Opowiadanie SF: „Kometa”

 

Wykonałem zadanie, tym razem spokojnie, nie śpiesząc się i po chwili przed oczyma młodzieńca pojawiły się wszelkie potrzebne dane. Przełączyłem obraz obcego statku na ekran. Do wyłączenia pola pozostało jeszcze trochę czasu, więc rozejrzałem się po całym głównym holu naszego poziomu. I tutaj zaobserwowałem coś, z czym nie spotkałem się jeszcze stacjonując na „Denebie”. Podczas krótkiego okresu od ostrzelania promu znacznie wzrosło ogólne zainteresowanie naszymi działaniami. Ludzie, jak nigdy przedtem gromadzili się przed małymi wizjerami i żywiołowo gestykulując, oceniali szansę intruza.

W centrum pomieszczenia, wysoko nad naszymi głowami, zaczął kształtować się bezszelestnie jasny hologram wrogiego myśliwca. Błyski światła szybko dostrzegły także pozostałe osoby i natychmiast oderwały się od niewielkich wizjerów.

Obecnie starałem się nie dostrzegać banalności tej decyzji komputera, który wyświetlając pojazd, chciał zapewne zniwelować nadszarpnięte zaufanie załogi, powstałe po niepotrzebnym zranieniu Iwanowa. Poza tym ukazanie skutecznego działania naszej obrony, zawsze w jakimś stopniu podniesie ogólne morale. Jednak w tej decyzji komputera tkwił jeszcze jeden, niewidoczny na pierwszy rzut oka, pozytywny akcent. Nadarzyła się bowiem jedna z nielicznych okazji przebywania w tak sporym gronie osób. Można było zatem oderwać się na moment od schematycznego i monotonnego lotu, bez potrzeby wchodzenia w wyimaginowany świat „wirtualnej”.

Ponieważ spełniłem już swoje zadanie, odszedłem od stanowiska i zbliżyłem się do stojącej najbliżej grupki osób. Spojrzałem w górę i moim oczom ukazał się naturalnej wielkości hologram intruza. Stałem dokładnie pod jednym z jego amortyzatorów. Obiekt zachowywał się szczególnie dziwnie. Często zmieniał kierunek lotu, chybocząc się na wszystkie strony.

Zanim została wyłączona osłona, pojazd zdążył oddać jeszcze jeden szczał. Jasna wiązka lasera przeszyła całe pomieszczenie trafiając w zdezorientowanych, zebranych po mojej lewej stronie, ludzi. Rzeczywistość hologramu wywołała instynktowne reakcje wśród załogi. Jedni z obserwujących momentalnie rzucili się na podłogę, inni natomiast odskoczyli szybko w bok panikując przy tym. Zgromadzonych ludzi znacznie rozbawiła ta sytuacja. Na krótką chwilę cała sala wypełniła się śmiechem, a dowcipne uwagi stojących wokół mnie osób sprawiły, że niemal zupełnie zapomniałem o groźnym postrzale strzelca.

Pod hologramowym obrazem pojawiły się duże, sześcienne cyfry, ukazujące zaledwie pięć sekund do wyłączenia osłony. Ponownie cała uwaga obecnych skupiła się na obcym myśliwcu. Po chwili przenikliwy, bardzo niski dźwięk oznajmił antyaktywację pola siłowego wokół „Deneba” i niemalże natychmiast jaskrawo-czerwony strumień światła rozjaśnił twarze obserwujących. Pokrywy ochronne intruza odleciały momentalnie od podłużnego kadłuba. Stabilizatory rozwarstwiły się i statek eksplodował potwornym błyskiem.
Stworzony przez komputer obraz rozpadł się na tysiące miniaturowych części, które lecąc we wszystkich kierunkach, przenikały nieszkodliwie zgromadzonych ludzi i znikały gdzieś w głębi sali. Po paru sekundach obiekt przestał istnieć, pozostawiając po sobie tylko bezużyteczne skupisko szczątków. Hologram zniknął.

Ludzie wiwatowali i klaskali z uznaniem z głowami zadartymi do góry. Już po chwili jednak  odchodzili grupkami wracając do codziennych obowiązków.

Przez ten jeden, krótki moment, przebywając w sporym gronie osób, przynależących do różnych działów o odmiennych specjalnościach zawodowych, poczułem się częścią pewnej społeczności. Społeczności, na której członków w razie potrzeby mogłem liczyć. Szkoda tylko, że uczucie to bardzo szybko prysło po zniknięciu zagrożenia.

Podszedłem do opuszczającego już swoje stanowisko młodego strzelca, wyciągając w jego stronę dłoń.
-Gratuluję! Chyba jeszcze nigdy nie miałeś okazji wykazać się przed tyloma ludźmi.

Johanes spojrzał na mnie i podobnie, jak wcześniej mocno uścisnął moją dłoń. Nie potrafiąc jednak ukryć uczuć, spuścił głowę i wpatrzony w podłogę minął mnie bez słowa. Zdziwiony popatrzyłem na oddalającą się sylwetkę młodzieńca.

-Wszystko w porządku? – spytałem.

Chłopak przystanął, odwrócił się i przeszył mnie wzrokiem.

-Przez pięć lat czekałem na ten moment – powiedział z rozgoryczeniem. – Do znudzenia wpajano mi niektóre elementy, wykorzystywane później do ćwiczeń w symulatorze – młodzieniec wziął głęboki oddech i przetarł spocone czoło.

-Znosiłem te wszystkie lata ciężkiej pracy, gdyż byłem przekonany, że zostanie mi to prędzej, czy później wynagrodzone. Wykładowcy utwierdzali mnie w założeniu, że bronienie prawdziwego statku jest czymś zupełnie niepowtarzalnym; że rzeczywistości nie można nawet porównywać z tą „wirtualną”. A tym czasem?! Po raz pierwszy miałem możliwość zestrzelenia nie wykreowanego przez komputer obiektu i co?! To niczym nie różni się od ćwiczeń. Równie dobrze mógłbym iść teraz do siebie i poprzez sieć walczyć nawet z setkami podobnych pojazdów.

Słowa młodzieńca po raz kolejny przywołały dawne wspomnienia, tym razem z przed kilkunastu lat, kiedy będąc w jego wieku zaczynałem pracę na transportowcach.
Wcześniejsze wyrzeczenia związane z nauką, długie miesiące praktyk i ogromne rozczarowanie w pierwszym okresie służby, zostały docenione dopiero później, kiedy wieloletnie douczanie do zawodu, procentowało lepszą skutecznością i spokojem działania.

-Domyślam się, że jesteś nieco zawiedziony – zacząłem. – Ale musisz pomyśleć przede wszystkim nad wagą tego, co robisz. Zastanów się, czy kiedykolwiek w „wirtualnej rzeczywistości” brak konsekwencji i niezdecydowanie przypłaciłeś zdrowiem? Czy kiedykolwiek twoje błędy związane były z życiem setek ludzi?

-Hunter – usłyszałem w hełmofonie wezwanie sierżanta. – Chciałbym z tobą porozmawiać.
-Tak, już idę – odparłem i ponownie zwróciłem się do strzelca.

-Pamiętaj, że jesteś jedną z ważniejszych osób na statku. Musisz dokładnie wykonywać polecenia. Nie możesz pozwolić sobie na własna interpretację rozkazów, na własne eksperymenty. Przydzielono cię tutaj, żebyś odpowiadał za nasze bezpieczeństwo. Twój, chociażby drobny błąd, może odbić się tragicznie na reszcie załogi. Zawsze staraj się o tym pamiętać i przemyśl to sobie!

Chłopak podniósł głowę i popatrzył na mnie. Wyraz twarzy miał tak dziwaczny, jakby nie potrafił zrozumieć żadnego słowa jakie powiedziałem. Sam też byłem zaskoczony – nie sądziłem, że stać mnie jeszcze na prawienie takich suchych banałów.

-Ty też się tak czułeś, za pierwszym razem? – spytał.
-Tak. Uwierz mi! Doskonale wiem, co myślisz – przerwałem na chwilę nie chcąc dalej zanudzać „nowego” jakimś trywialnym chłamem i zmieniłem temat. – Uważam, że doskonale ci dzisiaj poszło… Jak na pierwszy raz, oczywiście.
-Tak, tak… – przytaknął bez entuzjazmu i machnął ręką.

Młodzieniec zdjął hełm i udał się w kierunku kanałów komunikacyjnych, a ja podszedłem do sierżanta, który nareszcie zszedł z wysoko zawieszonego krzesła.

-Znowu się spóźniłeś – usłyszałem.
-Tak, wiem… To przez osobisty komputer. Ciągle szwankuje. Muszę powiadomić w końcu mechanika.
-To już twój problem – odrzekł. – Załatw to, chyba, że nadal chcesz mieć potrącane z pensji.
-Rozumiem…
-Zrób to lepiej jeszcze dzisiaj – dodał i gdy miał odwrócić się i odejść, wstrzymał się nagle.
-Żal mi strzelca. Taka bezsensowna śmierć.

Spojrzałem na sierżanta, jakbym nie potrafił zrozumieć jego słów.

-On nie żyje?!
-Ach… Słusznie, nie mogłeś o tym wiedzieć… Przed chwilą podali wiadomość przez Intercom.
-Niemożliwe… Znał go pan bliżej? – spytałem.
-Nie. Tylko z pracy… Z danych wiem, że nie miał żadnej rodziny. Rodzice zmarli mu w kopalni na „Io”, gdy był jeszcze dzieckiem.
-Smutna historia… – odrzekłem.. -Czemu, do jasnej cholery ten pieprzony komputer nie włączył osłony nieco wcześniej?! – wykrzyknąłem, nie mogąc już dłużej trzymać w sobie gniewu.
-Hunter! Zapominacie się! Pamiętajcie, że jesteście na służbie!
-Myślałem, że zwróciłeś się do mnie prywatnie. Zresztą przestańmy ciągle rozmawiać ze sobą tylko oficjalnie! Zastanów się, bo nie wiem, czy dobrze myślę. Czy nie wydaje ci się, że działanie dowództwa zwyczajne spycha dobro załogi na dalszy plan?
-Nie wiem… Nigdy nie myślałem o tym w taki sposób.
-To może jest najwyższy czas, abyś zaczął. Tym razem zginął Iwanow, ale następnym może to być każdy z nas. Ile masz jeszcze do końca służby?
-Siedem lat.
-A ja niecałe trzy. Co będzie jeśli w ostatni dzień pracy napotkamy na podobną sytuację? Co będzie jeśli w ostatni dzień pracy zostaniemy ciężko ranni, albo zginiemy?! Wiesz, powoli zaczynam się zastanawiać, co ja tutaj właściwie robię? Jak mogłem przez tyle lat, być tak krótkowzrocznym?! Jeżeli mam dalej stacjonować na „Denebie”, to muszę mieć poczucie, że jestem cenniejszy dla dowództwa, aniżeli przewożony towar i terminy dostawy.
-Rzeczywiście… Gdyby komputer nie oszczędzał tak na energii i zdecydował się od razu włączyć osłonę, to Iwanow nie zginąłby… Hmm… Nic nie da się zrobić. Wiesz jakie są przepisy, a komputer zastosował w tym przypadku tradycyjną procedurę.
-Przepraszam bardzo, ale czy przepisy stanowią jakąś świętość. Jeśli są niewłaściwe, to należałoby je zmienić, prawda?
-Tak, ale to zależy już tylko od Rady Federacji, a dotrzeć do niej nie jest tak łatwo.
-Musimy coś zrobić! Śmierć Iwanowa nie może ujść dowództwu płazem.
-Jeżeli poważnie o tym myślisz, to mogę zarekomendować cię u komendanta. Tylko od niego zależy, czy pozwoli ci na bezpośrednią rozmowę z Radą.
-Byłbym ci bardzo wdzięczny, gdybyś wstawił się za mną.
-Na razie poprzestańmy na rekomendacji – Eberts zmienił nagle ton głosy na bardziej oficialny. – Pamiętaj, że jestem twoim przełożonym, a jako zwierzchnik odpowiadam za twoje czyny. Poparcie twoich aluzji oznaczałby podważenie rozkazów otrzymanych z góry, a za to grozi nawet Sąd Polowy. Zbyt długo pracowałem na obecne stanowisko i nie zamierzam go stracić. Chyba mnie rozumiesz – dodał po chwili. – Mam tutaj żonę i dwójkę dzieci…

Patrzyłem na sierżanta nie mogąc uwierzyć w słowa jakie przed chwilą wypowiedział. Wydawało mi się, że go poruszyłem, że obudziłem w nim poczucie chronienia własnej godności. Jakże się pomyliłem.

Staliśmy chwilę w ciszy, poczym odwróciłem się i powoli odszedłem w kierunku mojego stanowiska. Po paru krokach włączyłem komunikator i wyszeptałem w myślach:
-Ciekawe co powiedziałaby twoja rodzina gdybyś to ty trafił dzisiaj do kostnicy zamiast Iwanowa…
Spodziewałem się natychmiastowej i ostrej reakcji, ale Eberts milczał. Wróciłem zatem na moje stanowisko i zacząłem zabezpieczać komputer.

-To jak? – usłyszałem w głowie głos sierżanta. – Mam cię umówić z komendantem?
Uśmiechnąłem się lekko – Oczywiście, jak nie sprawi ci to zbytniego problemu – odpowiedziałem w myślach.
-Pewnie, że nie sprawi. Za kogo ty mnie masz, do jasnej cholery? Spróbuj postawić się na moim miejscu! No spróbuj! Nie masz rodziny, której utrzymujesz, więc nie możesz wiedzieć jak to jest nadstawiać dupska za wątpliwą sprawę, kiedy masz na karku całą rodzinę.
-Skoro to dla ciebie wątpliwa sprawa, to rzeczywiście nie mamy o czym mówić – odparłem. – I może masz racje – nie wiem jak to jest, ale gdybym ja miał rodzinę nie chciałbym niepotrzebnie narażać własnego życia, tylko po to, aby korporacja mogła zapchać sobie kieszenie mamoną. Jednak nie o to tu chodzi – ja bardzo chętnie będę wypruwał sobie flaki dla dobra mojej pensji i zysków korporacji, ale tylko wtedy, kiedy ów cudowna korporacja zapewni mi pracę w warunkach maksymalnie możliwego bezpieczeństwa – a tak obecnie nie jest.

Wyjąłem umieszczony z tyłu hełmu rejestrator i schowałem wewnątrz klawiatury. Nie mogłem zatem usłyszeć odpowiedzi sierżanta i mówiąc szczerze nie za bardzo mi na tym zależało. Zablokowałem stanowisko i udałem się w kierunku kanałów komunikacyjnych.

Po drodze oczywiście natknąłem się na Ebertsa. Sądząc po wyrazie jego twarzy sprawiał wrażenie osoby, której leży coś na żołądku.
-Posłuchaj… Ja po prostu myślę innymi kategoriami niż ty. Może to jak zaprogramowano komputer nie jest zbyt słuszne, ale ja nie mogę się narażać.
-Nie możesz, czy nie chcesz?
-Obecnie chcę tylko jednego – abyś jeszcze nie wieszał na mnie psów i dał mi czas. Muszę to przemyśleć.
-Rób jak uważasz za stosowne, ja do niczego nie będę cię zmuszał. Umów mnie tylko z tym komendantem.
-To masz jak w banku. Dam ci znać jak będzie wszystko uzgodnione.
-Dobra, dzięki.

Kiwnąłem głową na pożegnanie i ruszyłem w kierunku taśm nośnych.

 

strona 3 z 4

Czytaj dalej >>

 

Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

4 komentarze do “Opowiadanie SF: „Kometa”

Dodaj komentarz >>

  1. Pete Kӓnӫ pisze:

    Moje wypociny sprzed 20 lat chyba nie były takie nieskrępowane. Takie to stare a wciąż mamy tego samego wroga i te same zagrożenia.

  2. Ania z zielonego wzgorza pisze:

    SUPER OPOWIADANIE 321, POZDRAWIAM KOCHAM CIE MARCIn

  3. Małgorzata pisze:

    Podobają mi się Twoje opowiadania. Czekam na kolejne. Pozdrawiam 🙂

  4. Tomek pisze:

    Opowiadanko ma swoje słabe punkty niestety, szczególnie w opisie wybuchów na statku, jednakże reszta fabuły jest spójna i po prostu ciekawa. Świetna kosmiczna przygoda 😉 pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *