Opowiadanie SF: „Powrót”

 

-Byłeś kiedyś na Ziemi – stwierdził młodzieniec.

 

-Kiedyś, bardzo dawno temu, jeszcze przed studiami. Później zabrakło okazji. Byłem takim marzycielem jak ty. Ziemia mnie nie interesowała. Teraz tego żałuję – mogłem przynajmniej zejść tuż przed misją – miałem nawet zgodę, ale wolałem bliżej zapoznać się z instalacją elektroniczną na moim statku. A ty? Tylko nie mów, że nie byłeś.

 

-Kilka razy rodzice zabrali mnie na weekendowe wycieczki. Wspomnienie pozostanie. Teraz jednak wystarczy, że widzę ją przez okno kajuty. Więcej mi jej nie potrzeba.

 

Mark chciał poklepać chłopca po kasku, lecz jego ręka trafiła w próżnię. Oblany Słońcem skafander młodzieńca zniknął.

 

-Lothar? – pytanie wpadło w otchłań, jak przed chwilą ręka astronauty. Mark nerwowo obrócił się wokół siebie, lecz nadal nie dostrzegał towarzysza kosmicznego spaceru.

 

Wtem hełmofon rozsadził rozpaczliwy okrzyk pomocy, wydany przez młode gardło.
Mark spojrzał w dół – Lothar wyciągał bezradnie ręce w stronę przyjaciela i oddalał się od niego szybciej, niż pozwoliłyby mu na to silniki manewrowe. Astronauta nie mógł pojąć, co się stało. Zbyt długo czekał z reakcją. Lothar ciągnięty był przez bezpiecznik, który pchał go w czerń śmiertelnej otchłani. Mark niezbyt dobrze widział winowajcę, ale była to najwyraźniej część jakiejś sondy nadawczej, o czym świadczył rozpoznawalny z daleka owal anteny. Astronauta nie miał czasu zastanawiać się nad przyczyną tak bliskiej trajektorii sondy. Widział jedynie jak stopniowo napręża się pępowina łącząca chłopca ze stacją.

-Lothar, odepnij pępowinę, natychmiast!

Chłopiec miotał się bez ładu, starał się coś zrobić, ale ręce odmawiały posłuszeństwa.

-Nie mogę dosięgnąć! Nie… Nie mogę… – histeryczny głos wypełnił hełmofon Marka, który niemal natychmiast ruszył w kierunku napinającej się białej nici. Gdy naciągnie się do ostateczności rozerwie cienki skafander chłopca, a na to nie mógł pozwolić.

Z przybornika umieszczonego na korpusie wyjął błyskawicznie przecinak. Do przewodu zostało mu zaledwie kilka metrów. Nie miał czasu na korygowanie prędkości. Zmierzał do celu zbyt szybko, aby móc spokojnie przeciąć nić. Miał zatem jedną szansę, aby uratować chłopaka. Wycelował ostrzami tak, aby przewód znalazł się dokładnie między nimi i naparł całym ciałem.

Trafił idealnie – gdy poczuł opór, ścisnął rękojeść najmocniej jak potrafił. Przewód został przecięty. Jeden koniec „pępowiny” pomknął za sondą, drugi wygiął się w stronę stacji i z impetem uderzył Marka gdzieś w zbiornik na plecach. Uderzenie przekrzywiło dysze silników manewrowych i Mark wpadł w „korkociąg”. Astronauta nie wiedział co się stało. Pewien był tylko jednego – przewód został przecięty i Lotharowi nic już nie powinno grozić.

Świat wokół niego wirował tak szybko, że niedawne doznania na progu stacji wydawały się być śmieszną igraszką. Nie potrafił zapanować nad rotacją. Silniki nie reagowały na polecenia manewru. Jedynie udało się je wyłączyć, co niewiele dawało, gdyż nabrał już sporej prędkości. Z pomocą przyszła stacja. Mark uderzył w nią z całym impetem. Odbił się niczym ping-pongowa piłeczka od stołu i poszybował dalej. Na szczęście przyjął kontakt na plecy. Zderzenie czołowe mogło rozhermetyzować mu hełmofon. Uderzenie było silne, ale dzięki niemu Mark przestał się obracać wokół własnej osi. Teraz mógł spokojnie ocenić szkody.

Pierwsze co zauważył to unoszący się w próżni, tuż obok niego, roztrzaskany pojemnik, do którego podpięta była „pępowina”. Mark w pierwszej chwili pomyślał, że to złudzenie, omamy wywołane zderzeniem ze stacją i nie zareagował tak jak powinien. Gdy „pępowina” napięła się, pojemnik został nagle w tyle. Mark rozpaczliwie próbował go złapać, ale ten ułamek chwili, gdy zwlekał z decyzją, uniemożliwił dosięgnięcie przewodu.

Pierwszą reakcją był gniew. Najpierw na wszystkich czuwających nad bezpieczeństwem stacji. Dlaczego nikt nie ostrzegł go o tej sondzie?! Co ona właściwie tu robiła i kto odpowiada za jej kontrolę. Potem na naukowców projektujących skafander. Bardziej wytrzymały – myślał – dobre sobie, sam się nakłada, a w próżni rozpada.

Następnie powróciła, niczym grom z nieba, troska i poczucie odpowiedzialności za innego człowieka. Rozglądnął się w poszukiwaniu Lothara. Młodzieniec unosił się w przestrzeni, gdzieś z 200 metrów nad nim. Ciągnął za sobą uciętą pępowinę, która najwyraźniej ześlizgnęła się z sondy, uwalniając chłopca. Lothar, dzięki silnikom manewrowych, z każdą sekundą był bliżej stacji. Mark odetchnął z ulgą.

 

-Lothar? Jesteś cały? – przeszło mu przez zaschnięte gardło. Odpowiedział tylko elektroniczny szum. Próbował jeszcze kilkakrotnie nawiązać łączność, nie tylko z chłopcem, ale ze stacją, a nawet z Ziemią. Niestety bez odpowiedzi.

Spojrzał na wskaźnik tlenu – zostało mu zaledwie 33%. Musiał pojawić się przeciek, bo teraz powinien mieć więcej niż połowę zbiornika. Dopiero gdy spojrzał na oddalającą się szybko stację, zrozumiał w jak fatalnym znalazł się położeniu. Brak łączności, brak paliwa. W dodatku ulatniający się tlen dodawał mu coraz większej prędkości i popychał ku Ziemi. Nic nie mógł zrobić. Stał się zwykłym ciałem stałym przyciąganym przez planetę, które nie może wpływać na tor swojego lotu.

Niespodziewanie rozbawiła go ta sytuacja. Jeszcze przed minutą unosił się nad stacją i planetą, jakby był Panem otaczającego świata. Jedno mrugnięcie, krótsze od rozbłysku słonecznego i został sprowadzony z obłoków, stając się całkowicie zależnym od praw kosmosu. Ten niestety nigdy nie okazywał litości.

Stacja nadal malała w oczach. Nie mógł już dostrzec Lothara. Miał nadzieję, że bezpiecznie wrócił. Teraz pewnie postawi „Nadzieję” na głowie – pomyślał – aby tylko mnie uratowali.
Gdy wylatywał w misje takie szybkie akcje nie były możliwe. Samo przygotowanie statku ratowniczego, diagnostyka, testy i inne czynności – to wszystko trwało ładnych parę godzin. Mark za parę godzin będzie już wspomnieniem o spadającej gwieździe dostrzeżonej po nocnej stronie Ziemi. Być może podczas jego kilkunastoletniej nieobecności usprawniono ten proces, ale jeśli chcieliby go uratować, musieliby startować już teraz. Spojrzał na panel umieszczony na rękawie – wskaźnik tlenu 22%. Powietrza starczy na około 10 minut. Potem jeszcze trochę wdychania oparów i przyjdzie koniec. Nie, nie ma już nadziei.

 

Mark odchylił głowę i ujrzał nad sobą lśniące półkole Ziemi. Planeta była bliżej niż się tego spodziewał. Musiał lecieć znacznie szybciej niż mu się wydawało. Zastanawiał się czy zdąży dolecieć do atmosfery przez te dziesięć minut. Mark nie cierpiał bólu, nie miał skłonności do jego przetrzymania. Błogosławił medycynę za środki przeciwbólowe. Wizja śmierci w płomieniach była najstraszniejszą, jaką mógł sobie wyobrazić. Wiedział już, że nawet jeśli starczy mu tlenu, nie wleci żywym w atmosferę. Zostało mu zatem dziesięć minut na pogodzenia się z losem.
Niektórym przychodzi to niezwykle ciężko, innym zaskakująco łatwo. Mark zawsze był człowiekiem środka – nie lubił skrajnych poglądów, we wszystkim doszukiwał się ukrytych aspektów. Prawda zawsze jest po środku – mawiał – i w tym przypadku było podobnie. Wiedział, że koniec jest bardzo blisko, jednak nie załamywał się. Starał się pozostawać czujnym na wypadek, gdyby niespodziewanie pojawiła się szansa przetrwania. Z upływem czasu było to jednak coraz trudniejsze zadanie.

 

***

 

-Uwaga! Wymień zbiornik z tlenem! Pozostało 2% całkowitej pojemności.

 

Minęło parę minut czy cała wieczność? Mark nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Czas dla niego stanął w miejscu. Głos w hełmofonie wyrwał go z zadumy. Myślał nad szansami uratowania go przez ekipę ratowniczą i nad tym co mógł jeszcze zrobić, aby cokolwiek zmienić. Miał jeszcze trochę tlenu. Jego uwolnienie w jednej chwili zmieniłoby trajektorię lotu. To miałoby sens, gdyby widział w zasięgu wzroku statek ratowniczy. Tak jednak nie było.
Patrzył przed siebie we wszechświat czarniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Nie dostrzegał gwiazd lecz mrok, który je otaczał. Chłodną, ciemną przestrzeń, która rozpychała się między światami. Czół, że otacza go zmrożony oddech natury, wciskając w jeszcze ciemniejszą otchłań. Zapadał się w mroku, stając się częścią globalnego porządku.
Z czerni kosmosu wyłonił się kształt. Nabrał barw szarości, później brązu. Mark rozpoznał regał, który kiedyś stał w pokoju jego rodziców. Astronauta rozejrzał się i w jednej chwili otaczającą próżnię zastąpił umeblowany pokój. Mark miał 5 lat i skrywał się za masywnym fotelem.
Usłyszał kroki i pytający głos mamy – Mark? Gdzie jesteś?
Chłopiec nie mógł już dłużej zakrywać ust, aby nie wybuchnąć śmiechem. Rozpierała go duma, iż udało się oszukać mamę. Wyskoczył zza fotela śmiejąc się przy tym aż do łez.
Tu jesteś! – krzyknęła i objęła czule chłopca.
Jasnowłosa kobieta stała się chłopcem – kolegą Marka z podstawówki, który właśnie gratulował mu strzelenia gola – jak on miał na imię?
Na boisku wyrósł terminal, miejsce ostatniej odprawy przed wylotem do akademii. Ten z kolei zanurzył się w kuflu piwa wzniesionym przez przyjaciela. Razem świętowali ukończenie studiów. Pub oblało jasne światło i Mark ujrzał Ziemię przez wąską gardziel wizjera Convica. W końcu dostrzegł siebie samego dryfującego bezwolnie tuż nad planetą.

 

Uwaga! Zapas tlenu skończył się. Wymień zbiornik!

 

Komunikat przepędził przebłyski wspomnień, które uleciały w przestrzeń wraz z powietrzem. Mark spojrzał na Ziemię. Zajmowała większość nieba, zupełnie jak gazowy olbrzym na odległym księżycu. Widział gęste chmury spowijające Europę. Chmury, które z każdym – coraz cięższym oddechem astronauty, nabierały purpurowych kolorów. Kolejny oddech i Mark spoglądał już na formacje gazowe olbrzymiej planety, mieniące się barwami tęczy. Nie był już na orbicie Ziemi, lecz gazowego giganta, którego tak wnikliwie badał przez poprzednich 10 lat. Poczuł, że jest lekki, że nie ma już na sobie skafandra, krępującego ruchy i oddzielającego go od próżni. Stał się częścią wszechświata, obłokiem gazu zmierzającym ku planecie, by przyłączyć się do braci tańczących w atmosferze. I zrozumiał nagle, że wraca do domu, do świata, który zgłębiał i którego pokochał. Nie była nim Ziemia, jak mu się jeszcze niedawno zdawało, lecz planeta, od której uciekł kierując się fałszywą nostalgią.
Wszelkie wątpliwości odpłynęły, świat zostawiony za nim zobojętniał. Liczyło się tylko to, co miał przed sobą i dokąd zmierzał. Miał wrażenie, że jego powłoka rozciągnęła się ekstremalnie w pogoni za przyszłością. Wystarczyła zaledwie chwila, aby połączył się z olbrzymem i dopełnił się jego prawdziwy, ostateczny powrót.
Coś go jednak zatrzymało. Chmury gazowe bladły i rozpuszczały się w błękicie. Znów spoglądał na Ziemię, rażącą swoją monotonnością. Mark został wyrwany z przestrzeni i wciśnięty na nowo w ograniczoną cielesną powłokę, w skafander krępujący ruchy i w skrawek okołoziemskiej przestrzeni.
Poczuł uścisk na biodrach – jakieś martwe urządzenie wyrwało go ze szponów atmosfery i unosiło ku ciemności kosmosu.

 

***

 

Światło gwiazdy padło na twarz mężczyzny. Mark machnął ręką aby odpędzić demona. Gdy opadła poczuł muśnięcie jedwabiu. Otworzył powoli oczy. Leżał w swojej kajucie, na stacji „Nadzieja”, z dala od atmosfery Ziemi, czy gazowego olbrzyma. Wszystko, czego dosłownie przed chwilą doświadczył zdawało się być snem, nierealnym wspomnieniem, a może nawet marzeniem. Realna natomiast była uśmiechnięta twarz Lothara, nachylającego się nad łóżkiem.

 

Obudziłeś się – stwierdził chłopak. – Jak samopoczucie?

Mark jęknął gdy wrócił ból pleców, spowodowany uderzeniem w stację.

 

Leż i odpoczywaj, niczym się nie przejmuj – dodał troskliwie młodzieniec. – Miałeś nie lada szczęście. Ratownicy wyciągnęli cię dosłownie w ostatniej chwili. Jestem twoim dłużnikiem, jak będziesz czegoś potrzebował, wal jak w dym.


Mark zebrał się w sobie i wykrztusił – Chcę wrócić.

Już wróciłeś. Jesteś na stacji „Nadzieja”, zaledwie 350 tys. kilometrów od Ziemi.

Chcę wrócić na księżyc, tam jest mój dom…

 

Pomieszczenie pociemniało, powieki stały się ciężkie. Mark zanurzył się w oceanie snów.

Lothar nie potraktował poważnie słów kosmonauty. Wziął je za wypowiedź pod wpływem niedotlenienia i szoku, jakich Mark doświadczył podczas spaceru. Sam przecież mówił, że tu jest jego miejsce i tutaj powinien być kres wszystkich podróży. Czemu zatem miałby wracać na odległy księżyc?

***

Pół roku później, stojąc za szczelnymi szybami wizjera, chłopiec przyglądał się jak Mark wsiada do promu międzygwiezdnego. Przypomniał sobie wówczas tamte słowa, jakie wypowiedział kosmonauta leżąc półprzytomny w kajucie. Nadal nie potrafił zrozumieć jego decyzji, ale też Mark za bardzo nie chciał jej tłumaczyć. Postanowił ponownie polecieć na księżyc, z którego tak niedawno wrócił. Tyle tylko, że jak sam stwierdził, dopiero teraz jest to dla niego prawdziwy powrót.

Geometryczna sylwetkę statku zniknęła za zewnętrznym włazem stacji. Główne silniki promu buchnęły energią.
Mark przygotowywany był właśnie do snu w inkubatorze kriogenicznym. Przeprosił jednak lekarzy i podszedł do wizjera. Chciał po raz ostatni spojrzeć na planetę, która go wychowała. Teraz jednak miał już inny dom i gdzie indziej było jego miejsce…

 

Marcin Świątkowski 2004

Oceń opowiadanie:

 

Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

3 komentarze do “Opowiadanie SF: „Powrót”

Dodaj komentarz >>

  1. yooe pisze:

    Rewelacja! 🙂

  2. marek pisze:

    dobre, choć szkoda, że krotkie – jak dla mnie

  3. Tomek pisze:

    Świetnie skomponowane zdania. Super!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *