Opowiadanie SF: „Granice”

GraniceW naszym życiu nieustannie ścieramy się z granicami, których często pokonać nie możemy lub zwyczajnie nie chcemy. Rozwój technologii tego problemu chyba nigdy nie rozwiąże, a być może nawet go pogłębi. Prezentuję  opowiadanie SF o wiecznej barierze – ścianie oddzielającej świat rzeczywisty od marzeń, pokolenie młode od starszego i niepokój związany z nieuniknionymi zmianami  od spokoju bierności. To opowiadanie nie o tym, jak skutecznie z tymi granicami walczyć, lecz o tym jak zaakceptować ich istnienie.

„Granice” wydaje się być  opowiadaniem  idealnym na długi i deszczowy jesienny wieczór. Jak powiedziała żona, jest to najsmutniejsze moje opowiadanie. Długo zbierałem się do jego napisania, obawiając się, że nie będę w stanie dobrze przedstawić dylematów i wewnętrznego bólu głównej bohaterki. O dziwo natchnienie znalazłem przebywając na wczasach, otoczony słońcem, złotym piaskiem i ciepłem. Jak w tym rajskim otoczeniu mogłem napisać ten dość smutny tekst, również dla mnie pozostanie tajemnicą. Gorąco zapraszam jednak do lektury. „Granice” jest moim „najpełniejszym” opowiadaniem i jednym z ulubionych.

 

Copyright © 2015 Marcin Świątkowski | Wszelkie prawa zastrzeżone.
Publikacja opowiadania chroniona jest prawem autorskim. Kopiowanie, rozpowszechnianie, cytowanie, powielanie, publikowanie na innych stronach internetowych i serwisach lub innych nośnikach możliwe jest tylko za wcześniejszą zgodą autora.

 

GRANICE

 

Wiktor skrzywił się, gdy matka zawołała go starym imieniem, imieniem jakby z zapomnianego  świata.

Mamo, proszę – tutaj wołają na mnie Nori.

Popatrzyła na niego z wyrzutem, lecz młodzieniec wzruszył tylko ramionami. Nadal nie odrywała od niego wzroku, starając się pojąć przemianę, jaką bez wątpienia przeszedł. Wysokie czoło nadal zakrywała ciemna grzywa, lecz teraz lśniła, odbijając światła wokoło jak nigdy wcześniej. Włosy  układały się wręcz perfekcyjnie i nawet powiewy wiatru nie potrafiły zaburzyć tej harmonii. Rysy długiej twarzy miał wyostrzone, jakby mocno schudł. Dzięki temu wydawał się o kilka lat młodszy niż był w rzeczywistości. Zachował starannie przystrzyżoną bródkę, która nadawała mu powagi mimo młodego wyglądu.

Najważniejsze były jednak nie podpierane opuchlizną, jak poza miastem, oczy. Tęczówki otoczone nieskazitelną bielą niemal rozświetlał blask entuzjazmu i pewności siebie. Gdzieś znikła matowość, a bijące z nich przygnębienie rozproszyło się, zostawiając tylko niewyraźne wspomnienie. Matka dawno nie widziała go tak ożywionym. Jej zasępioną zwykle twarz rozświetlił uśmiech. Szczerze ucieszyła ją ta  niespodziewana, acz jakże pozytywna odmiana u syna. Nie rozumiała, co tak bardzo przyciągało go do miasta, ale najwyraźniej miało to na niego bardzo dodatni wpływ.

Dla mnie zawsze będziesz Wiktorem – podsumowała łagodnym tonem.

Wiem – odrzucił, nawet na nią nie patrząc. – Namówiłem cię do przyjazdu, więc może i w sprawie imienia będę w stanie coś zrobić – uśmiechnął się delikatnie.
 
Dopiero teraz zorientowała się, że syn był z nią tylko połowicznie. Głowę co chwilę zadzierał ku świetlnym smugom unoszącym się w nieustannym ruchu nad budynkami. Nie wiedziała czym one są i czego w nich szukał.

Widzisz, jestem teraz w pracy – rzucił przed siebie – więc wybacz, że cię nie oprowadzę.

O! – krzyknął, po czym przystanął śledząc jedno z przesuwających się, iskrzących skupisk dziwnych symboli. Nagle strumień światła z iskrzącej smugi opadł w ich stronę, tworząc przedziwny, na wpół przezroczysty, błyszczący lej w kształcie smukłego tornada.
 
Muszę lecieć – Nori odwrócił się i dopiero drugi raz dzisiaj spojrzał na matkę.

Mam klienta – dodał.

Kobieta zmarszczyła brwi.

Przybyłam poznać ten świat, chyba mnie teraz nie zostawisz? – spytała retorycznie. –Obiecałeś, że spędzimy razem cały dzisiejszy dzień, więc zabierzesz mnie ze sobą.

Nori był już chyba myślami gdzie indziej. Nic nie powiedział, złapał matkę za rękę i pozwolił, aby świetlny wir objął ich oboje. Przez chwilę nie widzieli nic poza smugami światła, które nagle rozproszyły się ukazując zupełnie inną ulicę metropolii. Kobiecie zakręciło się lekko w głowie, gdy stanęła nagle na ruchomym podłożu. Sunęła wraz z synem po chodniku ku wysokiemu mężczyźnie, wpatrującemu się w budynek osłonięty jaskrawo zielonym żywopłotem.

Witaj, Galax! – krzyknął Nori. Ten spojrzał w ich stronę, lecz odezwał się dopiero, gdy się zbliżyli. – Witajcie – badawczym wzrokiem przyjrzał się kobiecie.

Ty jesteś Nori, ale nie wiem, kim jest twoja towarzyszka – dodał.

Wybacz – przeprosił młodzieniec – to moja matka, Maria.

Maria? – mężczyźnie zaokrągliły się oczy ze zdumienia.

Niedawno przybyła, więc jeszcze nie ma wybranego pseudonimu zarejestrowanego w bazie – wyjaśnił Nori.

Mężczyzna kiwnął głową na znak zrozumienia, po czym zagłębił się treści informacji, wyświetlanych w przenośnym tablecie. Maria patrzyła z niezrozumieniem na wyświetlające się tam dziwne hieroglify, identyczne jak te, które widniały na świetlistej smudze w poprzedniej lokacji. Jej wzrok przyciągnęło inne tornado, które niespodziewanie uformowało się zaledwie parę metrów od nich. Wyłonił się z niego mężczyzna ubrany w fioletową elektro-koszulę i szare spodnie z kancikiem. Gdy zobaczył ich trójkę twarz pokryły mu czerwone wypieki. Najwyraźniej nie potrafił ukryć wściekłości.

Hej ty, Nori! – krzyknął. – To nie jest twój klient!

Syn przeprosił Galaxa i łagodnym tonem odpowiedział intruzowi – Znasz zasady, Trzeci. Radzę poprawić reakcję na… – nie musiał kończyć. Trzeci machnął ręką, po czym rozproszył się w świetlistym słupie.
Nori uśmiechnął się i zwrócił do mężczyzny, który całkowicie zignorował zdarzenie sprzed chwili.

Zatem Galax, jak podoba ci się dom?

Dopiero teraz Maria zrozumiała to całe przedstawienie. Syn zajmował się sprzedażą i wynajmem nieruchomości w granicach tej metropolii i choć kompletnie nie widziała w tym sensu, pozwalało to jednak Wiktorowi nieźle zarabiać i korzystać z dochodów także poza miastem. Wiktor czuł się świetnie w tej dziwnej branży i całymi godzinami mógł rozprawiać, w jaki sposób uprzedził kolejnego konkurenta i jakich sztuczek użył, aby pozyskać klientelę. Pierwszy raz widziała go w akcji, lecz z całego wydarzenia zrozumiała jedynie, iż syn osiągnął kolejny mały sukces. Szczegóły chyba przekraczały jej zdolności pojmowania, dlatego postanowiła skupić się tylko na oczywistych faktach.

Nori przez następną godzinę był w swoim żywiole. Jego oczy praktycznie sypały iskrami, gdy obrazowo przedstawiał klientowi walory mieszkania w wilii za żywopłotem. Mężczyzna o dziwnym imieniu wpadł w ciasne sieci, jakie rozwinął wokół niego Nori. Nawet gdy zgłaszał zastrzeżenia, Nori był na to przygotowany i jednym gestem ręki zmieniał albo kolor, albo kształt budowli, niszczył ściany, przestawiał je, a nawet zbliżał zarys wnętrza i oprowadzał interesanta jak po zapomnianych już poza miastem hologramowych projekcjach.

Dla Marii było to fascynujące widowisko. Obserwowała zmiany budynku z otwartymi ustami, jakby na jawie przeżywała niezrozumiały sen.
Nori i Galax skończyli rozmowę wymianą strumieni między tabletami, po czym młodzieniec znów zaczął zadzierać głowę i przyglądać się symbolom na świetlistej taśmie. Chwilę potem porwał matkę w następne miejsce.

Po czwartym takim przeskoku i kolejnym długim spotkaniu z klientem, Maria odczuła znużenie. Niewiele rozumiała z tego nowoczesnego świata, posiekanego hologramami, gdzie każdy przedmiot wydawał się być interaktywny, a światła atakowały niewtajemniczony umysł niezrozumiałym przekazem. Czuła przepełnienie. Intensywność doznań związanych z poznawaniem miasta już dawno powinna przyprawić ją o ból głowy, tyle tylko, że tutaj nie znano takiego pojęcia.

Dobra, koniec na dzisiaj – oznajmił Wiktor, spoglądając na umęczoną matkę trzeci raz tego dnia.

Maria odetchnęła z ulgą. Nareszcie miała syna tylko i wyłącznie dla siebie.
Z przyjemnością wpadła w kolejny wir, mając nadzieję, że będzie to ostatni dzisiejszy przeskok.

Świetlista taśma wyrzuciła ich na skraju niewielkiego ogrodu. Wiktora rozpierała duma. Czym prędzej  wprowadził matkę na chodnik wjeżdżający do wnętrza oazy. Alejka  między wysokimi na trzy metry palmami o rozłożystych i intensywnie zielonych liściach, niestety szybko się skończyła, ale dla Marii był to najpiękniejszy widok dzisiejszego dnia.

Stanęli przed jednopiętrowym domem z ciemnej cegły o trójkątnych oknach i potężnych przeszklonych drzwiach wejściowych – niczym do recepcji pięciogwiazdkowego hotelu, jakie pamiętała sprzed wojny.

Na Wiktora padł strumień bardzo skoncentrowanego, zielonego światła, po czym brama powolnie otworzyła się.

Witaj na moich włościach – syn wykonał staroświecki gest ręką zapraszający matkę do środka. Marmurowe wnętrze, meble z ciemnego drewna, stylowe fotele, przeszklony barek, w którym iskrzyły podświetlane szkła różnych alkoholi – to wszystko wywarło na Marii spore wrażenie. Pragnęła zakryć swoją reakcję pod cyniczną maską, ale nie potrafiła powstrzymać emocji.

Naprawdę stać cię tutaj na to wszystko? – zapytała, ciągle z podziwem rozglądając się wokół.

Wiktor uśmiechnął się – Nie bez powodu przez kilka miesięcy praktycznie się nie widywaliśmy. Musiałem wkręcić się w branżę, zdobyć pozycję i kontakty. Dzięki temu niedawno mogłem wynająć sobie to mieszkanko i wystroić według własnego widzimisię. Na razie wynajmuję, ale przyjdzie czas, że będę mógł to miejsce wykupić na własność.

Wiktor zastygł na chwilę, spoglądając na punkt, którego Maria nie potrafiła dostrzec. Wtem jego ubranie zaczęło lekko świecić, by zdematerializować się i po chwili zespolić w zupełnie nową formę. Młodzieniec stał teraz przed matką, w wygodniejszym sportowym, szarym dresie.

Na razie jednak są inne wydatki. Potem będę mógł sprowadzić tutaj ciebie – dodał odgarniając włosy z czoła.

Maria posmutniała, a jej twarz znów przybrała przygnębiony wyraz, jaki Wiktor znał doskonale z  ostatnich wspólnych spotkań poza miastem. Domyślała się o jakich wydatkach mówił jej syn. Momentalnie powrócił niepokój, który trawił jej życie przez ostatnich kilka miesięcy, a może nawet lat i zamieniał każde spotkanie z synem w ból bliskiego i może wiecznego rozstania. Nie byłaby matką, gdyby lekceważyła ten podświadomy niemy krzyk.

Mówisz o kapsule… – stwierdziła półszeptem, jakby bała się zbyt głośno wypowiedzieć proroczych słów.

Oczywiście – odpowiedział zdecydowanie, podsycając tym samym trwogę matki. Szybko dostrzegł jej reakcję. Znał ją doskonale, gdyż wszystkie ich rozmowy już od jakiegoś czasu kończyły się w podobny sposób. Spuścił nieco z tonu i dodał łagodniejszym głosem:

Nie obawiaj się. Na dniach otrzymam kapsułę, a wtedy nie będę musiał tracić czasu na te przymusowe opuszczanie miasta. Wiesz, jakie to tutaj oznacza możliwości? Już za kilka miesięcy będę mógł zafundować kapsułę także tobie. Wtedy będziemy widywali się kilka razy dziennie, jedli wspólnie kolacje i śmiali się z jałowego życia, które już nigdy nie wróci.

Maria popatrzyła na syna z nieukrywaną boleścią w oczach. Jego słowa zraniły ją do głębi.
 
Naprawdę tak odbierasz tamto życie? – pokiwała z niedowierzaniem głową. –Zapomniałeś już, że to nie miasto cię ukształtowało? Jesteś, jaki jesteś, bo wychowałam ciebie tam, a nie tutaj. Dlaczego zawsze dostrzegasz tylko to co najgorsze?!

Tam są tylko ruiny, mamo! – przerwał jej niemal krzykiem, chociaż nie miał takiego zamiaru. – Nie poświęcę życia, by odbudować świat, który już upadł  – spuścił z tonu – i tyle nam zabrał. Tu jest nadzieja… – dokończył.

Wiktor zbladł. Duma z miejsca w którym teraz przebywali i jaka rozsadzała go jeszcze przed chwilą, znikła niespodziewanie. Zrozumiał, że całe to wytworne i mozolnie budowane otoczenie, tak naprawdę nie miało dla matki znaczenia. Nic zatem się nie zmieniło. Sprowadzając ją tutaj, pokazując swoje życie i dorobek wytężonej pracy, liczył na zmianę jej podejścia. Miał nadzieję, że zaszczepi w niej choć odrobinę podziwu dla możliwości metropolii. Łudził chyba samego siebie. Są rzeczy, których starsze pokolenie widocznie nie jest w stanie zrozumieć. Wykracza to poza ich ograniczone bariery pojmowania, zbudowane przez lata doświadczeń przemijającej rzeczywistości. Mimo wszystko nie tracił jeszcze nadziei.

Może matka potrzebowała więcej czasu? – pomyślał. Właśnie w tej chwili postanowił złamać zasady importu niezarejestrowanych gości.

Mamo – zbliżył się do niej i spojrzał głęboko w jej zatroskane oczy – przywiozłem cię tutaj, abyśmy wspólnie spróbowali pójść do przodu, a ty znów cofasz się do punktu wyjścia. Wiesz dobrze, że nie jest tak jak sugerujesz. – Wiktor złapał się na moment za skroń, jakby ta krótka rozmowa sprawiała mu ból. Maria nie wiedziała jednak, czy czasem nie jest to oznaka kolejnego wgłębiania się przez syna w zawiłości tutejszego świata.

Ja nie staram się wymazać przeszłości – kontynuował – próbuję jednak zacząć w innym miejscu, które daje mi znacznie większe możliwości. Mam propozycję – stwierdził. Jego twarz znów nabierała kolorów. – Zostań tutaj jeszcze jeden dzień. Oglądaj, obserwuj i oceniaj. Spróbuj wyobrazić sobie siebie stale żyjącą w tym otoczeniu. Postaraj się mnie zrozumieć, poszukaj pozytywów, a jutro wieczorem powrócimy do tej rozmowy. Dzisiaj po prostu cieszmy się naszym pierwszym spotkaniem na moich śmieciach.

Maria próbowała się opierać, ale to nie miało najmniejszego sensu. Wiktor miał rację. Nie warto było psuć sobie radości z tego wspólnego dnia, zamartwiając się niezrealizowaną jeszcze przyszłością. Postanowiła całkowicie się odprężyć, odstawić wieczne spory i przede wszystkim wyprzeć myśli o tej kapsule, przez którą Wiktor już niebawem nie będzie mógł opuścić miasta. Byle uciec od trosk i po prostu spędzić miły wieczór w towarzystwie syna. Nie miała pojęcia, kiedy ponownie nadarzy się okazja do tak długiego wspólnego spotkania. Powinna zatem w pełni wykorzystać zorganizowane przez syna spotkanie.

Następne godziny mijały obojgu zbyt szybko. Wiktor pokazywał matce cuda, ukryte w interaktywnym otoczeniu. Podziwiała go za cierpliwość, z jaką tłumaczył jej zapewne dziecinne proste dla niego czynności – od przyciemniania okien i tworzenie podstawowej żywności, po  niewielkie przekształcanie otoczenia, czy wywoływanie wiadomości.

Ona odwdzięczała mu się opowieściami o pozamiejskim życiu i drobnostkach dnia codziennego, o których powoli już zapominał. Opowiedziała mu, co słychać o ich wspólnych znajomych, którzy nigdy w mieście nie byli, a zatem znajdowali się poza rejestrem tutejszej bazy.

Oboje potrzebowali takiego spotkania, lecz tylko Maria otwarcie o tym mówiła. Wiktor nawet w najmniejszym stopniu nie chciał dać jej do zrozumienia, że tęskni za jej światem. Byłoby to po prostu kłamstwem, na które Maria nie zasługiwała.

 

strona 1 z 2

 

Czytaj dalej >>

Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

6 komentarze do “Opowiadanie SF: „Granice”

Dodaj komentarz >>

  1. Pete Kӓnӫ pisze:

    To tylko od nas zależy czy nasze dzieci czeka taka przyszłość.

  2. Wojtek pisze:

    Prawdą jest że temat poruszany w opowiadaniu nie jest nowatorski ale jeśli chodzi o warsztat literacki to całkiem dobrze oddaje klimat dawnych opowiadań fantastycznych…pióro musi się wyrobić jak wszystko inne…widać że autor opowiadania nie jest naturszczykiem w znajomości literatury SF…jak mówią starodawni Wietnamczycy styrane pióro czyni literata;-)Powodzenia!

  3. GumowyKaczor pisze:

    Genialne! Wspaniały klimat post-apo. Poruszające i ciekawe opowiadanie. Czekam na więcej takich.

  4. Barbara pisze:

    Sprawnie napisane!!! Gratulacje .Widać postęp:)))))) Mogę być szczera?? Dzisiaj nie jest to już powalający pomysł. Gdy to czytam (a robię to,mówię o czytaniu fantastyki naukowej,od 40 lat) przypominają mi się lata 70-te. Taki klimat ma to opowiadanie. Muszę sie przyznać,że uwielbiam nurt 'Po katastrofie’
    Pozdrawiam serdecznie

  5. Wiesław pisze:

    Za dużo przymiotników. Zdania zbyt długie.

  6. Małgorzata pisze:

    Przeczytałam z zaciekawieniem i chętnie poznam następne opowiadania. Pozdrawiam

Skomentuj Wojtek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *