Opowiadanie SF: „Upadek Peliona”

„Upadek Peliona” – strona 7 z 7

 

 

-Spójrzcie na to – Mark stał przed pulpitem i wpatrywał się w elektronowe ruchy na wizjerze.

Phil pomógł żonie usiąść, po czym podszedł do doktora.

Na miasto spadał właśnie kolejny deszcz. Tym razem jednak nie była to niszcząca nawałnica bomb, lecz znacznie łagodniejszy spektakl powolnie opadających szarych kul, dźwiganych przez spadochronowe formacje. Spadające obiekty nabierały stopniowo czerwonych barw, jak bandaż na otwartej ranie. Im bliżej powierzchni się znajdowały, tym bardziej ich powłoki lśniły krwawym blaskiem rozjuszonego miasta. Było ich tysiące. Unosiły się tuż nad ziemią aż po horyzont, jak dziwne czerwone płatki śniegu. W końcu lądowały kolejno ginąc gdzieś wśród gęstego, wzniesionego przez bombardowanie pyłu.

Nagle wielki ciemny kształt przysłonił na moment obraz kamerze, po czym zsunął się niżej, jakby obawiał się, przenikliwego wzroku sztucznego oka.

-Widziałeś to? – Phil zareagował najszybciej. – Musiało spaść bardzo blisko. Daj zbliżenie!

Mark najpierw się zastanowił, a dopiero potem zaczął działać sprawiając wrażenie nie do końca pewnego, tego co robi. Obaj czekali na rozbłysk ekranu, do którego zdążyli się już przyzwyczaić.

 

Ich oczom ukazała się płonąca bańka spoczywająca na rozpalonej, upstrzonej gruzami ziemi. Kulisty obiekt nic sobie nie robił z żaru wznieconego przez swoich opływowych pobratymców. Wręcz przeciwnie – tworzył z nim jakąś dziwną, demoniczną symbiozę. Opadający nieco później spadochron niemal natychmiast zginął w purpurowych językach ognia, jak kawałek papieru wrzucony do ogniska. Sama kula jednak, zamiast smażyć się i podgrzewać, otaczała się ogniem, stanowiącym jakby jej integralną część. Phil szybko zorientował się, co mogło powodować taki efekt.

-Spójrz – zwrócił się do doktora – to nie płonie. Coś chroni kulę przed ogniem, chyba jakiś rodzaj pola siłowego.

-Rzeczywiście – wystękał bez entuzjazmu doktor – coś na podobieństwo pola ochronnego.

Nagła zmiana na ekranie przerwała im rozważania. Kula, która przed chwilą skutecznie chroniła się przed oblewającym ją ogniem naraz straciła osłaniającą tarcze, stając się częścią wielkiego pożaru. Ogień przysłaniał nieco obraz, jednak mimo to między wijącymi się liśćmi płomieni dało się dostrzec ruch. Mark dwoił się i troił próbując uzyskać możliwie jak najlepszy obraz, jednak bez powodzenia. Jedno było natomiast pewne. Obiekt, który obserwowali zmieniał kształt. Nie była to już jednolita kula, lecz złożona z wielu geometrycznych części forma. Dopiero gdy ruszyła i chybocząc się na wszystkie strony wyszła zza parawanu żaru, można było podziwiać ją w pełnej swojej krasie. Zgromadzeni przed ekranem nadal nie wiedzieli co obserwują. Przedziwny twór, który stał dumny w kadrze bezdusznej kamery nie przypominał bowiem niczego, z czym mógłby porównać go człowiek.

Na gruzach miasta stąpał zwycięsko przybysz jakby nie tyle z innego układu czy galaktyki, lecz z innego wymiaru. Trudno było uwierzyć, iż tak niegeometryczny i niesymetryczny twór mógł być czymś funkcjonalnym. Jedynym rozpoznawalnym elementem były trzy dolne, potężne kończyny. Półkoliste, ostro zakończone, pokryte czymś podobnym do chitynowego pancerza. Reszta stanowiła przedziwną plątaninę okablowania, metalowego szkieletu i żywych tkanek. Najbardziej widoczne, lśniące purpurą metalowe wsporniki otoczone były organicznymi elementami, których znaczenia nikt nawet nie śmiał zgadywać. Cały ten zdumiewający „tułów” pozbawiony był cech, które umożliwiłyby przypisanie mu kształtu. Po jednej stronie wyraźnie wyższy, przód zdawał się bardziej masywniejszy niż tył. Najdziwniejsze jednak okazały się boki. Lewy był bardziej półkolisty niż prawy i oba w dolnej części łączyły się z odnóżami poprzez masywną warstwę jakiegoś stopu. Wszystko było oplecione setkami krótszych i dłuższych kabli, co sprawiało ogólne wrażenie chaotycznego dzieła zdziczałego twórcy.
 

-Co to ma być? – skomentował doktor.

Phil pokręcił tylko głową. Obaj nie odrywali wzroku od pół żywej, pół mechanicznej istoty. Zwinność i szybkość jej poruszania się była imponująca. Mark robił co mógł, aby nadążyć za błyskawicznymi ruchami intruza. Kamera jednak reagowała zbyt wolno. Przybysz znikał z ekranu i pojawiał się ponownie, gdy doktor przeszukiwał intuicyjnie okolicę. W pewnym momencie złapana w kadrze istota skamieniała tak szybko i niespodziewanie, że Mark nie zdążył zatrzymać obrotu kamery. Gdy obraz wracał, „tułów” przybysza zaczął się obracać w identyczny sposób jak kamera, jakby śledził jej ruch. Gdy Phil miał pochwalić się tym spostrzeżeniem, z wyższego boku napastnika wystrzeliło prosto w kamerę białe światło. Obraz zniknął zmieniając się w burzę wielobarwnych pikseli, nachodzących na siebie bez ładu.
Obaj długo wpatrywali się w konwulsję fotonów na ekranie, zanim zrozumieli, że nie będą już w stanie obserwować powierzchni.

 

***

 

Popioły wzburzone bombardowaniem Peliona, wznosiły się gęstymi, przekrwionymi cierpieniem miasta formacjami ku niewzruszonemu niebu. Sięgając troposfery chciały piąć się wyżej, wedrzeć w ciemność próżni. Zbudzony duch miasta wyciągał spalone ramiona w stronę monstrualnego statku przysłaniającego światło gwiazdy, jakby chciał strącić go z orbity i cisnąć w sam środek piekła, które uczynił. Niestety żarzące się obłoki nie miały takiej mocy, nie mogły wydostać się poza bezduszną atmosferę. Potężny intruz spoglądał zatem z gwiazd na bezradną planetę, będąc bezpiecznym na wysokiej orbicie. Nie musiał już niczego czynić. Śmiertelni posłańcy, jakich wysłał na powierzchnię, kończyli właśnie dzieło zniszczenia.

 

Coś jednak zakłóciło chełpienie się przytłaczającym triumfem. Bezchmurne niebo poza miastem przecięły cztery białe wstęgi. Malowały je małe, smukłe obiekty, rozdzierające powietrze niczym karabinowe pociski. Zbliżały się do miasta z imponującą szybkością. Kamery na kolosie dryfującym w próżni, nie potrafiły namierzyć ani zidentyfikować celów. Gdy rakiety znalazły się nad centrum dawnej metropolii, białe pasma zakrzywiły się gwałtownie ku powierzchni. Teraz dostrzegły je trójnożne istoty delektujące się pożarem wokół. Wymierzyły swoją broń, lecz nie mogły już przerwać reakcji.

Kilkadziesiąt metrów nad ziemią z czterech gwiazd utworzyła się supernowa. Sam jej blask stopił poszycie chitynowych pancerzy najeźdźców. Oddech wybuchu stał się bańką, zwiększającą rozmiary z każdą sekundą. Dotychczasowy pożar na Pelionie ustał tak szybko, jak płomień zdmuchniętej świecy. Metalowe szkielety nie mogły przeciwstawić się takiej mocy. Intruzi przestali istnieć wraz z resztkami miasta oraz przeszklonym budynkiem banku, który tej próby nie był w stanie już przetrwać.

Fala uderzeniowa ścierała wszystko co stanęło jej na drodze, porządkując w ten sposób chaos pola bitwy. Monstrualny grzyb piętrzący się nad miastem rósł błyskawicznie jakby czerpał moc z wywołanej zagłady. Był to jednocześnie ostateczny symbol końca świetności Peliona. Paradoksalnie pamiątkę tą pozostawił sam człowiek, a nie najeźdźcy z innego świata. Taka była odpowiedź Pelian – zemsta, której wróg nie mógł się spodziewać. Nie przewidział bowiem, że człowiek woli spalić swój dom niż oddać go w niepowołane ręce.

Gdy skłębione chmury eksplozji rozpływały się wysoko na niebie, opadły na nie promienie gwiazdy. Miasto, a raczej jego zgliszcza, ponownie oblane zostało naturalnym światłem. Tym razem jednak nikt już nie mógł docenić chwili kończącej zaćmienie. Blask gwiazdy zaiskrzył tylko na stalowych, zniekształconych kikutach, pozostałościach po budowlach, z których tak dumny był człowiek. Zakorzenione głęboko w ziemi wskazywały z gniewem statek zawieszony wysoko na niebie, który powoli opuszczał orbitę planety.

Atak się nie powiódł, ale też nie zakończył klęską. Z zielonego globu został wyparty człowiek. Pierwsza linia obrony została zatem przełamana przez najeźdźców. Ci jednak zmusieli porzucić swoje plany osiedlenia i umacniania się na obcym lądzie. Powierzchnia została bowiem skażona dziesiątkami eksplozji nuklearnych, które podobnie jak ta nad miastem, spopieliły większość stałego lądu. Nie było już zatem czego tutaj zdobywać, ani niczego bronić. Obrońcy postanowili zniszczyć ten świat i zapewnie już nigdy nie podejmą próby jego odbicia. Okręt opuszczał układ Pelionis, aby zbliżyć się do kolejnego celu już w macierzystym układzie planetarnym człowieka.

 

***

 

-Na co oni cholera czekają?! – Mark huknął pięścią w bezużyteczny już panel sterujący.

-Miasto zburzone, wróg bezkarnie panoszy się po gruzach – czemu nie uderzą?! Czekają na listowne zaproszenie?!

Wstrząs, jaki nastąpił, przyszedł nieoczekiwanie i musiał zaskoczył nawet Marka.

-Phil, grodzie! – krzyknął do przyjaciela, który z trudem utrzymywał równowagę.

Ten rzucił się do włazu, domykając i uszczelniając masywne drzwi.

Wstrząsy nabierały na sile z każdą sekundą. Cała trójka zamknięta w ciasnej kajucie runęła na podłogę. Mark z przerażeniem patrzył na kołyszące się ściany. Wszystko wokół falowało, drzwiczki od komór chłodni otwierały się i zamykały, niektóre nie wytrzymywały przeciążeń i odrywały się od zawiasów.

Wokół panował hałas nie do zniesienia. Każda wewnętrzna konstrukcja ośrodka pracowała maksymalnie obciążona, słychać było jęk giętych i przerywanych prętów, huk pękającego betonu i opadającego gruzu.

Mark zamknął oczy, był przekonany, że lada moment sufit zwali mu się na głowę. Wstrząsy jednak stopniowo słabły i po chwili były już prawie niewyczuwalne.

 

Mark pierwszy się pozbierał i oparł o ścianę na przeciw chłodni. Unoszący się pył gryzł oczy i wciskał się w gardło. Doktor zakasłał i spojrzał na roztrzaskane drzwi komór, leżące w nieładzie tuż przed nim. Na szczęście nie dostrzegł wśród nich próbek laboratoryjnych. System bezpieczeństwa ostatniego poziomu spełnił swoje zadanie. Chemiczne świństwa pozostały bezpieczne na swoich miejscach, a jemu i jego przyjaciołom nic się nie stało.
 

-Chciałeś uderzenia Mark? – Phil otrzepał się z białego pyłu – Dostałeś je. Oto nasza odpowiedz!

-Co się tam teraz dzieje? – rzuciła pytanie jakby do siebie Angelika.

-Nasze miasto stało się pustynią gruzu, wszystko przestało istnieć – wyszeptał Phil.

Mark wyciągnął rękę do przyjaciela, aby pomógł mu wstać.

 -Myślisz, że to coś zostało zniszczone?

-Jeżeli nie, to zostaniemy pogrzebani razem z tym miastem.

Mark spuścił głowę.

-Będę waszym wiecznym dłużnikiem. Gdyby nie wy, nie stałbym teraz tutaj i nie wdychał tynku.

-Daj spokój – Phil poklepał doktora po ramieniu. – My tylko ostrzegliśmy, a ty zapewniłeś schronienie. Jesteśmy kwita.

 

Angelika podeszła do męża i rozgarnęła stłamszone włosy.

-I co teraz? – zapytała.

 

Phil poczuł palące spojrzenia. Żona i doktor tylko w nim upatrywali teraz nadzieje, tylko on mógł im pomóc. Miał już kolejny plan, sam nie potrafił stwierdzić, kiedy przyszedł mu do głowy. Nie ujawniał go jednak wcześniej. Przekonywał się, że najpierw powinien lepiej go przemyśleć, ale sam siebie oszukiwał. Doskonale wiedział, że miejsc na jego arce nie wystarczy dla wszystkich. Miał już dość zabawy w Boga, jak tam, na górze, gdy zamknął właz do instytutu i skazał na śmierć pozostałych na zewnątrz. Następna próba decydowania o czyimś życiu może być nawet ponad jego siły. Ale nie miał wyjścia, nie było innego sposobu i innej drogi. Aby zapewnić przetrwanie nawet nie sobie, ale przede wszystkim Angelice, musiał ponownie przejść przez te same drzwi.
 

-Czeka nas bardzo długi spacer – zaczął niepewnie, półszeptem. -Około 20 kilometrów na północ od miasta znajduje się Centrala Ochrony Powietrznej. To stamtąd wystrzelono pociski.

Phil wziął głęboki wdech. Chciał tak wypowiedzieć następne zdania, aby nikt nawet przez moment nie miał wątpliwości, co do powodzenia planu.
 

-Jednostka jest prawie całkowicie zautomatyzowana. Docelowo miał tam stacjonować oddział kilkunastu żołnierzy i paru techników, ale – na nasze szczęście – nie było jeszcze odpowiedniego transportu z planet wewnętrznych. Wszystko jest w pełni sprawne i przygotowane na przyjęcie pełnego personelu i z tego będziemy musieli skorzystać.

-Co jest tam, czego nie ma tu? – zapytał doktor, zdecydowanie za wcześnie starając się wyciągnąć wnioski. Mark nie należał do ludzi cierpliwych i Phil o tym wiedział, dlatego zignorował pytanie i mówił dalej.

-W jednostce jest nadajnik, można wezwać pomoc nawet z Ziemi. Jednak nie nadajnik nas najbardziej interesuje, a szalupy ratunkowe dla personelu. To niewielkie, dwumiejscowe statki, mogące wynieść pasażerów na orbitę i pchnąć w dowolnym kierunku. Ta jednostka zatem to nasz bilet na Ziemię.

Angelika nie wytrzymała i rzuciła się mężowi na szyję. Na jej twarzy zarysował się lekki, przyćmiony maską zmęczenia uśmiech.

-Czyli jest nadzieja… – wyszeptała mu do ucha. – Wiedziałam, że coś ci chodzi po głowie.

Phil chciał odwzajemnić uśmiech, ale zamiast tego skrzywił się.

-HA! – doktor huknął Phila mocno w ramię. -Pomyślcie, że wyjdziemy z tego wszystkiego cało. To po prostu niesamowite, nikt w to nie uwierzy. Już myślałem, że utkniemy tu na zawsze.

Phil spojrzał na doktora wręcz litościwym wzrokiem. Wziął kolejny głęboki wdech, jakby podświadomie chciał opóźnić to, co musiał, ale nie chciał powiedzieć.

-Ktoś jednak musiał tam te pociski wystrzelić – kontynuował. – Na pewno było kilka osób nadzoru. Zakładając, że użyli maksymalnie dwóch kapsuł, to powinno być tam jeszcze z 5-6 szalup. To wystarczy aby zabrać wszystkich na naszym poziomie, ale reszta będzie musiała zostać.

-Jak to? – Angelika odskoczyła momentalnie od męża.

Mark zatopił twarz w dłoniach. – Nie, nie znowu… – wystękał.

-Nie ma niestety innej możliwości – dodał Phil.

-I co teraz?! – krzyknął doktor. – Pójdziesz do tych, których uratowaliśmy i powiesz „sorry amigos”, ale jednak musicie tu sczeznąć?!

-Nie… – Phil odwrócił się i pogładził głowę. – Powiem im, aby szli 20 kilometrów na zachód…

-To jest druga jednostka?

-Nie, nie ma. Podzielimy się na dwie grupy, ci co pójdą z nami załapią się na autostop do domu. Reszta przynajmniej oddali się od miasta…

-Chcesz ich okłamać?! Dać im nadzieję, a w rzeczywistości posłać na śmierć?!

Phil poczuł jak przeszywa go fala gorąca.
 -A co mam, do cholery, zrobić?! – wybuchnął. – Jak masz inny pomysł to może go przedstawisz! Co mam zrobić?! Zaryglować im włazy, aby nie mogli wyjść, a może namieszać w ekosystemie aby się struli własnymi oddechami?! My albo oni, Mark! Przynajmniej dam im nadzieję, może przetrwają. Wyślemy sygnał pomocy, przylecą na ratunek – może nie będzie dla nich za późno.

-Chyba sam w to nie wierzysz? – zdołał wybełkotać doktor, który patrzył na przyjaciela jak na zupełnie obcą mu osobę.

-Przestańcie! – Angelika wkroczyła niespodziewanie między dwóch mężczyzn. -Mark, masz racje, mnie też omal nie zemdliło, jak usłyszałam te słowa. Nie mamy jednak tutaj zwykłej sytuacji, tylko cholernie bardzo niezwykłą! Phil, choć to brutalne, mówi jak należy postąpić i tak trzeba zrobić. Przyjmijmy to wszyscy do wiadomości, nawet jak tego nie popieramy, bo wyjścia nie ma. I nie łamcie mi się teraz, bo tylko patrząc na wasze w miarę opanowanie, mogłam znieść to wszystko co się dzisiaj stało. Postępujmy tak jak trzeba, aby się wydostać z tego piekła.

 

Obaj spojrzeli zaskoczeni na Angelikę jakby zapomnieli, ze ona też jest w tym pokoju.

-Bawimy się w Boga, to nie jest w porządku – bełknął pod nosem doktor.

-Mark, daruj sobie! – ostro zareagowała Angelika – Nic, co dzisiaj się stało nie jest w porządku i wszyscy o tym wiemy.

Mark zamilkł, odwrócił się i zawisł nad konsolą.
 

-Wszyscy jesteśmy zmęczeni – stwierdził Phil. – Przed marszem, powinniśmy odpocząć, a najlepiej się przespać. Czy jest tu intercom? – zwrócił się do doktora.

-Tak, ale nie wiem czy zdołamy się połączyć z innymi poziomami. Trzęsienie mogło wiele uszkodzić.

-Dobra, odpocznijcie – Phil podszedł do doktora. – Ja spróbuje się skontaktować z innymi.

-Nie – doktor nadal opierał się na konsoli. – Z całym szacunkiem, ale nie masz tutaj autorytetu, nie wszyscy wiedzą nawet, że tu jesteś. Ja muszę to zrobić, to mój obowiązek. Zajmę się tym, a wy odpocznijcie.

Phil położył dłoń na ramieniu przyjaciela na znak zrozumienia i współczucia.

-Zarządź zbiórkę na jutro rano, nie trafimy do jednostki po ciemku. Niech każdy weźmie jak najwięcej prowiantu i zdobędzie skafander ochronny.

Mark kiwnął głową i zaczął wywoływać poszczególne poziomy.

Phil z żoną zaczęli przygotowywać jakieś miejsce pod ścianą, gdzie można było się położyć.
Czekała ich długa noc, podczas której zapewne nikomu nie uda się zmrużyć oka. Za dużo adrenaliny i zbyt wiele żywych wspomnień z utraconego miasta.

 

Jutro nastanie nowy dzień, lecz nikt z całej trójki nie chciał spoglądać w przyszłość. Dla nich była bardzo niewyraźna i niepewna. Wszyscy patrzyli jeszcze za siebie, każdy sporządzał prywatny bilans strat i starał się pogodzić ze zmianami. Było to wyjątkowo trudne zadanie i w obecnej chwili raczej niewykonalne. Pomocą zapewne będzie czas, którego obecnie nareszcie mieli w nadmiarze.

 

***

 

Blask gwiazdy tańczył bez wytchnienia na szybie hełmofonu. Angelika mrużyła oczy, ale niewiele to pomagało. Westchnęła tylko z nostalgii za skafandrem kosmicznym – choć cięższy i mniej wygodny, posiadał przyciemniany wizjer, który teraz był na wagę złota.

Oddech miała ciężki, serce kołatało rozpaczliwie gdzieś w żołądku. Wokół panował skwar nie do zniesienia. Foliowy skafander nie mógł przepuszczać powietrza, dostarczał go jedynie przez filtry, które zdawały się zwężać z każdym kolejnym krokiem.
Angelika pozwoliła oddalić się grupie maszerującej przed nią i skryła się pod przechyloną, rozdartą na szczycie kolumną, która nie miała już czego podtrzymywać. Jej cień był ukojeniem, jakiego potrzebowała.

Rozejrzała się. Stała akurat na wzniesieniu, mając swoje miasto u stóp. Niestety nie potrafiła rozpoznać czegokolwiek. Gruz po horyzont, gdzieniegdzie tlący się pożarami, rozkwitającymi niczym kwiaty maku na polu. Tyle zostało z miejsca, któremu wiele zaoferowała i z którym chciała wiązać przyszłość.
Odwróciła się, chcąc ocenić jak bardzo oddaliła się reszta piechurów. Nie dostrzegła jednak nikogo. Opuściła zatem pieszczący swym chłodem cień kolumny i ruszyła przed siebie.

Po kilku minutach szybkiego marszu wzrok nadal przytłaczało rumowisko, pozbawione jakiegokolwiek przejawu życia. Zaczęła biec, lecz nie przyśpieszała. Świat, który zostawiła za sobą wręcz ją doganiał. Nogi jakby utkwiły w niewidocznej, gęstej mazi, spowalniającej ruchy. Poruszała nimi, lecz ciągle tkwiła w tym samym miejscu. Horyzont nienaturalnie się przybliżył. W zasięgu wzroku rozpoznała upragniony kształt – budynek jednostki do jakiej zmierzała wraz z innymi towarzyszami 20-tego poziomu kompleksu naukowego. Wyrósł jak spod ziemi i był nadspodziewanie blisko, zaledwie kilkadziesiąt metrów przed nią. Gdy nareszcie wyzwoliła swoje ciało z niemocy i ruszyła ku jednostce, w powietrze wzbiły się gejzery. Z kłębów pary wyłoniły się strzeliste sylwetki kapsuł ratunkowych. Trysnęły światłem gwiazdy odbijanej od powłok i wdarły się z impetem w kosmos z dala od zgliszczy miasta.

Angelika wyciągnęła błagalnie ręce ku niebu, chciała krzyknąć, ale nie potrafiła zmusić do tego gardła. Upadła na kolana nie mogąc uwierzyć w ironię losu. Zostawili ją, tak jak ona odebrała szansę innym na przetrwanie, wysyłając na drugą stronę miasta do fikcyjnej jednostki.

Pojedyncze chmury rozproszyły się nagle. Potężny błysk gdzieś za plecami Angeliki utworzył długi i wyraźny cień jej sylwetki. Odwróciła się gwałtownie, zasłaniając oczy dłonią. Światło jednak przebijało jej rękę i „wypalało” oczy skryte pod powiekami. Gdy pierwsza faza eksplozji zakończyła się i supernowa straciła blask, Angelika mogła dostrzec szczegóły wybuchu. W jego centrum rozpoznała znajomą z lustra twarz. Dopiero teraz dotarło do niej, że to ona spowodowała eksplozję, to ona była niszczycielską siłą równającą wszystko wokół z ziemią.
Fala uderzeniowa dotarła w końcu do niej. Podmuch cisnął jej wiotkie ciało w tył. Poczuła ból w prawej nodze. Tkwił w niej stalowy pręt, sterczący wśród gruzu. Złapała się za ranę i tym razem krzyknęła przeraźliwie, przełamując wcześniejszą niemoc.

Obudziła się z palcami wbitymi w zranioną nogę. Poczuła pot oblepiający jej ciało, a chwilę potem powracający ból. Uniosła powoli rękę. Wnętrze dłoni pokrywała krew. Bandaż przesiąkł i rana nie była już tamowana.

Rozglądnęła się – była przytwierdzona do fotela kapsuły ratunkowej obok Phila, który uporczywie starał się coś dowiedzieć z konsoli sterującej. Między nimi leżały stłamszone skafandry, chroniące przed radiacją na Pelionie. Jeden z nich odwinął się, ukazując rozdarcie zaznaczone bordową obwódką zaschniętej krwi. Angelika przykryła dyskretnie uszkodzenie, aby nie zauważył go Phil. Jeden moment nieuwagi podczas marszu, nierówny grunt, ześlizgnięcie stopy i straciła równowagę. Wystający z gruzu pręt przebił skafander i wbił się dość głęboko w udo. Teraz przypomniała sobie to zdarzenie. Skafander przestał być szczelny. Dawka promieniowania, jaką bez wątpienia otrzymała podczas wielogodzinnego marszu do jednostki, prawdopodobnie była śmiertelna. Angelika podzieli zatem los miejsca, w którym żyła. Nie chciała jednak, by Phil o tym wiedział. Był taki podekscytowany, kiedy udało się odpalić silniki kapsuł. Rozpierała go duma, osiągnął swój cel i wydostał ją z planety. Nie miała prawa psuć mu tej radości.

Spojrzała przez wizjer – na tle czarnego nieba iskrzyły się łagodnie pozostałe kapsuły. W jednej z nich dostrzegła Marka i doktor Quey. Dobrze, że Philowi udało się jeszcze kogoś uratować. W przyszłości może złagodzi mu to cierpienie, jakiego na pewno doświadczy, gdy Angelika już odejdzie. Być może jednak do tego nigdy nie dojdzie, gdyż wszyscy nie przetrwają długiego lotu w kapsułach. Zegar pokładowy pokazywał bowiem już 20-stą godzinę lotu, a oni dopiero zbliżali się do układu Centauri. Jeżeli w ciągu następnej doby nikt ich tam nie znajdzie, ten lot okazałby się tylko chęcią powrotu do wspomnień.

Jakże okrutny byłby los, pozwalając im zginać w przestrzeni, w oczekiwaniu na ratunek, po przeżyciu tych wszystkich okropieństw na Pelionie. Dlatego Angelika nie wierzyła w takie zakończenie. Była pewna, że nie zdoła pokonać choroby popromiennej i umrze. Być może właśnie to było karą niebios, za egoizm Phila, Marka i jej samej w dążeniu do przetrwania kosztem życia innych. Dla pozostałych ocalałych wciąż jednak tliła się nadzieja. Angelika pragnęła jedynie, aby dożyli końca tej wojny i mieli jeszcze szansę na normalne życie. Może kiedyś powrócą na Pelion, odbudują swoje miasto i ożywią wspomnienia.

 

Marcin Świątkowski 2006

Oceń opowiadanie:

 

Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

7 komentarze do “Opowiadanie SF: „Upadek Peliona”

Dodaj komentarz >>

  1. o_o pisze:

    super-tylko takich wiecej

  2. matei pisze:

    Trochę mało oryginalne, zakończenie nieco rozczarowujące, ale i tak całość zasługuje na wysoką ocenę. Gratulacje.

  3. rob pisze:

    świetne

  4. GumowyKaczor pisze:

    Powala na kolana! Czytałem z zapartym tchem. Zdecydowanie jedno z najlepszych opowiadań na stronie. Pozdrawiam autora i czekam na więcej.

    1. Swiatkowski.net pisze:

      Bardzo dziękuję za pozdrowienia i niezmiernie się cieszę, że moje opowiadania trafiły w Twój gust :). Tego typu opinie tylko mogą bardziej zmotywować mnie do pracy :). Szczególnie raduje mnie ocena 'Upadku Peliona’ – opowiadanie to powstawało bowiem kilka lat, było kilkanaście razy zmieniane zanim zdecydowałem się na publikację. Nad żadnym innym tyle się nie napracowałem, może nie jest super oryginalne, ale nie miało być – to miała być porządnie skonstruowana historia, która wciąga i zaraża klimatem :). Pozdrawiam również.

  5. as pisze:

    piękne. dzięki

  6. mirek pisze:

    Fajne. Podobało mi się. Chociaż może lepiej byłoby odbierane z punktu widzenia jednego bohatera- narratora

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *