Opowiadanie SF: „Kometa”

 

Nie zauważyłem nawet kiedy wjechałem Magneticiem do strefy mieszkalnej. Chwilę później stałem już przy swoim pokoju.
-Drzwi! – szepnąłem od niechcenia.

Ściana przede mną drgnęła i otworzyło się wąskie przejście. Rzuciłem hełm na stojący pod wejściem fotel i opadłem bezwładnie na łóżko. Dopiero teraz mogłem swobodnie pomyśleć. Złapałem się za głowę, jakbym starał się poukładać wydarzenia, które mnie przerastały. Obrazy ze stanowiska zaczęły powracać i wciskać się w moje myśli, jak niechciane wspomnienie. Gdy ponownie ujrzałem twarz Iwanowa zerwałem się na równe nogi jak oparzony. Nie chciałem pamiętać tego koszmarnego widoku, ale gdy tylko próbowałem przypomnieć sobie, co właściwie dzisiaj zaszło, momentalnie przed oczami pojawiał się zniekształcony strzelec.

Zasiadłem przy osobistej konsoli. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o morderczej maszynie.
-Max! Włącz monitor – padło polecenie.

Błysk zapalającego się ekranu, rozświetlił półmroczne pomieszczenie. Wklepałem hasło dostępu do serwisu informacyjnego. Szybko znalazłem dane jakich szukałem, jednak sporo czasu zajęło mi dojście do najbardziej interesujących informacji. Zdecydowaną większość meldunku zajmowały ciekawostki techniczne bezzałogowego pojazdu. Dopiero pod sam koniec materiału umieszczono krótką wzmiankę na temat przynależności statku i przyczyn jego awarii.

Myśliwiec wyprodukowano w Orbitalnym Centrum Fabrycznym, krążącym wokół Jowisza. Następnie przetransportowano go na księżyc GO4, gdzie został zaprogramowany do nadzorowania prac wydobywczych zesłańców. Problem pojawił się, gdy księżyc nawiedziła niespotykana w tym układzie burza magnetyczna, w efekcie czego niektóre maszyny odmówiły posłuszeństwa komputera sterującego. Jak widać zarządcy nie udało się zniszczyć wszystkich wadliwych maszyn, gdyż jedna dotarła aż tutaj.
Na zakończenie raportu podano numer identyfikacyjny strzelca i jego ksywkę sieciową „IWAN” oraz przyczynę zgonu i dokładną datę pogrzebu.

-Max! Połącz mnie z Hill!

Obróciłem się na krześle i w tej samej chwili ukazał się tuż przede mną hologramowy obraz młodej, jasnowłosej kobiety średniego wzrostu, ubranej w niezwykle ekstrawagancką suknię.

-Znowu te cholerne hologramy – rzuciłem pod nosem. – Nawet nie wiem Magsi, czy oglądam ciebie, czy tylko okładkę z Playboya.
-Tu Magda Hil. Przykro mi, ale nie jestem teraz obecna – przerwał mi głos automatycznej sekretarki. – Jeżeli chcesz przekazać mi wiadomość proszę o nagranie jej po usłyszeniu sygnału.
Pokój rozbrzmiał krótkim bipnięciem.

-Witaj jasnowłosa! Miałem dzisiaj fatalny dzień i zapowiada się na najgorszy w moim życiu. Rozumiesz więc, że jestem ostro zdołowany. Bardzo pomogłoby mi spotkanie z tobą. Może mnie trochę uspokoisz. Moglibyśmy spotkać się po pracy? Tylko mam już dość patrzenia na tę blondynkę, nawet nie wiem czy to ty. Więc tym razem daj się zaprosić do baru pokładowego – nie wirtualnego – 100 % na żywo! Rozumiesz? Po pracy w barze pokładowym, będę czekał. Tylko przyjdź, proszę, chcę przekonać cię do czegoś. Myślę, że się tym zainteresujesz – sprawa życia lub śmierci. Pozdrawiam!

Zapanowała cisza i dopiero po paru sekundach sekretarka odebrała to, jako koniec przekazu.
-Dzięki! Wiadomość wkrótce odczytam i dam znać – dodał hologram zanim zniknął.
-Ciekawe, czy w rzeczywistości też tak spokojnie przyjmie to co mam jej do powiedzenia – bąknąłem z lekkim uśmiechem.

Magsi poznałem oczywiście w sieci, na jednej z grupowych imprez towarzyskich. Zwróciła moją uwagę swoją bezkonfliktowością i pozytywnym nastawieniem w zasadzie do wszystkiego i wszystkich. Takiej towarzyszki potrzebowałem, szczególnie w ostatnim okresie, od kiedy zacząłem odczuwać zmęczenie otoczeniem „Deneba” i odbierać wszystko w szarych barwach. Dzięki Magsi znalazłem sposoby na odrywanie się od monotonnej codzienności. Zacząłem intensywniej korzystać z sieciowego życia, gdzie monotonia jest ostatnią rzeczą, na którą można narzekać. Magsi nauczyła mnie także różnych metod relaksacji, podrzucając wątpliwej legalności „soft” do osobistej sprężarki, dzięki któremu wkroczyłem w inny wymiar otaczającego świata – przenikałem tytanowe ściany i krążyłem po statku jako czysta energia skonsolidowana w światłowodach. Dzięki temu moje życie na „Denebie” nabrało barw. Ta kupa sprzętu i żelastwa stała się moim domem i nie wyobrażam sobie, abym mógł zamieszkać gdzie indziej. Do dzisiejszych zdarzeń czułem się tutaj szczęśliwy, a to głównie za sprawą Magsi, z którą z tygodnia na tydzień miałem lepszy kontakt i coraz więcej nas łączyło.

Śmierć Iwanowa była jednak dla mnie wstrząsem, zimnym prysznicem sprowadzającym mnie na ziemię. Nie wszystko okazało się tak piękne jak myślałem do tej pory. Na moich oczach zginął człowiek i to dlaczego? Bo jakiś dupek na górze nie chciał zmarnować za dużo energii, aby nie spóźnić się z dostawą. W dodatku trafienie kilka metrów dalej, a zamiast Iwanowa w kostnicy leżałbym ja.

Obok takiego wydarzenia nie można przejść obojętnie. Dlatego tak bardzo zirytowała mnie postawa Eberts’a. Gdyby nie moja interwencja prawdopodobnie machnąłby ręką i wrócił do kwatery ze stwierdzeniem, że Iwanow miał po prostu pecha. Świadomość, że dzięki mnie facet będzie miał teraz o czym myśleć, nie tylko poprawiała nastrój, ale i mobilizowała. Skoro udało się zmusić do zastanowienia jedną osobę, to również mogę z powodzeniem wpłynąć na innych.

Nie miałem zbyt wiele czasu, więc natychmiast zacząłem grzebać przy holorejestratorze. W czasie przerwy ledwo zdążyłem z nagraniem przesłania. Tuż przed wyjściem na następną zmianę, nakazałem Max’owi odszukanie adresów wszystkich osób pracujących na „Denebie”, z pominięciem oczywiście dowództwa. Komputer następnie automatycznie przesłał mój holo-apel. Nie byłem pewien czy cokolwiek dzięki niemu wskóram, ale wolałem go wysłać, abym nie stwierdzić później, że mogłem zrobić więcej niż zrobiłem.

Komputer poinformował mnie o nowej wiadomości w momencie, gdy testowałem z Johanesem realizację zachowań, które opracowaliśmy jeszcze z Iwanowem. W wolnej chwili odtworzyłem ją. Dziwna sprawa zobaczyć siebie samego na własnym projektorze. Ucieszyłem się, ponieważ oznaczało to, iż Max dokładnie wykonał moje zalecenie i zamiast sztucznego holowizerunku podstawił do przekazu oryginalny obraz z rejestratora. Oglądając przesłanie czułem się niezręcznie – jakbym pojawił się nago na zebraniu. Nie sądziłem, że kiedyś zdobędę się na pokazanie mojego prawdziwego wizerunku w sieci, a już na pewno, że prześle go do wszystkich na statku.

Teraz jednak to już stało się faktem i nie było sensu dłużej się nad tym zastanawiać. Zdjąłem maskę, którą nosiłem stanowczo za długo i miałem nadzieje, że przynajmniej kilka osób za moim przykładem zrobi dokładnie to samo.

Mój apel nie był dobrze przygotowany, a to ze względu na brak czasu. Mówiłem trochę chaotycznie, układając zdania na poczekaniu i to niestety było słychać. Nie to jednak stanowiło rzecz najważniejszą. Starałem się bowiem w możliwie zwięzły sposób przedstawić wszystkim dzisiejszą śmierć Iwanowa z perspektywy szeregowego, który był najbliżej wydarzeń. W przekazie zawarłem także parę osobistych uwag, co do słuszności takich, a nie innych decyzji komputera oraz faktycznego stanu bezpieczeństwa załogi „Deneba”. Nie liczyłem na jakąś rewolucję, lecz na kilka przychylnych maili, które utwierdziłyby mnie w przekonaniu, że moje działania moją sens i warto narażać posadę walcząc o prawa załogi.

Przez pierwszą godzinę po wysłaniu wiadomości nie działo się dosłownie nic. Nie nastawiałem się wprawdzie na zapchanie skrzynki, ale brak jakiegokolwiek odzewu wyraźnie mnie irytował. Jednak jadąc po pracy na spotkanie z Magsi, napotkałem w kanale komunikacyjnym kilka dociekliwych spojrzeń obcych mi osób.
Gdy byłem już blisko restauracji otrzymałem pierwszą wiadomość. Z pośpiechu tak mocno trzasnąłem w klawisz na hełmie, że omal mi nie spadł. Projektor opadł na oczy i ukazała się niewysoka kobieta o kruczoczarnych, krótko obciętych włosach. Gdy dostrzegłem migającą informację o nadawcy, zrozumiałem z kim miałem do czynienia.
Magsi uśmiechnęła się, ukłoniła nisko i przedstawiła. W rzeczywistości miała może ze 160 cm wzrostu i piękną figurę podkreślaną przez obcisły kombinezon roboczy. Nie była zatem ani trochę podobna do swojego hologramowego wizerunku, którym się identyfikowała. Nie mogłem zrozumieć jednej rzeczy – jak mogła w holoprojekcji pominąć swoje piękne brązowe oczy i długie rzęsy. Ten element momentalnie mnie zauroczył.

Nie mówiła zbyt wiele, ale za to bardzo konkretnie. Odwołała nasze spotkanie ze względu na nadgodziny w pracy. W ramach rekompensaty zdjęła maskę sztucznego hologramu. Dodała także, że w pełni popiera moją inicjatywę jeśli chodzi o walkę z nieracjonalnym systemem bezpieczeństwa i że w niedługim czasie spotkamy się w realnej kawiarence.
Nic więcej nie potrzebowałem usłyszeć. Te kilka ciepłych zdań było mi bardzo potrzebne.
Chwilę później leżałem już na tapczanie w swojej kwaterze wpatrując się w przedziwną plątaninę przewodów pod pleksiglasowym sufitem.

 

Chciałem choć na chwilę zapomnieć o wszystkich dzisiejszych wydarzeniach. Stanowczo zbyt wiele się stało i w zbyt krótkim czasie, abym mógł to sobie poukładać. W ciągu zaledwie paru godzin mój świat wywrócił się do góry nogami, a ja wciąż nie za bardzo potrafiłem wierzyć w to, co się wokół mnie działo.

Nie mogłem dłużej leżeć i myśleć o niebieskich migdałach. Wstałem i zacząłem chodzić bez celu po pokoju. Energia wręcz mnie roznosiła. Nie wiedziałem jak dotrzymam do jutra. Usilnie próbowałem wymyślić sobie jakieś zajęcie, ale nawet na tym nie potrafiłem się skupić, a co dopiero zabrać się za coś konkretnego.
Na szczęście zajęcie znalazło mnie samo. Komputer poinformował o nadejściu nowej wiadomości. Pokój nabrał kolorów, szarpany rozbłyskami kształtującej się holoprojekcji. Sierżant Eberts przekazał informację, że jutro w przerwie między zmianami mam stawić się u komendanta.
Bardziej niż ta wiadomość, ucieszyło mnie jednak stwierdzenie sierżanta, iż jako mój bezpośredni zwierzchnik – w dodatku popierający moje sugestie – będzie musiał również uczestniczyć w rozmowie.

Wszystko układało się zatem po mojej myśli. Ze wsparciem Eberts’a będą musieli załatwić mi audiencję w „Radzie Federacji”. Do tego czasu na pewno uda mi się zebrać wystarczającą ilość podpisów pod oficjalną petycją, potrzebną do wszczęcia postępowania przez Radę. Czekało mnie jeszcze dużo pracy. Aby załatwić wszystkie biurokratyczne formalności, będę zmuszony poświęcić dzisiejszą noc.

Zabawne – pomyślałem – tyle lat spędziłem już w kosmosie, a nadal używam sformułowań adekwatnych do ziemskich pór dnia.
Spojrzałem przez niewielki wizjer w ścianie zewnętrznej statku. Ujrzałem ten sam widok co zwykle. Na „Denebie” panowała wieczna noc – krążyliśmy po liniach wyznaczanych trajektorii, oddzieleni od życiodajnych gwiazd czernią próżniowego Wszechświata. Nieważne gdzie byliśmy i ile lat świetlnych od Ziemi – wizjer nieustannie ukazywał tę samą ciemną otchłań upstrzoną setkami zbyt dalekich błysków. Rozróżnienie nocy i dnia nie powinno wobec tego w ogóle istnieć. A jednak – „dorastanie” człowieka na Ziemi musiało odbić swe piętno nawet na podróżnikach, którzy nigdy nie postawili na niej stopy. Tak jak na macierzystej planecie, tak i na „Denebie” dzień był okresem aktywności, a noc czasem odpoczynku i regeneracji. Jedyna różnica polegała na braku wschodów i zachodów słońca.

Podszedłem bliżej wizjera. Zza krawędzi ekranu wyłonił się obiekt jaśniejszy niż pozostałe. Gołym okiem nie mogłem go rozpoznać – znajdował się na pewno w odległości znacznie większej niż pół miliona kilometrów.

-Max! Pokaż mi zbliżenie obiektu w sektorze SE2!
-Wszystkie teleskopy są aktualnie używane – czy mam wpisać się na listę oczekujących?
-Nie Max, nie musisz… Przeszukaj bazę znanych obiektów astronomicznych, które powinny znajdować się teraz blisko naszej strefy.
-Znalazłem jeden obiekt – kometa Yaugaci numer katalogowy 347&3421A01.
-Co o niej wiemy?
-Czwarta pod względem wielkości kometa o trajektorii przecinającej układ Pelionis. Jądro o wymiarach 12×6 kilometrów. Przelatuje przez układ Pelionis raz na 164 ziemskie lata.

Zbliżyłem nos do wizjera jakbym dzięki temu miał lepiej dostrzec szczegóły obiektu. Opamiętałem się i cofnąłem. Gdy mrużyłem oczy wydawało mi się, że dostrzegam niewielki świetlisty warkocz. 164 lata – pomyślałem – kiedy ponownie przeleci przez ten obszar mnie już dawno nie będzie, nie będzie nikogo z załogi statku, a także samego „Deneba”. Może kiedyś, ktoś tak jak ja stanie przed wizjerem swojego statku i będzie podziwiał niezwykłość tego długowiecznego obiektu. Być może jednak nikt go nawet nie zauważy.

Uśmiechnąłem się – jakże mała jest wywoływana przeze mnie rewolucja w stosunku do ogromu zjawisk astronomicznych. Nawet śmierć Iwanowa wydaje się przy tym śmieszna, niedostrzegalna i dosłownie nic nie znacząca.
Uspokoiła mnie trochę myśl, że nawet gdyby jutro oskarżono mnie o niesubordynację, postawiono przed Sądem Polowym i wydalono ze służby – nic szczególnego się nie stanie. Życie będzie toczyć się dalej już dawno ustalonym rytmem, Słońce na Ziemi będzie tak samo wschodzić i zachodzić, a kometa, którą teraz obserwuje, spokojnie krążyć po swojej trajektorii, jak robi to od wielu tysiącleci. Żadne, mniej lub bardziej tragiczne wydarzenie z mojego życia, nie będzie w stanie zakłócić jej wiecznej wędrówki.

 

Marcin Świątkowski 1997

Oceń opowiadanie:

Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

4 komentarze do “Opowiadanie SF: „Kometa”

Dodaj komentarz >>

  1. Pete Kӓnӫ pisze:

    Moje wypociny sprzed 20 lat chyba nie były takie nieskrępowane. Takie to stare a wciąż mamy tego samego wroga i te same zagrożenia.

  2. Ania z zielonego wzgorza pisze:

    SUPER OPOWIADANIE 321, POZDRAWIAM KOCHAM CIE MARCIn

  3. Małgorzata pisze:

    Podobają mi się Twoje opowiadania. Czekam na kolejne. Pozdrawiam 🙂

  4. Tomek pisze:

    Opowiadanko ma swoje słabe punkty niestety, szczególnie w opisie wybuchów na statku, jednakże reszta fabuły jest spójna i po prostu ciekawa. Świetna kosmiczna przygoda 😉 pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *