrzewały skórę. Linie informacyjne stały się przezroczyste, odsłaniając nieskazitelny błękit nieba. Poczuła się trochę lepiej, ale tylko na ulotną chwilę. Szybko powróciło uczucie, które zżerało ją od samego początku przyjazdu do miasta – świadomość wszechogarniającej ułudy.
Na moment straciła panowanie nad umysłem, który samowolnie zaczął szukać wspomnień z rzeczywistego, pozamiejskiego świata; jedynych obrazów, które mogły przynieść jej ukojenie. Nie zauważyła świetlnego wiru, który tworzył się nad domem. W strudze światła nad sobą zobaczyła obraz świata jaki znała i nim zdołała powstrzymać odruch – weszła do niego.
Wystarczyła sekunda, a wyrzuciło ją z powrotem na taras. System wykrył niezarejestrowanego intruza i wysłał posłańców, którzy mieli przywrócić porządek. Z iskrzących mini tornad zmaterializowały się dwa dziwaczne stworzenia o owalnych i lśniących wypolerowanym metalem korpusach i sterczących z nich długich, walcowatych, ostro zakończonych ramionach. Maria schowała się błyskawicznie w domu, ale stwory bez problemu przeniknęły ściany. Chciała wybiec, ale łomot jaki usłyszała w głowie wręcz powalił ją na ziemię. W czaszce rozbrzmiewało donośnym i grożącym głosem ostrzeżenie przed tym, co zaraz miała doświadczyć. Z powodu naruszenia zasad miasta i braku rejestracji, Maria za chwilę miała zostać z niego przykładnie wydalona.
Jeden z latających, mechanicznych dziwolągów zbliżył się na odległość metra i wyciągnął ku niej kolczaste wyrostki. Wtem otrzymała bolesny impuls, który przyprawił ją o wręcz spazmatyczne konwulsje.
Wyskoczyła z przekaźnika neuronalnego, jednym ruchem zrywając przyssawki z głowy i wyrywając wenflon z żyły. Chwiejnym krokiem pognała do łazienki. Zwymiotowała żółcią, gdyż od półtora dnia jej żołądek nie otrzymał nic do strawienia. Świat wokół niej wirował szaleńczo, a ona nadal słyszała dzwon komunikatu w głowie.
Minęła godzina zanim zdławiła ostatecznie odruchy wymiotne. Wróciła wycieńczona do pokoju. Czuła skurcze żołądka i ból mięśni porażonych ładunkiem elektrycznym. Nie mogła nawet patrzeć na fotel przekaźnika, który teraz wręcz wzbudzał w niej obrzydzenie. Gdyby tylko mogła, to w tej chwili wyrzuciłaby cholerstwo z domu.
Zbliżyła się do okna, otworzyła je i wzięła głęboki oddech. Powietrze przesiąknięte było pachnącą mieszanką kwitnących kwiatów w ogrodzie, który tak mozolnie odbudowywała. Rozejrzała się po okolicy. Prawdziwe słońce oblewało swym blaskiem dziesiątki kilkupiętrowych domostw, wyrastających ze zgliszczy niegdyś doszczętnie zniszczonej dzielnicy. Na dobre powróciła do swojego świata i dopiero teraz poczuła prawdziwą ulgę. Nawet ból nie potrafił jej zaburzyć.
Rzeczywistość w jakiej żyła daleka była od wirtualnego przepychu. Jeszcze nie tak dawno oznaczała bowiem walkę o przetrwanie, wśród toksycznych ruin ostatniej wojny. I mimo, że na wpół zrujnowane miasto przesiąkała pamięć o mrocznych wydarzeniach sprzed ćwierć wieku, które odebrały Marii męża, to jednak było ono prawdziwe. Nieważne, jakie okropieństwa sobie sami zgotowali. Maria była zdania, że bez względu na przeciwności, trzeba było udźwignąć to brzemię i iść dalej, chociażby z uwagi na pamięć straconych bliskich, bo przecież każdy kogoś stracił. Na gruzach wspomnień zawsze łatwiej jest zbudować nowy i lepszy świat.
Wielu, zwłaszcza młodych, ludzi jednak nie chciało czekać. Hasło wirtualnego miasta – „znajdź szczęście zanim odbudujesz zniszczony świat” – było proste, kuszące i ułatwiło szybkie uzależnienie się tysięcy ocalałych. W efekcie obecnie więcej ludzi zaangażowanych było w rozwój świetlistego miasta niż w odbudowę rzeczywistych, powojennych zniszczeń. Maria mimo usilnych prób nie potrafiła zrozumieć tego trendu. Wybór świetlistego miasta traktowała jako ucieczkę i próbę znalezienia szczęścia w utopijnym, nierealnym świecie. Tym bardziej bolesna dla niej była decyzja Wiktora. Skoro jednak takiego życia pragnął i jedynie ono dawało mu radość, której nie potrafił znaleźć w normalnym świecie – czyż mogła go na siłę powstrzymywać? Był już dorosły i zdolny decydować o własnym losie. Musiała pogodzić się z jego wyborem.
Żałowała, że nie zdążyła powiadomić syna o swojej decyzji pozostania w realnym świecie. On jednak na pewno się tego domyślał. Spotkanie, jakie zaaranżował i wspólny wieczór w interaktywnej wilii, były jedynie kurtuazją z jego strony. Wiktor musiał liczyć się z faktem, że nie zdoła przekonać matki do zmiany świata. Zatem była to tylko miła forma pożegnania, do którego być może nie był już zdolny poza wirtualnym miastem.
Maria z trudem doszła do pokoju syna. Ten jak zwykle leżał podłączony do przekaźnika. Twarz miał spokojną, a podkrążone opuchlizną oczy zamknięte, jakby zwyczajnie śnił. I faktycznie tak było, jednak jego sen był dla niego rzeczywistością.
Niedługo będzie musiał się przebudzić i jak zwykle półprzytomny, będąc zaledwie cieniem energicznej osoby z miejskiego świata, uzupełnić ślamazarnie pokarmy oraz oczyścić przeciążone filtry maszyny. Maria zawsze czekała na te chwile z utęsknieniem. Czasem dostrzegał ją i rozmawiali, dzieląc się wspólnie wrażeniami minionego dnia. Po otrzymaniu kapsuły, o jakiej wspominał i marzył, już na stale pozostałby w nierealnym świecie, zabierając matce nawet te krótkie wspólne rozmowy, które ceniła najbardziej.
Ku jej zdziwieniu Wiktor zamrugał nagle i spojrzał na nią. Pomogła mu usiąść. Gdy próbowała pościągać elektrody z jego głowy, powstrzymał ją powolnym ruchem ręki. Na jego twarzy, jak zawsze po przebudzeniu, powolnie rysował się grymas. Nigdy nie była pewna, co go wywoływało – ból ciała czy może świadomość powrotu do świata, z którego tak bardzo pragnął się definitywnie wyrwać.
– Mamo – odezwał się z trudem przepychając słowa przez zaschnięte gardło. – Czy wszystko w porządku? Właśnie dowiedziałem się o twoim wydaleniu.
– Tak – odparła, przytulając go i przeczesując mu skołtunioną grzywę palcami. –Przepraszam, to moja wina. Byłam nieostrożna.
– Daj spokój. Nie powinienem cię zostawiać samą – popukał się w czoło. – Dobrze, że jakoś przetrwałaś skutki impulsu. Nie chciałem, aby tak skończyła się twoja wizyta i zapewniam, że to się nigdy nie powtórzy.
Po tych słowach w pokoju zapanowała długa cisza. Maria była do tego przyzwyczajona, gdyż syn zaraz po zmianie światów dość szybko zamykał się w sobie. Nauczona doświadczeniem nie próbowała na siłę nakłonić go do rozmowy. To przynosiło odwrotny efekt od zamierzonego. Po prostu była przy nim i czekała.
– Niedługo przyjdzie kapsuła – odezwał się wpatrując w jakiś punkt na białej ścianie.
– Wiem – Maria pokiwała głową, nie dając po sobie poznać jak bardzo przygnębiły ją usłyszane właśnie słowa.
– Twój przekaźnik wynająłem bezterminowo, zatem jak tylko zechcesz będziemy mogli się spotykać w mieście. Tylko najpierw wyślij mi wiadomość przez komputer domowy.
Maria uśmiechnęła się. Jej przewidywania się sprawdziły. Wiktor nawet nie wspomniał o pomyśle zabrania jej na stałe do swojego miasta. Zrozumiał zatem, że jest to granica, której ona nie była w stanie przekroczyć. Tak jak myślała, wczorajsze spotkanie było jednak pożegnaniem.
– Na razie nie mogę nawet patrzeć na tą maszynę – odparła, wzdrygając się z obrzydzeniem. – Ale przejdzie mi…
– Przepraszam cię – Wiktor nawet nie próbował walczyć z opadaniem powiek. –Będziemy w kontakcie – dodał, zanim wyślizgnął się z objęcia matki. Ułożył się w przekaźniku, zamknął oczy, a twarz momentalnie odzyskała swój zmącony na moment spokój.
Maria stała nad przekaźnikiem jeszcze kilkanaście minut, próbując wyprzeć wrażenie, że był to ostatni raz, gdy rozmawiała z synem w jej świecie. Lekceważyła fakty, że pierwszy raz po przebudzeniu nie poszedł niczego zjeść, że wyjątkowo nie majstrował nic przy maszynerii, lecz szybko wrócił do świata swoich marzeń. Przekonywała się, że był to efekt niezaplanowanego przez Wiktora przebudzenia, jakiego musiał dokonać w obawie o wydalenie jej siłą ze świetlnego miasta. Przekonywała się tak długo, aż w to wyjaśnienie uwierzyła. Uzyskała zatem upragniony wewnętrzny spokój na chwilę pozwalającą przespać nadchodzącą noc.
Maria miała prawo poczuć zmęczenie od nieustannie kłębiących się przemyśleń, związanych z przygodami wczorajszego i dzisiejszego dnia. Bolące mięśnie i głowa oraz ssanie w żołądku, dodatkowo dawały jej popalić. Zjadła przygotowaną na szybko kromkę wyschniętego pszennego chleba. Łyknęła proszki przeciwbólowe i pozwoliła Morfeuszowi zabrać się w długi i kojący sen.
***
Niespodziewanie dla niej już następny dzień okazał się realizacją wielomiesięcznych obaw. Zbudził ją dzwonek. Gdy półprzytomna otworzyła drzwi, zamarła na widok szarych kombinezonów monterów, z emblematem Wirtualnego Miasta.
– Pani Maria Aleksandrowicz? – padło pytanie z ust jedynego montera o wyprostowanej sylwetce.
Maria skinęła twierdząco głową.
Monter wyjął z kieszeni laminat, błyszczący trójwymiarowym certyfikatem i zaczął recytację słów, które wręcz raniły strapioną duszę matki.
– Według rozporządzenia numer … i na wirtualną oraz opłaconą prośbę obywatela Wiktora Aleksandrowicza, oznaczonego kodem identyfikacyjnym …, mamy nakaz natychmiastowego montażu „bio-kapsuły neuronalnej” na czas ograniczony długością życia tegoż to obywatela. Proszę odsunąć się od drzwi.
Maria nie miała już nic do powiedzenia. To była pełnoprawna decyzja jej syna, a ona nie miała żadnej podstawy, aby go ubezwłasnowolnić. Odsunęła się robiąc przejście dla monterów, wnoszących biomechaniczną trumnę. To w niej ciało jej syna będzie podtrzymane przy życiu tak długo, jak to będzie możliwe, przenosząc na zawsze jego umysł do wirtualnego świata metropolii.
– Co się stanie, gdybym próbowała go obudzić? – wymamrotała półszeptem. Wiedziała, co będzie odpowiedzią, ale chyba potrzebowała to usłyszeć.
– Pod żadnym pozorem nie można próbować otwierać kapsuły lub manipulować panelem sterującym. Grozi to natychmiastową śmiercią ciała i umysłu podłączonej osoby. Obywatel odpowiedzialny za śmierć zakontraktowanego klienta, będzie odpowiadał według założeń Powszechnego Kodeksu Karnego. Kapsuła jest własnością Wirtualnego Miasta i za prawidłowe jej działanie odpowiada tylko właściwy Urząd Miejski. Zasilanie będzie uzupełniane wyłącznie przez nas, w bezpiecznych dla zakontraktowanego przedziałach czasowych – monter wyrecytował bez zająknięcia, dobrze wyuczoną regułkę.
Przez następne pół godziny Maria mogła tylko biernie przyglądać się, jak bezwładne ciało jej syna układane jest w komorze i podłączane do maszynerii. Gdy skończono, wyprostowany monter wklepał jakąś skomplikowaną sekwencję na bocznym panelu komory, a ta zamknęła przezroczyste wieko, sykiem oznajmiając hermetyczność. Monterzy ukłonili się i zaczęli wychodzić. Maria złapała za rękaw kombinezonu najmłodszego z nich i spytała, dlaczego on nie jest w kapsule. Młodzieniec uśmiechnął się krzywo i odpowiedział:
– Nie stać mnie na nią. Pani syn musi nieźle sobie tam radzić – popatrzył z zazdrością na kapsułę i poleciał dogonić kolegów z pracy.
Maria pozostała w przeraźliwej ciszy, przerywanej tylko sztucznym oddechem kapsuły.
Podeszła do niej i położyła pomarszczoną rękę na prześwitującym wieku. Jej oddech pokrywał parą śliską powierzchnię i na chwilę zakrywał spokojną twarz Wiktora. W tej chwili dzieliła ich tylko niewielka warstwa kruchego materiału, w rzeczywistości jednak była to granica nie do pokonania. We własnym pokoju syn zafundował jej swój grobowiec. Choć nadal jego umysł pozostawał żywy, Maria opłakiwała stratę, którą od tak dawna przeczuwała i której słusznie się obawiała. Widocznie jednak było to nieuniknione. Jej syn odszedł do świata iluzji, uznając go za bardziej realny niż rzeczywistość, która go wykreowała.
Na pocieszenie, pozostał Marii interaktywny obraz osobowości jej syna, dostępny z poziomu przekaźnika oraz domowego komputera połączonego z siecią. Na jego płaskim ekranie często widywała smukłą twarz o wyrazistych rysach i z zasłoniętym ciemną grzywą czołem.
Zawsze gdy słyszała „proszę – tutaj wołają na mnie Nori”, jej policzki przecinały strumyki łez.
Marcin Świątkowski 2009
Oceń opowiadanie:




To tylko od nas zależy czy nasze dzieci czeka taka przyszłość.
Prawdą jest że temat poruszany w opowiadaniu nie jest nowatorski ale jeśli chodzi o warsztat literacki to całkiem dobrze oddaje klimat dawnych opowiadań fantastycznych…pióro musi się wyrobić jak wszystko inne…widać że autor opowiadania nie jest naturszczykiem w znajomości literatury SF…jak mówią starodawni Wietnamczycy styrane pióro czyni literata;-)Powodzenia!
Genialne! Wspaniały klimat post-apo. Poruszające i ciekawe opowiadanie. Czekam na więcej takich.
Sprawnie napisane!!! Gratulacje .Widać postęp:)))))) Mogę być szczera?? Dzisiaj nie jest to już powalający pomysł. Gdy to czytam (a robię to,mówię o czytaniu fantastyki naukowej,od 40 lat) przypominają mi się lata 70-te. Taki klimat ma to opowiadanie. Muszę sie przyznać,że uwielbiam nurt 'Po katastrofie’
Pozdrawiam serdecznie
Za dużo przymiotników. Zdania zbyt długie.
Przeczytałam z zaciekawieniem i chętnie poznam następne opowiadania. Pozdrawiam