Opowiadanie SF: „Przejście”

przejscie„Przejście” to potoczna nazwa podróży podprzestrzennej. Wynalezienie i okiełznanie tej technologii pozwoliło ludziom kolonizować bardzo odległe światy. Nie był to jednak system idealny. „Przeskok” miał poważną wadę, którą z powodzeniem skrywano przed opinią publiczną.
Dzięki intensywnemu propagowaniu „przejścia” ciągle zgłaszały się nowe rzesze ochotników – marzycieli, gotowych dokonać „skoku” w podprzestrzeń. Co dwa lata, na zasadzie konkursu, wybierono spośród nich najlepszych. Właśnie dobiegła końca XXIV edycja. Zwycięzca będzie miał zaledwie parę dni na pożeganie się z ojczystą planetą. Nie to jednak było największym problemem. Będzie musiał bowiem stawić czoło prawdzie, o której istnieniu nie mógł mieć pojęcia…

Jeden z najlepszych i najciekawszych tekstów spośród wszystkich prezentowanych. Zapraszam do lektury!

 

Copyright © 2015 Marcin Świątkowski | Wszelkie prawa zastrzeżone.
Publikacja opowiadania chroniona jest prawem autorskim. Kopiowanie, rozpowszechnianie, cytowanie, powielanie, publikowanie na innych stronach internetowych i serwisach lub innych nośnikach możliwe jest tylko za wcześniejszą zgodą autora.

 

PRZEJŚCIE

 

Robert Foster usiadł na łóżku. Nie był pewien, czy się obudził, czy to tylko kolejny majak senny. Stopniowo narastający, tępy ból głowy, przekonał go, że nie śni na jawie. Wszczepiona elektroniczna siatka neuronowa nie potrafiła zwalczyć działania alkoholu, a nawet dodatkowo potęgowała cierpienie. Sztucznie wzmacniane kolapsy były obecnie niezastąpione. Umożliwiały sprzężenie z globalną siecią, wzmacniały szybkość myślenia, ułatwiały dostęp do głębszych pokładów pamięci, ale niestety kilkakrotnie powiększały również przykre odczucia przy kacu.

          Że też żadnemu naukowcowi nie przyszło do głowy zneutralizowanie tego zjawiska – pomyślał. Może nie robiono tego celowo? Trzeba przyznać, że ból potrafił na długo zniechęcić do kolejnych imprez. W przypadku Fostera – nieskutecznie. W ciągu ostatnich siedmiu dni, czwarty raz budził się z podobnym bólem. W normalnej sytuacji nikt nie byłby na tyle szalony, aby dopuścić do tak wyczerpującej serii. Robert jednak miał opuścić macierzystą planetę na zawsze, a to z pewnością kwalifikowało się jako wyjątkowo nienaturalna sytuacja.

          Złapał się za głowę. Odruchowo zaczął masować skronie, choć doskonale wiedział, że nic mu to nie pomoże. Starając przypomnieć sobie, jaki jest dzień, przywołał wspomnienia z minionej nocy.

          Gdy ponownie ujrzał umęczoną twarz Billa, wiszącego nad butelką, rzeczywistość definitywnie wróciła. Wczoraj spełnił swoją obietnicę i tak jak przyrzekł w dniu ogłoszenia wyników, powtórzyli z przyjacielem wypad na miasto. Ostatnie pożegnalne spotkanie.

          Spojrzał na zegar, dochodziło wpół do dwunastej. O 14:00 miał się stawić w Instytucie. Trzeba się umyć, ubrać i zamówić transport. Na samą myśl o tych czynnościach robiło mu się niedobrze. Jeszcze siedem dni temu był pewien, że dzisiaj obudzi się w świadomości spełnienia i pełnej gotowości do „przejścia”. Tak jednak nie było. Gdyby miał wybór, odłożyłby „skok” o następny tydzień. Nie miał jednak żadnej gwarancji, że wówczas nie chciałby przełożyć o kolejne dni.

          Pożegnać się w tydzień z bliskimi, z rodzinnym miastem, a nawet z planetą było trudnym zadaniem. Powiedzenie „żegnaj” przyszło nieoczekiwanie łatwo, jednak trudniej było się pogodzić z ostateczną rozłąką. Miotały nim obawy, czy zdoła uporać się z obrazami, które na jego oczach stawały się przeszłością. Żywił nadzieję, że urok nowego świata i życia osłodzi mu nostalgię. Co miało nastąpić, musiało stać się dzisiaj, bez względu na jego obecne nastawienie. Przekonywał się zatem, iż stając po drugiej stronie tunelu, będzie mógł powiedzieć – warto było.

          Zebrał się w sobie i wstał. Pokój lekko zawirował. Byle do łazienki – pomyślał. -Po ostatni prysznic na planecie…

 

***

 

          Wysoka ściana budynków przesuwała się tak szybko, że nie było możliwe dostrzeżenie jakichkolwiek jej szczegółów. Rzucany przez nią cień zniknął niespodziewanie, gdy bolid wyjechał poza centrum metropolii. Robert, odczuwając jeszcze objawy porannej niedyspozycji, delikatnie zadarł głowę. Uwielbiał niebo takie, jak dziś – błękitne, z cienkimi, rozciągniętymi przez wiatr, białymi chmurami. Starał się nasycić tym widokiem, wiedząc, że jest to niemożliwe. Spuścił wzrok i spojrzał przed siebie. Znajdował się w oszklonym bolidzie, pędzącym po krawędzi zwalczających się pól wyznaczonego toru. Pojazd zaczął zwalniać. Odbił od głównej szyny i wskoczył na pętlę podjazdową do Instytutu Transformacji Podprzestrzennej. Foster obserwował cel podróży – sterylnie biały, geometryczny, wysoki na cztery piętra budynek, skrywający kopułę generatora podprzestrzeni – urządzenia zmieniającego świat i otwierającego umysły.

          Im bliżej był Instytutu, tym mniej myślał o niewyobrażalnych odległościach, jakie pozwalał pokonywać generowany tutaj tunel podprzestrzenny. Bardziej skupiał się na jego ograniczeniach. Jako podprzestrzenny astronauta miał otrzymać bilet w jedną stronę. Po dokonaniu „przejścia” nie tylko nie będzie mógł bowiem powrócić na Ziemię, ale również utrzymywać z nią jakiegokolwiek kontaktu. Nie dożyłby odpowiedzi na wysłanie przez siebie zapytanie – ogrom przestrzeni, dzielący odległe światy, robił swoje. Rozwiązaniem miało być powstanie bliźniaczych jednokierunkowych tuneli w aktualnych miejscach docelowych podróży podprzestrzennych. Foster pocieszał się, że właśnie tacy wybrańcy jak on mieli budować na obcych planetach potężne generatory mocy, napędzające później tunele skierowane na Ziemię. Wiedział, że budowa tak wielkich elektrowni w oparciu jedynie o surowce na obcych planetach będzie celem długofalowym, który pochłonie zapewne kilka pokoleń, w tym i jego samego, ale mimo wszystko był gotów dołożyć swoją cegiełkę, szczególnie, że mógł za nią wykupić realizację marzeń o zobaczeniu nowego świata i życiu pod obcym niebem.

          Bolid wysadził go tuż pod samymi drzwiami do Instytutu. Chwilę potem Robert stał przy przezroczystych drzwiach, gładząc zaczesane do tyłu i pokryte żelem włosy, podobnie jak tydzień temu, przed ogłoszeniem wyników konkursu. Wówczas zżerało go napięcie, a niepewność zbudowana pięcioma jego wcześniejszymi nieudanymi podejściami, przysłaniała jasny osąd sytuacji. Tutaj jednak Foster przyszedł po swoje. Chciał odebrać nagrodę wzmożonej, wieloletniej pracy i przede wszystkim poświęceń, na które nie każdy potrafiłby się zdecydować. Był przekonany, że zasłużył na wyróżnienie, chociażby za wytrwałość i niezłomność w dążeniu do celu. Prawdopodobnie dzięki tym cechom potrafił nie tylko nawiązać wyrównaną walkę z wybitniejszymi umysłami, ale i odeprzeć ataki niedowiarków, próbujących wybić mu z głowy kosmos i obedrzeć z dziecięcych, lecz wiecznie żywych marzeń.

          Po 12 latach i 6 kolejnych próbach – nareszcie dopiął swego i zostawił w tyle setki konkurentów walczącym z nim każdego dnia 24-miesięcznego cyklu XXIV edycji konkursu Astronautyki Podprzestrzennej. Świadomość wygranej dodawała mu wiary w samego siebie i uskrzydlała. Czuł, że nie ma przed nim zadań, którym nie potrafiłby podołać. Odległe światy stały przed nim otworem, a on gotowy był je zdobywać i wyszarpywać ukrytą w nich wiedzę nawet gołymi rękami.

          Rozpierała go wewnętrzna siła pozwalająca przekraczać bariery, ale mimo wszystko nadal nie potrafił odczuwać radości. Za plecami zostawiał bowiem świat, który go wychował i ukształtował. Świat, do którego przywyknął i do którego nie będzie mógł już nigdy wrócić. Za progiem jednak czekała na niego przyszłość, do jakiej bez wątpienia dążył. Dziś jeszcze nieznana i pełna domysłów, jutro stanowiąca rzeczywistość. Nadszedł czas, aby zrobić krok do przodu, nie oglądając się za siebie. 

 

 

Fotokomórka wykryła ruch i otworzyła drzwi Instytutu, zapraszając Roberta do środka. Znalazł się w wypełnionym marmurem i przesiąknięty bielą holu. Nawet nie zdążył odnaleźć wzrokiem recepcji, gdy podeszła do niego trzyosobowa delegacja – mężczyzna w białym kombinezonie Instytutu oraz dwie kobiety w wieku około 40 lat. Jedna z nich była Azjatką i to właśnie ona przemówiła.

          -Witam, panie Foster – ukłoniła się, więc odwzajemnił gest. -Gratuluję wyróżnienia, tacy jak pan są naszą przyszłością – dodała, szczerze się uśmiechając.

          -Dziękuję – odparł niepewnie, wyraźnie będąc zakłopotanym.

          -Jestem doktor Motoko Kwan, będę nadzorować pana „przejście”.
          -Miło mi, oddaję się zatem w pani ręce.

          Kwan kiwnęła twierdząco głową, po czym wróciła do przypatrujących się powitaniu osób.

          -Pozwoli pan, że przedstawię – ruchem ręki wskazała rudowłosą kobietę ubraną podobnie jak doktor w granatowy garnitur. -Nasz fizjolog Elizabeth Kozlowsky.

          Roberta zaskoczył nad wyraz mocny uścisk jej dłoni.
          -Oraz nanoneurolog Patrick Swenson.

          -Bardzo mi miło. Rozumiem, że to od państwa zależy powodzenie mojego „skoku”.

          Cała trójka popatrzyła na siebie, nieco zaskoczona konkretnością Roberta.

          -Dokładnie, panie Foster – odparła Motoko. -Wszyscy tutaj jesteśmy po to, aby „transfer” był udany i gwarantuję w imieniu całej załogi, że tak się stanie.

          -Oczywiście, jestem do państwa dyspozycji – stwierdził.

          Naukowcy ruszyli niemal jednocześnie, jakby się wcześniej umówili.
          -Proszę za mną – rzuciła Kwan.

          Robert podążył za nimi. Przeszli trzy długie korytarze, po drodze mijali sporo tajemniczych drzwi oznakowanych tylko kodem kreskowym. Przy wejściu do każdego następnego korytarza doktor wklepywała inną sekwencję kodów na numerycznym zamku.

          Roberta zaskoczyły tak duże środki ostrożności, szczególnie, że nie prowadzono go przecież od razu do generatora. Najbardziej jednak zastanawiała go obecność naukowca w białym uniformie. Nie mógł zrozumieć, dlaczego przy „przejściu” konieczna jest tak ścisła współpraca z nanoneurologiem.

          Pobieżnie wertował karty wspomnień ze szkoleń, ale nie natrafił w nich na jakąkolwiek wzmiankę o nanomaszynach w organizmie podróżującego. Nigdy nie wszczepiano mu nanorobotów. Wnioskował zatem, iż teraz będzie to konieczne, tylko dlaczego nie wspominano o tym na kursach? Robert starał to sobie tłumaczyć kolejnymi względami bezpieczeństwa. Kandydatów jest dużo, nie każdy musi znać wszystkie szczegóły „skoku”. Brak jednego małego elementu układanki mógł uniemożliwić złożenie całości. Być może właśnie skuteczny „skok” był możliwy tylko z odpowiednio zaprogramowaną grupą robotów w krwiobiegu wysyłanego. Jakakolwiek byłaby prawda, na pewno ją pozna. Dopiero przecież wszedł do ośrodka, musi uzbroić się w cierpliwość.

          -Zapraszam – Kwan otworzyła drzwi nieoznakowane żadnym kodem.

          W środku samotnie stała prosta ława o niewielkim rozkładanym blacie. Doktor poprosiła Roberta by usiadł, po czym zniknęła na moment w sąsiednim pomieszczeniu. Chwilę potem wisiała już nad blatem podsuwając Robertowi plik gęsto zadrukowanych kartek.

          -Na wstępie trochę niezbędnej biurokracji – westchnęła, jakby ta procedura ją męczyła. Gdzieś prysł jej entuzjazm, jaki dało się wyczuć jeszcze minutę temu. -Proszę to uważnie przeczytać. Zanim przejdziemy do laboratorium musi się pan podpisać na dwóch egzemplarzach – dodała.

          Robert zanurzył się w tekście kontraktu. Typowy prawniczy bełkot, zabezpieczający Instytut w przypadku nieprzewidzianego wypadku. Robert doskonale to rozumiał, nigdy nie wiadomo, co mogło się zdarzyć. Był jednak spokojny. Z danych, jakimi dysponował, ostatnia nieudana próba „przejścia” miała miejsce kilkanaście lat temu. Prawdopodobieństwo niepowodzenia było mniejsze niż pół procenta. Gdy miał już podpisać, długopis zawisł nieoczekiwanie w powietrzu. Robert doczytał ostatni punkt. Według niego godził się na usunięcie części pamięci związanej z wizytą w Instytucie, w przypadku rezygnacji z przesyłu podprzestrzennego. Uśmiechnął się. Ingerencja w pamięć nie dziwiła go. Nie potrafił jednak zrozumieć, jak mógłby zrezygnować ze „skoku” po tylu latach starań. Któż byłby na tyle szalony, aby teraz się wycofać? Pokręcił z niedowierzaniem głową i złożył podpis.

 

strona 1 z 5

 

Czytaj dalej >>

Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

9 komentarze do “Opowiadanie SF: „Przejście”

Dodaj komentarz >>

  1. RopSon pisze:

    kawał zdrowego sf.
    Pozdrawiam

  2. Rafau pisze:

    świetny rozdział pierwszy trzy-tomowej powieści. czekamy na kontynuacje!

  3. Boruta pisze:

    Dobre ale czuję niedosyt.

  4. c tan pisze:

    bardzo dobre powiesc czekam na dalsze losy roberta moze kiedys i my bedziemy tak podrozowac bez pobierania swiadomosci pozdro od c tan-a

  5. Barbara pisze:

    hmmmm…odniosłam wrażenie jakby ktoś złośliwie wydarł resztę stron….to co jest końcem powinno być zaledwie początkiem…pomyśl ile możliwości zamknąleś….całe wszechświaty…skończ to co zacząłeś!!!!
    Popracuj nad dialogami,nie dam Ci recepty, ale jako czytelnik odbieram je jako zbyt drętwe i sformalizowane.
    Pozdrawiam serdecznie,będę tu zaglądała! :))))

  6. Sławek pisze:

    Interesujące, oryginalne, jednak zostawiło u mnie pewien niedosyt – oczekiwałem nieco więcej od zakończenia – bardziej rozwiniętego i zagadkowego.
    Ale w sumie fajnie się czyta.
    Ja trafiłem na to opowiadanie szukając jakiegoś e-book’a na swym telefonie, podczas 5-godzinnej jazdy pociągiem. Te opowiadania pozwoliły mi jakoś zabić nudę w czasie podróży.

  7. łukasz pisze:

    fajne, ale wiesz że był podobny film, widziałem go w telewizji około 2004 roku, ale jest dużo starszy, niestety nie pamiętam tytułu

  8. D. pisze:

    Bardzo podobało mi się opowiadanie, aczkolwiek szczerze przyznam, że odnośnie owej tajemnicy czekałem na jakieś niesłychane uderzenie, a otrzymałem jedynie (bardzo) dobre rozwiązanie, co oczywiście nie jest wadą – po prostu zwykle mam zbyt wysokie oczekiwania:) Nie mniej bardzo wciągająca lektura.

  9. UniFlo pisze:

    Marcinie naprawdę extra, właśnie to lubie 😉 Polecam, bardzo gorąco.

Skomentuj c tan Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *