Opowiadanie SF: „Powrót”

 

***

 

Pierścień mieszkalny stacji obracał się ślamazarnie, jakby z trudem wygrywał walkę z gęstniejącą wokół niego próżnią. Słońce przez niewielki wziernik wdarło się do jednego z przedziałów mieszkalnych. Jasne promienie przelewały się ze ściany na biurko, gładziły leżące na nim przedmioty, poczym wskoczyły na twarz drzemiącego na łóżku mężczyzny. Mark zmarszczył brwi i machnął ręką instynktownie próbując odpędzić demona, który nie dał mu wypocząć. Gdy otworzył oczy, słońce rozjaśniało już tylko wewnętrzną krawędź wziernika, by po chwili zniknąć aż do następnego obrotu stacji.
Mark z trudem usiadł na łóżku. Przebywał tutaj już trzeci dzień, a nadal czuł się nieswojo. Każdy ruch kosztował go tyle wysiłku, jakby całe ciało miał oblepione odważnikami. Otuchy dodawał fakt, że na „Nadziei” panowało ciążenie słabsze o 20% niż na Ziemi. Gdyby kazano mu lądować na planecie, wówczas cierpienie byłoby znacznie większe.

Ma Pan gościa – oznajmił łagodnym, kobiecym głosem komputer.

Wpuść – wyszeptał Mark.

Drzwi syknęły i w niewielkim pomieszczeniu pojawił się ten młody chłopak, który od przylotu na stację nie chciał dać spokoju kosmonaucie.

Cześć Mark!

-Ach, to znowu ty – odparł lakonicznie.

Nadal bolą mięśnie?

-Jak diabli, chyba bardziej niż wczoraj.

-Dzień kryzysowy – musisz się rozruszać i rozgrzać, wówczas ból będzie mniejszy, przynajmniej do następnego poranka.

Mark popatrzył na chłopca jakby nie potrafił zrozumieć tego, co powiedział.

-Na myśl o ruchu robi mi się niedobrze, mały.

-Mam na to radę – Lothar uśmiechnął się. Czy on właściwie kiedyś się nie uśmiecha? – Pomyślał Mark.

-Załatwiłem nam spacer. Śluza zwolni się za godzinę.

Oczy Marka zaokrągliły się.

-O czym ty mówisz? Jaki spacer?

Spacer na zewnątrz, w przestrzeni – ostra jazda bez trzymanki! Dobrze Ci zrobi trochę ruchu w próżni, no i bez grawitacji.
Mark uniósł powoli rękę układając palce w pistolet i wycelował w chłopaka.

Wiesz Lothar, to bardzo dobry pomysł. Chętnie zapomnę, choć na chwilę o grawitacji.

-Tak też myślałem – jesteśmy zatem umówieni. Wpadnę po ciebie za jakieś 40 minut.

-Poczekaj. Wydaje mi się, że powinienem zostać tutaj do dyspozycji. W każdej chwili mogę wezwać mnie w związku z misją.

-Spoko, o to się nie martw. Może jak wylatywałeś to panowały takie zwyczaje, ale teraz masz tydzień urlopu po przylocie. Zanim nie zbierze się komisja i nie przeanalizuje wszelkich danych ze statku, nikt nie będzie chciał z tobą rozmawiać.

-To coś nowego.

-Mówiłem, że wiele się zmieniło. Czyli pojawiam się tutaj niebawem – przygotuj się.

-W porządku, będę czekał.

Biały płaszcz chłopca błysnął w srebrzystych drzwiach.

Mark przetarł zaspane oczy. Wstał i rozejrzał się po kajucie. Czegoś mu brakowało. Instynktownie podszedł do komputera i przez dobrą minutę szukał klawisza pokazującego trajektorię lotu. Gdy jego ręka zawisła nad pulpitem, aby uderzyć w obiekt, który nie istniał – Mark opamiętał się. Jeszcze przed chwilą, gdy miał zamknięte oczy, słyszał szum przepływu energii w kadłubie, miarowy oddech przekaźników i buczenie stabilizatora napędu Convica. Teraz jednak nie był już na M-14, nie musiał martwić się o trajektorię. Doleciał do celu parę dni temu i mimo, iż dalej znajdował się w próżni kosmosu, to Ziemia była dosłownie na wyciągnięcie ręki. Nie musiał zatem szukać jej blasku wśród milionów innych w tej części galaktyki. Był bezpieczny na stacji orbitalnej, a jej stan i pozycja w najmniejszym stopniu zależała obecnie od niego. Efekty wieloletniej podróży będą odczuwalne jeszcze przez parę tygodni.

 

 

Kwadrans później Mark stał na skraju krótkiego korytarza prowadzącego do jego kajuty. Nie mógł jednak i nie chciał zrobić kolejnego kroku. Ludzki tłum oblany żółcią zewnętrznych świateł, przemieszczał się wśród szmeru niezrozumiałych rozmów. Był to bardzo przekonujący dowód, iż Mark nie znajdował się teraz na statku, lecz na bliskiej Ziemi stacji orbitalnej. Tłum męczyłby każdego, kto przebywał w towarzystwie zaledwie paru osób przez kilkanaście lat. Dlatego też astronauta przez chwilę zastanawiał się, czy nie wrócić do spokoju pomieszczenia za jego plecami. Chęć zobaczenia kosmosu w pełnej jego krasie oraz uwolnienia się od uciążliwej grawitacji były jednak silniejsze niż lęk samotnika przed kontaktami z ludźmi. Zrobił krok i wtopił się w tłum. Chciał sprawić niespodziankę Lotharowi i zjawić się u niego jeszcze przed umówionym czasem. Zamierzał udowodnić jemu i sobie, że potrafi już poruszać się samodzielnie po „Nadziei”.

***

Dobrze, że spotkał chłopca w połowie drogi. Był już cały zroszony potem i miał dość samodzielnego marszu. Razem przeszli do przedziału przyjmującego.

Zapraszam – Lothar wskazał ruchem ręki szary skafander, który zawieszony na przedziwnym wieszaku przypominał stracha na wróble.

To jest skafander?

-Oczywiście.

-Jest bardzo poręczny. Pomyśleć, że wcześniej musiałem męczyć się w istnym czołgu.

-Zrobiony z nowego materiału. Ten jest cieńszy, lżejszy no i rzecz jasna bardziej wytrzymały.

-Prawdziwe cudo, powiadasz… – Mark przejechał dłonią po gładkiej niczym folia powierzchni skafandra. – Wypróbujmy go zatem.

-Nie staraj się go zakładać, jak zwykłe ubranie. Wsuń nogi, a potem jednocześnie ręce do rękawów – skafander sam się założy, dopasuje, uszczelni i…

Lothar nie zdążył dokończyć zdania, gdy Mark został wchłonięty przez kombinezon. Nie tracił więc czasu i wszedł do swojego.

Rzeczywiście, technika poszła niesłychanie do przodu w nawet tak błahych dziedzinach. Kto by pomyślał – wibrujący skafander.

Hełmofon Marka zadrżał od chichotu chłopca.

Lothar, jak reguluje się głośność?! Twój śmiech omal nie rozbił szyby ochronnej mojego kasku!

-Przepraszam – głos chłopca wyraźnie się ściszył. – Kombinezon sam dostosuje głośność. W tej chwili powinieneś słyszeć mnie normalnie.

-W rzeczy samej – odparł Mark.

Obaj ustawili się przodem do wewnętrznej śluzy. Lothar wklepał potrzebną procedurę do panelu umieszczonego na rękawie kombinezonu i śluza bezgłośnie uchyliła się. Przeszli kolejno przez wąską gardziel do ciemniejszego pomieszczenia. Teraz przed chłodem kosmosu chroniła ich tylko 50 centymetrowa warstwa metalu zewnętrznego poszycia stacji.

Gdy założyli zbiorniki z tlenem, wraz z korektorami lotu, chłopiec dał znać maszynie o gotowości do wyjścia. Wszystko wokół oblała czerwień lamp ostrzegawczych, głośniki w hełmofonach zabrzmiały elektronicznym głosem komputera, informującego o rozpoczęciu procedury otwierania śluzy. Gdy ustał szum wysysania powietrza, obaj stali już w objęciach próżni, ale jeszcze nie byli w kosmosie. Dopiero teraz rozsunął się zewnętrzny właz, ukazując atramentowe pole zasiane gwiazdami.

Mark podszedł do krawędzi – od skoku w czerń dzielił go zaledwie jeden krok. Wstrzymał się jednak, gdy spod stacji wyłonił się łuk Ziemi. Rażąc bielą odbijanych promieni słonecznych, wyglądał jak monumentalne pasmo odległych gór zmrożonych śniegiem. Złudzenie to szybko prysło, gdy planeta objęła cały horyzont, poczym schowała się gdzieś nad głową astronauty. Niemal w tej samej chwili ostre światło gwiazdy starało wedrzeć się do wnętrza skafandra. Automatyczne przysłony zareagowały prawidłowo i przyciemniły szybę ochronną kasku.
Ciągły ruch stacji wokół własnej osi był przyczyną złudzenia wirowania wszechświata dla stojących na jej krawędzi ludzi. Mark doświadczał już podobnego zjawiska, ale nigdy na tak wielką skalę.

Mam nadzieję, że nie muszę pouczać cię jak sterować skafandrem? – Lothar przerwał podziwianie widoków kosmonaucie. Ten uśmiechnął się – gdyby wcześniej pomyślał, że po trzech latach walki z oddechem kosmosu, będzie pouczany z podstaw astronautyki przez kilkunastoletniego chłopca, to chyba straciłby ochotę do powrotnego lotu.

Żartujesz sobie?

-Pewnie tak. W porównaniu do starszych modeli doszło kilka funkcji, ale podstawowe nie uległy zmianie.

-Po co zmieniać coś, co optymalnie spełnia swoją rolę… Sprawdziłeś zbiornik tlenu?

-Dobrze, że przypominasz – chłopiec zerknął na rękaw. – Mam 100%, wszystko w normie, jestem podczepiony do bezpiecznika.

-Które to twoje wyjście?

-Piąte.

Jak dobrze pamiętam, do ukończenia akademii nie możesz wychodzić sam w przestrzeń.

-Zgadza się – zawsze pod nadzorem opiekuna.

-Rozumiem, że w tej chwili to ja zostałem zaszczycony tą funkcją.

Chłopiec nie mógł już dłużej ukrywać swojego planu.

Strasznie ciężko jest znaleźć wolnego opiekuna. Ty masz wystarczające kwalifikacje i dzięki tobie będę miał najwięcej spacerów w całej grupie.

-Sprytnie to sobie wykombinowałeś…

-Trzeba korzystać z przypadkowych potrąceń astronautów.

Tym razem to hełmofon Lothara wypełnił się śmiechem.

Teraz zastanawiam się, czy to potrącenie było na pewno przypadkowe.

-O to się nie martw. Przysięgam, że zrobiłem to niechcący.

-Zostawmy temat. Mam ochotę zwiedzić nasze podwórko.

Mark lekko odbił się od progu, a raczej stanął na palcach. Ten delikatny ruch wystarczył aby kosmos go przyjął. Zaczął powoli wznosić się ku górnym poziomom stacji. Nagle przemknęła koło niego szara sylwetka. Lothar wystrzelił z komory przyjmującej, niczym pocisk. Aby nabrać takiego przyśpieszenia, musiał wziąć spory rozbieg. Mark zerknął na rozwijający się szybko przewód bezpiecznika i pokręcił z niedowierzaniem głową. Tylko młody i niedoświadczony umysł, mógł mieć frajdę z tak krótkiego lotu. Mark może kiedyś również zdecydowałby się na taką brawurę, ale po latach lotów w próżni zbyt dobrze wiedział, czym to się skończy.

Lothar jęknął przeraźliwie. Po kilkunastu metrach lotu, boleśnie przypomniała o sobie pępowina, łącząca go ze stacją.

Akcja, reakcja podstawowe prawo kosmosu, Lothar. Użyj silników manewrowych, bo hukniesz w stację z takim samym impetem, z jakim wyskoczyłeś.

-Robi się. Szkoda, że ten przewód jest taki krótki. Wiele dałbym za kilka minut lotu bez skrępowań.

-Nie ty jeden – odparł Mark.

Dysze silniczków manewrowych buchnęły energią i Mark przestał się wznosić. Znalazł się w miejscu, gdzie stacja nie zasłaniała już widoku nieba. Ziemia nie wirowała tak szaleńczo, jak wydawało się jeszcze przed chwilą. Teraz trwała w złudnym bezruchu, dumnie opierając się siłom wszechświata. Jakże krucha była ta monumentalna dla człowieka stacja w porównaniu z ogromem planety i sił jakim się przeciwstawiała. Ludzie są dumni, że zdołali ukradkiem wykorzystać pole jakie wytwarza i zawiesić swoją wizytówkę na orbicie. Jednak jest to zwykła zabawa na oceanicznych falach, których na razie nie potrafimy ujarzmić. Gdyby matka Ziemia mogła przemówić, zapewne zaśmiałaby się soczyście z „wielkich” dokonań ludzkości. Nie mogłaby nawet dostrzec naszej maluteńkiej konstrukcji, nie mówiąc już o dwóch kosmonautach, tańczących przy niej niczym dwa atomy na czubku nici.

 

Czy na tamtym księżycu było podobnie? – Lothar unosił się tuż obok Marka i również nie mógł oderwać wzroku od pejzażu.


Nie, Lothar. Chmury gazowego olbrzyma zajmowały trzy czwarte nieba, często układały się w cudowne wzory, mieniące się jaskrawymi barwami niczym skrzydła ziemskiego motyla. Codziennie, gdy patrzyłeś przez okno bazy, nie ważne czy w dzień, czy w nocy, niebo zasnute było tymi formacjami. Tam o każdej porze miałeś wrażenie, że jesteś tylko niewielką cząsteczką, częścią całości, której nigdy nie będziesz wstanie ogarnąć. Ciągła lekcja pokory…

 

-Przyjemnie jest popatrzeć na Ziemię. Od razu widać, że skrywa pod chmurami życie. Jak dla mnie jest jednak zbyt spokojna i jednostajna. Mimo to, marzyłem o tym widoku od tylu lat. To jest nasz dom Lothar, nasza planeta i nasze miejsce. Docenisz to może kiedyś, gdy wrócisz z gwiazd.

 

Chciałbym poczuć taką nostalgię, ale na dzień dzisiejszy marzę o jak najszybszym wyrwaniu się stąd. Częściej patrzę w teleskop niż przez wizjer w kajucie. Mam dość tego miejsca i chyba tylko zobaczenie innych światów może sprawić, że zatęsknię za Ziemią.
-Zobaczysz inne światy… Jeszcze masz czas.
-Kiedy ja już nie mogę znieść czekania.

-Pewnych rzeczy nie przeskoczysz. Ja na swoją pierwszą misję czekałem 6 lat od ukończenia akademii. Fakt – Mark uśmiechnął się – chyba mnie wówczas roznosiło, jak ciebie teraz. Najważniejsze, że się doczekałem i naprawdę warto było znosić te lata teoretyzowania.

-Jak skończę akademię, zrobię wszystko, aby załapać się na jakąkolwiek misję, byle tylko poza układ.

Nasze marzenia są obecnie zgodne, jak przeciwne bieguny. Ty chcesz wyfrunąć z gniazda, a ja nie mogę doczekać się zejścia tam – Mark wskazał na błyszczący w czerni owal planety. – Księżyc, na którym byłem, miał wspaniałe niebo, które hipnotyzowało. Potrafiłem pół dnia wpatrywać się w ulotne wzory gazu targanego huraganami na olbrzymie. Jednak gdy zniżałem wzrok, widziałem jedynie martwe skały, mieniące się barwami chmur pobliskiej planety. Same jałowe skały, aż po horyzont. Nie wyobrażasz sobie jak bardzo tęsknię za zielenią, dotykiem natury. Chcę położyć się na wielkiej łące i tarzać bez skafandra w trawie. Chcę dotknąć kory drzewa, possać źdźbło, wykąpać się w ciepłym morzu i wysuszyć ciało na słońcu, leżąc na gorącej plaży. Zanim wyląduję na Ziemi, minie jeszcze parę tygodni i tego również nie mogę przeskoczyć, tak jak ty nauki w akademii.

 

strona 2 z 3
Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

3 komentarze do “Opowiadanie SF: „Powrót”

Dodaj komentarz >>

  1. yooe pisze:

    Rewelacja! 🙂

  2. marek pisze:

    dobre, choć szkoda, że krotkie – jak dla mnie

  3. Tomek pisze:

    Świetnie skomponowane zdania. Super!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *