Opowiadanie SF: „Kometa”

 

Gdy zacząłem namierzać nieustannie zbliżający się obiekt, potworny, ognisty podmuch odrzucił mnie w głąb pomieszczenia. Siła wybuchu była na tyle duża, że jeszcze po upadku moje ciało bezwładnie sunęło po podłodze. Pomimo amortyzującego upadek kombinezonu, poczułem lekki ból w prawym ramieniu. Musiałem zderzyć się z jakimś przedmiotem, gdyż niekontrolowany przeze mnie ruch został w tej samej chwili powstrzymany.

Po krótkim okresie bezruchu stanąłem na nogi, wspierając się na najbliższym generatorze. Nieco oszołomiony spojrzałem w kierunku mojego stanowiska i chwiejnym krokiem udałem się w jego stronę. Podchodząc do komputera starałem się możliwie jak najszybciej rozeznać w sytuacji. Nie było to jednak takie łatwe, jak przypuszczałem. Obraz przed oczami zaczął dziwnie uciekać mi we wszystkich kierunkach jednocześnie, a lampki odpowiednich czytników pulpitu, nachodziły na siebie, zlewając się w jedną nieczytelną plamę.
Zdezorientowany rozglądnąłem się. Uszkodzona została tylko kabina działowa. Gęsty dym wydobywający się z jej wnętrza utrudniał widoczność.

-Co się z tobą dzieje, Hunter?! – usłyszałem w hełmofonie.

Odruchowo spojrzałem na sierżanta. Nie odpowiadając podparłem się na klawiaturze, nadal starając się zebrać myśli.

-Hunter! – ponaglił mnie, krzycząc wręcz Eberts.
-Co się właściwie stało? – spytałem z trudem składając słowa.
-Statek otworzył ogień! Zostaliśmy trafieni! Sprawdź szybko szczelność powłoki i uszkodzenia!

W momencie, gdy z wielkim trudem przeszukiwałem dane, ze stanowiska strzelca dobiegł mnie syk. Wszystko w pomieszczeniu nabrało nagle czerwonego blasku automatycznie włączonych świateł ostrzegawczych. Główny komputer błyskawicznie podał informację o niespójności powłoki w kabinie działowej, a gęsty, spowijający ją dym w jednej chwili został wyssany w przestrzeń. Szczelina musiała być niewielka, gdyż bardzo szybko organiczna osłona zregenerowała się, eliminując wyrwę w powłoce. Minutę później wszystko powróciło do normy, alarm został odwołany.

Widoczne już stanowisko strzelca wydawało się nienaruszone, ale przez wysoki fotel nie byłem wstanie dojrzeć Iwanowa. Wezwałem go poprzez sieć, nie otrzymując jednak żadnej odpowiedzi. Gdzieś z głębi statku dobiegł mnie dźwięk kolejnej eksplozji i w chwilę potem mocno wstrząsnęło całym kadłubem. Gdy komputer informował o następnym trafieniu, korzystając z wywołanego ostrzałem zamieszania, podbiegłem do strzelca i powoli obróciłem fotel.
Na widok Iwanowa odskoczyłem instynktownie i odwróciłem głowę.

-Eberts… Eberts! – krzyknąłem. – Strzelec… Wezwij sanitariuszy! – krzyknąłem dawkując słowa.

Nie mogłem już spojrzeć na niego po raz drugi. Wciąż przed oczami miałem jego rozdarty na wysokości piersi kombinezon, który zdawał się tworzyć z poszyciem fotela zlaną całość i stopiony, wchodzący wewnątrz otwartej czaszki hełm.

W słuchawkach panowała głucha cisza. Z korytarza wyłoniło się dwóch pracowników w białych kombinezonach i gdy zbliżali się do mnie gestem ręki wskazałem im rannego.

Już 22 lata pałętam się po przestrzeni, kursując nieustannie między planetami dwóch układów i zdołałem przez ten okres bliżej poznać tylko wykreowane przez komputer hologramy. Iwanow i Eberts są praktycznie rzecz biorąc jedynymi znanymi mi osobami, które obecnie widuję. A teraz jedna z nich spotka taki los.

-Pole siłowe uaktywnione – poinformował mnie niezwykle ciepły i pogodny głos, którego brzmienie niezależnie od zaistniałej sytuacji zawsze pozostanie takie samo.
W tym momencie wiadomość, przekazana tak niewinnym i szczęśliwym głosem wywołała u mnie dosłownie rzecz ujmując – obrzydzenie. Jej pustość, bezcelowość i cyniczność, były tutaj całkowicie niepożądane.

Dlaczego komendant nie zdecydował się na wcześniejsze włączenie osłony?! Czy koniecznie musiał ktoś ucierpieć, zanim dowództwo zdało sobie sprawę, że niewielkie spóźnienie dostawy nie jest tak ważne, jak ludzkie życie?! Czy doszło już do tego, że towar jest istotniejszy, niż człowiek ?!

Stałem wciąż bezczynnie, obserwując nieustannie krzątających się wokół maszyn ludzi. Każdy miał określone zadanie, spełniał wymagane przez zwierzchników i komputer czynności. Stan zagrożenia zawsze wymuszał doskonałą organizację wśród załogi, która powinna stanowić samoczynnie uzupełniający się kolektyw. W takim systemie, opracowanym kiedyś, przez kogoś mi nieznanego, gdzie społeczność zamieniała się momentalnie w jedną, wielką masę, gotową rzucić się w ogień na każde skinienie dowództwa, łatwo jest zapomnieć o pojedynczych jednostkach, ich potrzebach i obawach. Czy twórca tego cholernego porządku przewidział brak jednego elementu w sprawnie działającej maszynie?! Ależ tak, naturalnie! Za jedną część można wstawić drugą, równie dobrą, a może nawet lepszą, niż utracona. Czy jednak potrafi on zastąpić człowieka innym człowiekiem? Czy potrafi znaleźć kogoś o identycznych poglądach, dokonaniach i takiej samej osobowości ?!
Nie… o Takich rzeczach się nie myśli. Spychane są na dalszy plan, a wraz z nimi nasza godność. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, że kompletnie zatraciliśmy się już w przyziemnym, materialnym traktowaniu życia. Ważna stała się tylko praca i ogólne dobro korporacji. Nic dziwnego, że stajemy się coraz bardziej sobie obcy. Zamknięci we własnych mieszkaniach – twierdzach, odgradzamy się od innych murami technologii, zatapiając się w nierealnym, wirtualnym świecie. Potrafimy rozmawiać między sobą jedynie służbowo, gdyż tak nakazuje tradycja i tak być powinno. Gdyby się nad tym poważniej zastanowić można by całkowicie porzucić ten zwyczaj przyrastając już na stałe do maszyn. Porozumiewając się w sieci, używając pseudonimów i wymyślonych twarzy, które stanowią tylko puste marzenia o nas samych, pogłębiamy się w wyimaginowanym świecie iluzji, gdzie najlepszym naszym przyjacielem staje się komputer. Zwykła maszyna, która nigdy nas nie skrytykuje, a zawsze służy poradą, która zaprogramowana według naszego gustu, zawsze wykaże zrozumienie i cierpliwość, przed którą można się otworzyć, nie bojąc się jednoczesnej oceny i tego co powiedzieliby inni. Utopijnie zatem doszukując się ludzkich wartości w martwym, stworzonym przez nas przedmiocie, pragniemy odzyskać utracone gdzieś cechy. Podróżujemy co raz głębiej i dalej w Kosmos, nieprzerwanie łudząc się, że odnajdziemy tam pomocną dłoń, która pozwoliłaby nam powrócić do rajskiego ogrodu. Zapominamy niestety, że zależy to tylko i wyłącznie od nas samych.
-Hunter? -usłyszałem gdzieś w oddali pytanie, lecz dopiero, gdy poczułem czyjąś dłoń na ramieniu zareagowałem. Moim oczom ukazał się młody – szesnasto, siedemnastoletni chłopak o bujnych, blond włosach i delikatnej cerze. Pod pachą trzymał kurczowo swój niebieski hełmofon, jakby w danym momencie był dla niego najcenniejszą rzeczą.

-Witam! – zaskoczył mnie żywiołowym powitaniem. – Nazywam się Martin Johanes, miło mi cię poznać.

Popatrzyłem ze zdziwieniem na wyciągniętą w moją stronę rękę chłopca i otrząsnąwszy się, wyciągnąłem swoją. Poczułem mocny uścisk dłoni, więc w rewanżu mocniej zacisnąłem także własną.
Cała ta, znana mi przecież ceremonia, okazała się jednak czymś zupełnie nowym. Ten młody człowiek miał w sobie coś, czego wyraźnie brakowało znanym mi dotychczas członkom załogi, a mianowicie rzadko już spotykaną otwartość. Przez lata pracy na różnych statkach praktycznie odzwyczaiłem się od oficjalnego poznawania kogokolwiek inaczej, niż poprzez sieć. Dlatego scena ta, wydająca się nieco nierzeczywistą, przywołała miłe wspomnienia z jakże odległego już dzieciństwa, spędzonego na Ziemi. Przez moment zastanawiałem się nawet, czy nie jest to kolejny, wykreowany w „wirtualnej” program i czy wszystkie te zdarzenia, jakich byłem dzisiaj świadkiem nie rozgrywają się tak na prawdę tylko w elektronicznym umyśle.

-Komputer wezwał mnie na miejsce strzelca – sprowadził mnie na ziemię młodzieniec.
-Aaa… Tak, rozumiem. Nie wiesz co z nim? – zapytałem chcąc nawiązać rozmowę.
-Został przewieziony do laboratorium. Ponoć jest w ciężkim stanie.
-Mam nadzieję, że z tego wyjdzie.
-Ja również – odparł.
-Jakie otrzymałeś rozkazy?
-Mam zniszczyć obiekt – odrzekł z dumą w głosie.
-Zniszczyć?!  – zapytałem, unosząc głos. – Po co? Przecież osłania nas pole siłowe!

Młodzieniec przeczesał palcami bujne włosy i założył hełm.

-Spokojnie, wszystko jest w porządku. Komputer odszyfrował informacje o intruzie. Okazało się, że jest to zwykła, uszkodzona maszyna. W środku nie ma ani jednego człowieka, a poza tym nie możemy pozwolić sobie na tak znaczną utratę energii na samym początku lotu.
-Chwileczkę! – złapałem go za ramię. – Nie rozumiem! Jeśli tam nikogo nie ma, to kto nim steruje?!
-Już mówiłem… Nikt ! To jest uszkodzony myśliwiec, strzela do wszystkiego, co się rusza! Możesz przecież sam sprawdzić, w końcu jesteś z „obsługi”, prawda? A na razie przepraszam, muszę zająć stanowisko. Za jakieś dwie minuty zostanie wyłączone pole.

Chłopak odwrócił się i poszedł w stronę kabiny działowej. Patrzyłem, jak odchodził, poczym szybko wróciłem na moje miejsce. Zacząłem przeglądać pliki nowych danych technicznych obcego statku.
Rzeczywiście – myśliwiec nie miał załogi, a jego systemy orientacyjne były całkowicie niesprawne.

-Hunter – przerwało mi wezwanie sierżanta. – Za 90 sekund komputer wyłączy osłonę. Dokładnie w tej chwili ostrzelamy intruza. Oblicz przybliżoną pozycję, w jakiej będzie się wówczas znajdował i prześlij to „nowemu”!

 

strona 2 z 4

Czytaj dalej >>

 

Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

4 komentarze do “Opowiadanie SF: „Kometa”

Dodaj komentarz >>

  1. Pete Kӓnӫ pisze:

    Moje wypociny sprzed 20 lat chyba nie były takie nieskrępowane. Takie to stare a wciąż mamy tego samego wroga i te same zagrożenia.

  2. Ania z zielonego wzgorza pisze:

    SUPER OPOWIADANIE 321, POZDRAWIAM KOCHAM CIE MARCIn

  3. Małgorzata pisze:

    Podobają mi się Twoje opowiadania. Czekam na kolejne. Pozdrawiam 🙂

  4. Tomek pisze:

    Opowiadanko ma swoje słabe punkty niestety, szczególnie w opisie wybuchów na statku, jednakże reszta fabuły jest spójna i po prostu ciekawa. Świetna kosmiczna przygoda 😉 pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *