Opowiadanie SF: „Kometa”

Opowiadanie SF "Kometa"Biłem się z myślami, czy opublikować to opowiadanie. Jest to bowiem moja pierwsza próba własnej twórczości i to widać. Tekst powstał niemal 20 lat temu. W „Komecie” jednak zawarta jest spora dawka młodzieńczej, niczym nie skrępowanej literatury, którą wyjątkowo przyjemnie się tworzyło. Pomyślałem zatem, że przedstawię czytelnikom to opowiadanie. Nie będę się wypierał czasu, w którym się uczyłem pisać. Proszę jednak o sporą wyrozumiałość, to moja pierwsza space-opera :).

Szeregowiec Hunter od kilku lat stacjonuje na transportowcu „Deneb”. Poranne alarmy nie zdarzają się tam często. Alarmem zaczyna się dzień, który dla Huntera okaże się przełomowy. Źle ułożona procedura obronna naraża na niebezpieczeństwo członków załogi. Hunter decyduje się walczyć z systemem. Przeżyj wraz z nim dzień w przyszłości pełen wrażeń.

 

 

Copyright © 2015 Marcin Świątkowski | Wszelkie prawa zastrzeżone.
Publikacja opowiadania chroniona jest prawem autorskim. Kopiowanie, rozpowszechnianie, cytowanie, powielanie, publikowanie na innych stronach internetowych i serwisach lub innych nośnikach możliwe jest tylko za wcześniejszą zgodą autora.

 

KOMETA

 

Wiadomość o czerwonym alarmie automatycznie zerwała mnie na równe nogi. Nieustannie pulsujące światła, skupiające moją uwagę tylko na sytuacji alarmowej, przerwały niewidzialną nitkę łączącej mnie z nierzeczywistym światem snów.

Niegdyś za wszelką ceną starałem się zapamiętać możliwie jak największą ilość obrazów ukazujących mi się po zamknięciu oczu. Dlatego po przebudzeniu zwykłem siadać na łóżku i odtwarzać w myślach cały sen. Dzięki temu pozostawał on dłużej w mojej pamięci. Tajemniczy dar, dar wypływający gdzieś z głębi świadomości – tak zawsze go pojmowałem, doszukując się w nim pewnego przekazu o sobie samym i o prawdziwych, choć może nie znanych mi dotąd cechach charakteru.

Teraz jednak powaga sytuacji nie zezwalała mi na podejmowanie działań zbędnych, więc obraz wykreowany w nocy został niestety bezpowrotnie utracony. Ja natomiast myślami byłem już na swoim stanowisku.

-Wyłącz te światła, Max! – wyszeptałem z trudem przez zaschnięte gardło.
-Oświetlenie standardowe – odpowiedziała maszyna.

Schyliłem się po granatowy „zawieracz” naciskając widniejący na nim czerwony przycisk. Obwód elektryczny został przerwany, a zatrzymane w ten sposób silne działanie elektromagnesu odblokowało mechanizm. Z „zawieracza” wysunęła się szufladka ze znajdującą się na jej spodzie zieloną tabletką. Połknąłem ją, zapewniając sobie niezbędną dawkę energii na najbliższe cztery godziny.
Wbiegłem w pośpiechu do łazienki.

-Dezynfekcja – szepnąłem.

Dopiero, gdy przez parę sekund nie było żadnej reakcji, zorientowałem się, że komputer nie odczytał polecenia.

-Dezynfekcja, Max! Nie mam czasu! – Krzyknąłem podenerwowany.

Maszyna napromieniowująca stęknęła uruchamiając procedurę.
Chwilę później stałem ponownie w pokoju.

-Kombinezon!

Natychmiast poczułem delikatny chłód lepkiej substancji, która samoczynnie rozprowadzała się po mojej skórze, stopniowo dopasowując do kształtu ciała. Chwyciłem identyfikator i przypiąłem go do sztywniejącej lewej, górnej kieszeni kombinezonu.

-Hełm!

Ściana przede mną drgnęła, otwierając niewielkie drzwiczki szafy, zza których wysunął się blado czerwony kask z wytłoczonymi moimi inicjałami. Sięgnąłem po niego i całkowicie pokryty już kombinezonem wybiegłem na zewnątrz.

 

Korytarz, jak nigdy przedtem przepełniony był krzątającymi się i wyraźnie podekscytowanymi ludźmi. Wśród tego zamieszania nie sposób było pojąć przyczynę wywołania alarmu.

Gdy dotarłem do Głównego Kanału Komunikacyjnego, zastałem niedużą, pięcioosobową kolejkę przy transporterach. Na szczęście system działał sprawnie i po chwili stałem już na prywatnym „Magneticu”. Ramię dźwigu przeniosło mnie, ponad głowami oczekujących, na odpowiednią taśmę nośną. Mocno ścisnąłem sterownik i zwolniłem hamulec. Urządzenie ruszyło gwałtownie odrzucając mnie do tyłu.

-Proszę podać prędkość – zabrzmiał w hełmofonie prymitywny, metaliczny głos.

Czułem, że jestem już nieco spóźniony, więc postanowiłem jechać szybciej niż zwykle.

-210 i proszę o muzykę koncentrującą na czas podróży.
-Może być Predox ? -zapytała maszyna.
-Tak, niech będzie – odparłem.

W uszach poczułem łagodne dźwięki znanej kompozycji. Zamknąłem oczy zanurzając się na chwilę w głębi własnego umysłu.

***

Zmiana środka ciężkości, wywołana hamowaniem „Magnetica”, przerwała proces koncentracji.

-Jesteśmy na miejscu – wybełkotała maszyna.

Zeskoczyłem szybko z przenośnika i pobiegłem w kierunku mojego stanowiska.

Niedobrze… Wszyscy byli już na swoich miejscach. Siedzący przy głównym ekranie sierżant Eberts, pełniący nieszczęśliwie funkcję mojego przełożonego, najwyraźniej odebrał sygnał z sygnalizatora, gdyż obrócił się nerwowo na krześle i natychmiast znalazł mnie wśród przemieszczających się korytarzem ludzi. Przymocowana do ściany na wysokości około pół metra konstrukcja jego stanowiska była powodem pewnego złudzenia, które nie dawało mi spokoju. Mój przełożony wyglądał na znacznie wyższego ode mnie, a w rzeczywistości miał zaledwie sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu.

-Zajmij pozycję, później się rozliczymy! – Powiedział niezwykle ostrym głosem, który zdawał się całkowicie nie pasować do tak niepozornej postury człowieka.

Ruszyłem w kierunku mojego stanowiska. Zbliżyłem się do sporego pulpitu, którego większą część stanowiła przykryta dotykoczułą szybą klawiatura.

Pracując tutaj nie zdołałem ustrzec się od schematyzmu. Każdy dzień był prawie dokładną kopią poprzedniego. Wbrew pozorom nie stanowiło to dla mnie większego problemu, a wręcz przeciwnie. Pewność następnego dnia zapewniała mi pewien komfort psychiczny, co pozwalało odpowiednio przygotować się do nadchodzącej doby. Miałem ustalony własny plan spędzania czasu, w którym znalazło się miejsce nie tylko na pracę, ale także na czerpanie przyjemności z pobytu na statku Federacji. Każde zachwianie codziennego porządku całkowicie wybijało mnie z rytmu. Przez większość takiego okresu nie mogłem się skoncentrować, a doświadczane poczucie dezorientacji mogło być bardzo niebezpieczne nie tylko dla mnie, ale i wszystkich członków załogi. Głównie z tego powodu odradzono mi pracę na jednostkach interwencyjnych i przeniesiono, na moją zresztą prośbę, do Sekcji Wydobywczej.

Niestety stacjonowanie tutaj okazało się praktycznie służbą w siłach Federacji. Mimo ogromnych zmian, jakie zaszły w dyscyplinie armii zawodowej, nasz komendant pozostał niewzruszony. Pragnął zrobić ze swojej załogi elitarną grupę żołnierzy, która poradziłaby sobie w każdej sytuacji. Pełna efektywność – poprzez całkowite zdyscyplinowanie. Mógłbym to jeszcze zrozumieć stacjonując na jednym z promów międzyplanetarnych Błękitnej Floty, jednak na zwykłym transportowcu było to raczej zbędne i zupełnie niepraktyczne. Pomimo tego, że w skład wyposażenia statku wchodziło niewielkie uzbrojenie, nawet dobrej jakości, to i tak bez wsparcia z zewnątrz nie zdołalibyśmy odeprzeć chociażby jednego zmasowanego ataku. Poza tym, na cztery lata pobytu tutaj, dopiero po raz drugi zetknąłem się z sytuacją nadzwyczajną, a to doskonale odzwierciedla potrzeby militarne naszej jednostki.

 

Teraz jednak z nieznanych mi jeszcze przyczyn byliśmy wstanie najwyższej gotowości bojowej. Już od blisko stu lat człowiek nie prowadzi między sobą wojen, pomijając oczywiście nieliczne akcje zorganizowanych grup jednostek nie uznających żadnego zwierzchnictwa. Ataku z ich strony jednak nie obawialiśmy się, gdyż dokładnie dwie doby temu statki O.S.F. oczyściły dotyczący nas sektor.

Dlatego niezbyt dobrze rozumiałem decyzję komendanta. W głębi duszy nie przywiązywałem zbyt dużej wagi do zaistniałych okoliczności. Nieraz już bowiem, przebywając na różnych stacjach, czy promach, spotykałem się z sytuacjami, gdzie mylne odczyty komputerów wywoływały stan zagrożenia na pokładzie. I gdy wraz z upływem czasu coraz bardziej przekonywałem się, że także w tym przypadku mamy do czynienia z podobną sytuacją, kątem oka dostrzegłem regularne pulsacje światła w lewym, górnym rogu klawiatury. Momentalnie porzuciłem rozważania i skupiłem całą uwagę na danym sygnale. Miganie wykrywacza wskazywało na obecność w naszym obszarze obcego ciała stałego.

-Eberts, mamy coś w naszej strefie. Namierz to i zidentyfikuj! – padła komenda.

Skierowałem obraz z zewnętrz na mój ekran, szybko skalkulowałem wszelkie dane, poczym obliczyłem współrzędne obiektu i wprowadziłem opcję identyfikacji. Niemalże natychmiast ukazały się wszystkie możliwe do uzyskania informacje o intruzie. Przez chwilę jeździłem nerwowo wzrokiem po wyświetlanych słowach i nie mogąc chyba pogodzić się z odczytami, krzyknąłem:
-To zwyczajna asteroida!
-Nie rozumiem… – odparł sierżant. – Komendant wprowadził Stan Wyjątkowy na rozkaz samego dowództwa…

Spojrzałem na ekran.

-Przewidziany kontakt z asteroidą za… 57 sekund.
-Podaj stopień wielkości!
-Drugi…
-Dobrze… Otrzymuję informację, że nie możemy użyć pola siłowego. Mamy udostępnioną moc tylko na użycie miotacza… Wykonać!

Ponownie namierzyłem obiekt, korygując współrzędne i obliczyłem dokładny tor jego lotu. Gotowe dane przesłałem do obsługującego stanowisko strzelca – Iwanowa. Ten natychmiast nakierował broń na cel i odpalił w jego kierunku jasną wiązkę lasera.

Wpatrzyłem się w ekran, czekając na skutki użycia miotacza. Zbliżyłem nieco obraz asteroidy i wtedy nastąpiło trafienie. Laser przeszył kamień, który niemal w tej samej chwili rozpadł się na drobne, niewykrywalne nawet części.
Odetchnąłem z ulgą. Dopiero teraz zacząłem zdawać sobie sprawę z banalności całego zamieszania. To przedwczesne wstawanie, ta nerwowa atmosfera w kanałach komunikacyjnych; cały harmider spowodowany jedną, niewielką bryłą skalną naruszającą naszą strefę. Już miałem zirytowany opuścić stanowisko, gdy ponownie zamigotała lampka kontrolna wykrywacza. Wyprostowałem się, biorąc przy tym spory oddech i z niedowierzaniem zacząłem odczytywać dane.

Nigdy na naszym kursie nie natknęliśmy się na jakikolwiek większy, czy mniejszy rój meteorytów, ponieważ tor lotu był tak zaprogramowany, aby je bezpiecznie omijać. Czyżby zatem odkryliśmy nowe zgrupowanie?

Poprosiłem komputer o powiększony widok obiektu, lecz ku mojemu zaskoczeniu zamiast martwej skały ukazał się trójwymiarowy obraz średniej wielkości myśliwca.
Wygląd miał nieco zastanawiający. Teoretycznie wszystkie parametry były w porządku, ale najwyraźniej brakowało mu części mieszkalnej, przy czym skanowanie nie wskazywało na jakiekolwiek wyłomy w kadłubie pojazdu. Brak tak ważnego modułu przyczyniał się do wyraźnie mniejszych od standardowych jednostek rozmiarów pojazdu. Z tego, co przekazywał komputer, statek dysponował większą mocą wzmacniania napędu, pola siłowego i broni.

Niestety bezskutecznie starałem się otrzymać informacje o jego przynależności. Przyjrzałem się nawet dokładniej stabilizatorom, ale nie dostrzegłem na nich żadnych oznaczeń. System identyfikacji najwyraźniej musiał zostać uszkodzony, gdyż komputer nie podawał nic, poza danymi technicznymi pojazdu.

-Eberts! Odbieram jeszcze jeden sygnał… Namierzyłem myśliwiec klasy trzeciej zbliżony typem do Hangara.
-Co to znaczy zbliżony? – zapytał z niezrozumieniem sierżant.
-Zauważyłem pewne innowacje konstrukcyjne. Obiekt jest pozbawiony części mieszkalnej.
-Co na to komputer?
-Brak danych.
-A co z identyfikacją?
-Niestety, brak informacji. Statek ma niesprawne systemy.
-Wyślij mu sygnał ostrzegawczy. Może on również nie może nas zidentyfikować.

Namierzyłem pozycję obiektu i wysłałem na głównej częstotliwości sygnał.

-Zrobione!
-Jakaś reakcja?
-Żadnej.
-Dobra… Prześlij mi jego dane. Chciałbym z nim porozmawiać, zanim powiadomię komendanta.
-Dane przesłane. Ustawiam przekaz na wszystkie częstotliwości.
-Mówi sierżant Eberts z transportowca „Deneb”. Bez uzasadnienia naruszyliście naszą strefę bezpieczeństwa. Jeżeli w trybie natychmiastowym nie otrzymamy wyjaśnienia, będziemy zmuszeni do użycia siły.
-Brak odpowiedzi, Eberts.
-Do diabła! Czy życie im nie miłe?! Ile mamy czasu zanim znajdziemy się w jego zasięgu?
-25 sekund – oznajmiłem.
-Poczekamy do dziesięciu… Jeśli nie odpowiedzą na wyzwanie, zaczniemy przygotowywać się do obrony. A ja skontaktuje się tymczasem z komendantem.

Pozostała część załogi zupełnie nie zainteresowała się zaistniałą sytuacją; mimo, że wizjery przy przenośnikach szczegółowo oddawały ruch obcego statku.
Ponownie wysłałem sygnał oczekując w nadziei na jakiegokolwiek kontakt, ale wciąż odbiorniki nie wykrywały żadnej odpowiedzi. Przez moment zdawało mi się, że czas przestał biec.

-Przygotować miotacz! – przerwała ciszę komenda Ebertsa. – Mamy zezwolenie na użycie broni – dodał.

Skupiłem całą uwagę na znajdujących się przede mną przyrządach. Lekko paraliżowała mnie myśl, że to ode mnie zależy powodzenie obrony. Tej chwili obawiałem się odkąd przeniosłem się na „Deneba”. Jeżeli spóźnię się z obliczeniami i przesłaniem odpowiednich informacji strzelcowi – chociażby o jedną sekundę – może skończyć się to w najlepszym wypadku uszkodzeniem transportowca.

-Uwaga! Zmiana systemu orientacji na neuromózgowy! – usłyszałem w hełmofonie.
Szybko zdjąłem z szyi elektronicznie zabezpieczony klucz i umieściłem go w zamku. Komputer automatycznie odczytał ułożenie moich linii papilarnych, potwierdzając tym samym dane z sygnalizatora. Wszystkie zabezpieczenia odblokowały się, a znajdująca się przede mną klawiatura drgnęła, aby następnie obrócić się o 180 stopni. Sięgnąłem po umieszczony na jej odwrocie podłużny „rejestrator”. Bardzo ostrożnie włożyłem go w odpowiednie przysposobione do tego miejsce z tyłu hełmu. Momentalnie poczułem słabe mrowienie na skórze wywołane stopniowym sprzężeniem się mojego mózgu z komputerem.

-System sprawny – usłyszałem gdzieś wewnątrz własnych myśli.

Teraz mogłem swobodnie kierować wszelkimi urządzeniami będącymi pod kontrolą komputera i do których miałem dostęp, bez marnowania czasu na sterowanie ręczne. Klawiatura powróciła do dawnej pozycji.

-Kiedy myśliwiec znajdzie się w naszym zasięgu? – zabrzmiało pytanie.
-Za sześć sekund.
-Dobra, otworzymy ogień.

 

strona 1 z 4

Czytaj dalej >>

Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

4 komentarze do “Opowiadanie SF: „Kometa”

Dodaj komentarz >>

  1. Pete Kӓnӫ pisze:

    Moje wypociny sprzed 20 lat chyba nie były takie nieskrępowane. Takie to stare a wciąż mamy tego samego wroga i te same zagrożenia.

  2. Ania z zielonego wzgorza pisze:

    SUPER OPOWIADANIE 321, POZDRAWIAM KOCHAM CIE MARCIn

  3. Małgorzata pisze:

    Podobają mi się Twoje opowiadania. Czekam na kolejne. Pozdrawiam 🙂

  4. Tomek pisze:

    Opowiadanko ma swoje słabe punkty niestety, szczególnie w opisie wybuchów na statku, jednakże reszta fabuły jest spójna i po prostu ciekawa. Świetna kosmiczna przygoda 😉 pozdrawiam

Skomentuj Ania z zielonego wzgorza Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *