strona 3 z 5
-Jak możecie wyodrębnić świadomość? – spytał. –To przekracza nie tylko możliwości sieci neuronowej, ale w ogóle nauki. Jak można przekonwertować na dane coś ściśle niedefiniowalnego?
Neurolog nie miał wyjścia i spojrzał na Fostera. Przez krótką chwilę wydawał się zagubiony, jakby pytania zbiły go z tropu. Szybko jednak otrząsnął się i zaczął mówić.
-Ma pan racje, co do sieci neuronowej – jego głos okazał się zaskakująco wysoki, jak na mężczyznę silnej postury. -Jest za bardzo ograniczona – kontynuował. –Potrzebuje wspomagania.
-Nanoroboty – stwierdził Foster.
Swenson potwierdził ruchem głowy.
-Odpowiednio zaprogramowane pokrywają w całości korę mózgową. Każdy z robotów stanowi odbiornik impulsów i przesyła dane do komputera. Sieć naprowadza je na procesy myślowe, właściwe dla reakcji zgodnych z charakterem, gustem, wszystkich elementów, których mieszanka tworzy osobowość. Wystarczy wyodrębnić pięć czynników – neurotyczność, ekstrawersję, otwartość, ugodowość i sumienność – aby otrzymać dane znamienne dla danej jednostki i jednocześnie wyróżniające ją spośród innych.
-Myślałem, że te informacje da się wyizolować genetycznie.
-Owszem, ale są to dane, jak my to określamy, „pierwotne”, pozbawione doświadczeń, które w istotny sposób mogą zmienić osobowość.
-Rozumiem – Robert oderwał wzrok od doktora i przez moment wpatrywał się we wzór parkietu. -Dane genetyczne odtworzone zostaną w nowym ciele – mówił, jakby do siebie. -Wszczepicie tylko wspomnienia… To milowy krok do nieśmiertelności…
-Nie do końca, panie Foster. Raczej do skutecznej reinkarnacji – Swenson wyraźnie nabrał pewności siebie. Cienki głos brzmiał teraz stanowczo i przekonująco.
-Nie potrafimy archiwizować wspomnień. Możemy dotrzeć do konkretnego doświadczenia, wskazać je, a nawet usunąć. Kopiowanie przekracza jednak możliwości nauki.
Foster zmarszczył czoło. Był przekonany, że nic już dzisiaj nie jest w stanie go zaskoczyć. Tymczasem neurolog zmierzał najwyraźniej do ujawnienia kolejnej, mało przyjemnej dla Roberta prawdy.
-To w takim wypadku, dlaczego chcecie umieścić nanomaszyny w mojej głowie? – spytał drżącym niemal głosem, obawiając się odpowiedzi.
-Roboty nie umożliwią kopiowania wspomnień, ale mogą archiwizować reakcje mózgu na konkretne czynniki, o których mówiłem. Najlepiej przedstawię na przykładzie. Załóżmy, że nie cierpi pan kawy. Po przeszczepie będzie pan czuł do niej wstręt, mimo że w nowym ciele nigdy jej pan nie próbował, a pana umysł nie będzie pamiętał jej smaku. Nanoroboty przekażą zatem maksymalną liczbę podobnych reakcji na wszystkie możliwe czynniki. I te informacje możemy kopiować, a następnie wczepić klonowi.
Nie jest to zatem przeszczep świadomości, lecz podświadomości – pomyślał Robert. Zmroziło go uzmysłowienie znaczenia tej myśli. Zrozumiał w końcu istotność rozmowy, pojął o jakich wątpliwościach tak naprawdę chodziło Kwan i dlaczego tak przejmowano się akceptacją społeczną projektu. Przypomniał sobie niedawną chwilę, gdy rozbawiony czytał ostatni punkt umowy, mówiący o rezygnacji ze „skoku”. Teraz, gdy został uświadomiony, punkt ten wydawał się być jak najbardziej na miejscu. Jemu samemu natomiast było bardzo daleko do śmiechu.
Rozejrzał się ponownie po sali, kolejny raz zmierzył wzrokiem kamienne twarze naukowców, po czym zwrócił się do Swensona.
-Chcecie mnie zabić.
Mężczyźnie skwaśniała mina. Chciał szybko zareagować i odpowiedzieć, lecz nieprzemyślane słowa ugrzęzły w gardle. Oponował się, wziął głęboki oddech. Widać było, że słabo odnajdywał się w takich sytuacjach. Był naukowcem, a nie psychologiem. Kwan zaoszczędziła mu cierpienia i wkroczyła między niego, a Fostera.
-Źle pan to odbiera – zaczęła tym wyrachowanym głosem bez uczuć, cynicznie odbierając stwierdzenie Roberta. -Owszem, pana ciało i wspomnienia umrą, jednak dajemy szansę rozpoczęcia nowego życia. Narodzi się pan na nowo w miejscu odległym, w którym mogą przebywać tylko wybrańcy. Niewielu ma taką możliwość. Powinien traktować to pan jako wyróżnienie. Należy patrzeć w przyszłość, a nie za siebie, panie Foster.
Robert milczał tocząc wewnętrzną walkę z kłębowiskiem mieszanych odczuć. 12 lat dążył do spełnienia marzenia, które zawsze wydawało się bardzo odległe i niemal nieosiągalne. W końcu dopiął swego. Od generatora tunelu dzieliło go zaledwie parę sterylnie białych ścian. Od samego „skoku” dosłownie błysk w porównaniu z długim okresem trwania kolejnych konkursów. Niestety, jego pragnienia rozbiły się o mur, którym nieoczekiwanie stała się prawda. Jak się okazało, jego poświęcenia i wzmożoną pracę miało wieńczyć nie „przejście”, lecz ta rozmowa – ostateczny test oddania sprawie. Foster został postawiony przed dylematem, czy jego marzenie warte było poświęcenia życia. Nigdy nie brał pod uwagę takiego scenariusza, bo i nie mógł. Taka jest bowiem niespodziewana nagroda dla zwycięzców konkursu.
Foster nie wiedział, co ma odpowiedzieć doktor. Czy ktokolwiek w podobnych okolicznościach byłby tego pewien?
Kwan, widząc zmieszanie kandydata, postanowiła nieco spuścić z tonu. Podeszła od ławy i przykucnęła, tak aby jej twarz znalazła się na wysokości twarzy Fostera.
-Wiem, że postawiliśmy pana w trudnej sytuacji – jej głos złagodniał i brzmiał niemal tak samo, jak przy powitaniu w drzwiach Instytutu.
-Nie będziemy naturalnie robili niczego bez pana zgody. Nie oczekujemy również od pana natychmiastowej decyzji. Na „transfer” mamy wyznaczone dwa terminy – w dniu jutrzejszym lub za tydzień. Z „przejścia” może pan zrezygnować.
Kwan zmieszała się, jakby wypowiedziała zdanie, którego nie powinna mówić.
-Nie ukrywam, że byłaby to spora strata dla projektu, ale pana zdanie jest decydujące. Do czasu ostatecznej decyzji nie będzie pan mógł opuścić Instytutu. Do pana dyspozycji o każdej porze dnia i nocy będzie nasz psycholog. Czy ma pan jakieś pytania?
Foster patrzył na Kwan mętnym wzrokiem, jakby był nieobecny. Doktor nie wiedziała, czy jej słowa dotarły do kandydata, więc chciała powtórzyć. W momencie, gdy otworzyła usta Robert kiwnął jednak przecząco głową.
-Pielęgniarze odprowadzą pana do tymczasowej kwatery – dodała.
Foster wstał i nieco bezwolnie ruszył za białymi fartuchami, znikając za drzwiami sali wykładowej.
***
Robert siedział na łóżku wpatrując się w biel ściany. Pokój, w jakim przebywał, przez kolejny tydzień miał stać się jego kwaterą. Nie podobał mu się, gdyż podobać się nie mógł. Tylko asceta potrafiłby znaleźć w nim ukojenie. Pomieszczenie było wprawdzie jasne, ale niestety nie rozświetlało go naturalne światło, lecz mocne lampy ukryte w stropie. Prycza była prosta, twarda i niewygodna. Obok postawiono małą, metalową szafkę, na której spoczywał równie niewielki telewizor. Ściany pokryte tworzywem raziły nieskazitelną gładkością i bielą. Nad łóżkiem powieszono hologramowy obraz mający pobudzać wyobraźnię. Przedstawiał kolejne fazy tańca chmur na jednym z gazowych olbrzymów układu Centauri. W rogu foliowa kotara przysłaniała łazienkę z naturalnie niewielką kabiną dezynfekującą i jeszcze mniejszą umywalką.
Robertowi brakowało okna, widoku nieba, zieleni, czy chociażby jakiegokolwiek mebla nadającego klimatu, ocieplającego pomieszczenie. Zadbano, aby nic nie rozpraszało kandydata. Czy w ten sposób chciano przyśpieszyć jego decyzję?
Waga tej decyzji była stanowczo za duża, aby mógł na nią wpłynąć wystrój kwatery. Trzeba jednak przyznać, że nie dało się dłużej siedzieć w tym pokoju. Nawet największy domator musiał szukać ucieczki z tak sterylnego świata. Na szczęście, dostępny był taras z widokiem na mini ogród, umieszczony w samym sercu Instytutu. Robert zamierzał się tam wybrać, gdyż obecne otoczenie nie pozwalało mu zebrać myśli.
Wstał, drzwi rozsunęły się bezszelestnie, ukazując korytarz. Foster przypomniał sobie wczorajszy dzień, gdy krążył po dziesiątkach identycznych przejść.
Minęła doba od rozmowy w sali wykładowej. Robertowi wciąż kołatały w głowie słowa Kwan i Swensona. Dzisiaj miał już być na odległej planecie, oddzielony od Instytutu milionami kilometrów czarnej materii. Nadal jednak przebywał na Ziemi, odkładając decyzję o tydzień. Przedstawiono mu perspektywę podróży, podając jednocześnie bardzo wysoką cenę. Nie był pewien, czy starczy mu tych parę najbliższych dni, aby uporać się z dylematem. Z większym nigdy się jeszcze nie zmierzył.
Ruszył korytarzem. Oczywiście, musiał być pusty. Cały sektor Instytutu był zamknięty. Foster nie mógł go opuścić i w zasadzie nikt nie mógł tu wejść, prócz psychologa, personelu sanitarnego i jego opiekun – dr Kwan. Bardzo zadbano o ograniczanie zbędnych kontaktów. Każda przebyta rozmowa to większe obszary pamięci do usunięcia w przypadku rezygnacji ze „skoku”. Robert rozumiał to, jednak bardzo brakowało mu towarzystwa. W jego przypadku porada kogoś z zewnątrz znacznie pomogłaby w ostatecznej decyzji.
Jakże chciałby spotkać się z Billem, ciekawiło go, jak przyjaciel zareagowałby na to wszystko. Nie było jednak żadnej możliwości kontaktu, a rozmowy ze stronniczą psycholog, w końcu pracowniczką Instytutu, niewiele dawały. Pozostawiony był zatem samemu sobie. Jeszcze nigdy nie czuł się tak samotny.
Wyszedł na taras. Zmrużył oczy, gdyż słońce oblewało cały widoczny teren. Nie wiedział czemu, ale pomyślał o deszczu. Nie widział go tak dawno. Ciągła słoneczna pogoda również potrafiła znużyć. Postanowił, że jeśli zdecyduje się na „transfer”, powróci na taras w nocy, kiedy kontrolerzy zwołają chmury, a ogród zostanie nawilżony kojącymi kroplami deszczu. Musiał choć raz jeszcze zmoknąć, zanim odbiorą mu wspomnienia.
Oparł się o barierkę. Przypomniał sobie jedno niedawne stwierdzenie przyjaciela, podsumowujące stworzenie generatora tuneli – że przez ludzką niecierpliwą naturę zabieramy się za rzeczy, które najwyraźniej powinny jeszcze zaczekać. Było to idealne oddanie sytuacji, w jakiej się znalazł. Aby spełnić marzenia, musiał poświęcić najcenniejszą rzecz, jaką dysponował – życie. Każde osiągnięcie wymagało poświęceń, to jednak było nadspodziewanie duże. Czyż nie był to oczywisty znak, że otworzenie wrót do odległych światów nastąpiło zbyt wcześnie? Nasza nauka nie była najwyraźniej na to gotowa. Może należało poczekać na wymyślenie osłony neutralizującej zabójcze działanie tunelu? A może skuteczna osłona nie istnieje i naginanie przestrzeni musi kosztować czyjeś życie? Wówczas śmierć Roberta mogłaby okazać się jedynym sposobem, aby wkupił się w łaski boga przestrzeni.
Jeżeli zdecyduje się na transfer – umrze. Wprawdzie odrodzi się na nowo jak feniks, ale czy to będzie rzeczywiście on? Nie wierzył w to, choć naukowcy naturalnie nie mieli żadnych wątpliwości. Oni mieli jednak klapki na oczach w postaci dobra projektu. Nie można im bezgranicznie ufać.
Jego klon stojąc w blasku odległej gwiazdy będzie czuł się przyjemnie, jak Foster teraz. Nakaże mu tak wszczepiona podświadomość, mająca zakodowane informacje o odczuciach, jakich doświadczyło poprzednie ciało na Ziemi. Nie będzie jednak pamiętał promienni gładzących skórę, ani czerwieni zachodzącego słońca. Czy można być tą samą osobą bez realnych wspomnień?
Klon zacznie życie od początku. Będzie miał geny i podświadomość Roberta. Nabierze jednak własnych doświadczeń, a o istnieniu swojego genetycznego dawcy nie będzie nawet wiedział. Dla Fostera była to po prostu inna osoba realizująca jego własne, ale przeszczepione marzenia.
Skoro taka była cena eksploracji nowych światów, chyba byłby w stanie ją zaakceptować. Przynajmniej dopełni żywota w świadomości częściowego spełnienia. Jego marzenie wraz z kodem genetycznym przeleci lata świetlne i będzie mogło zostać zrealizowane. To brzmi nawet poetycko. Nic, co Robert zrobił w swoim życiu nie pójdzie zatem na marne, a on sam nie będzie musiał dalej żyć ze świadomością niedosytu, czy straconej szansy.
Gdyby zrezygnował z transferu, powróci do znanego mieszkania, starych przyjaciół, do otoczenia już poznanego i przewidywalnego. Przestanie wówczas zadzierać głowę ku niebu, wiedząc, że odległe światy będą dla niego już niedostępne. Czy takie życie by mu odpowiadało? Na pewno nie. Jednak żyłby dalej, doświadczał i tworzył. Można to poświęcić?
Foster czuł w głębi, że zna odpowiedź. Podświadomie jednak nie pozwolił jej wypłynąć na powierzchnię myśli. Widocznie jeszcze go przerastała i budziła trwogę. Miał kilka dni, aby upewnić się, że nie reaguje pod wpływem chwili. Tylko kilka dni, aby potrenować zabawę w boga i zdecydować o swym losie.
***
Robert szedł tym samym korytarzem, który przemierzał setki razy podczas ostatniego tygodnia. Znał go na tyle dobrze, że mógłby poruszać się po nim w ciemnościach. Aby się upewnić zamknął oczy i zaczął liczyć kolejne kroki. Przy 44 skręcił w prawo i zatrzymał się. Przed nosem miał szybę drzwi prowadzących na taras. Spojrzał na śledzącą jego ruchy sanitariuszkę, która szła tuż zanim. W ręku trzymała duży, biały, jak wszystko wokół, ręcznik. Drobną twarz o delikatnych rysach szpecił grymas. Cóż, Robert nikogo nie zmuszał, aby zrozumiał jego zachowanie.
-Proszę zaczekać – zwrócił się do zdezorientowanej kobiety. -Zaraz wracam – dodał i zniknął za drzwiami.
Poczuł zapach kwitnących krzewów w ogrodzie. Było duszno, a powietrze suche. Spojrzał na zegarek. Dochodziła 22:00. Podszedł do barierki i rozłożył ręce, zadzierając jednocześnie głowę ku zachmurzonemu niebu.
Kontrolerzy zadziałali bez zarzutu. Jak zwykle zaczęło padać punktualnie. Najpierw pojedyncze małe krople, potem duże całymi tuzinami. Robert czuł dotyk każdej z nich. Powietrze stało się rześkie. Oddychał głęboko i czuł się wspaniale.
Deszcz zmywał z niego jarzmo wątpliwości. Dokonał wyboru i nie zamierzał go żałować. Jeżeli miałby możliwość wybrania kilku wspomnień, które mogłyby przebyć podróż tunelem, to z pewnością znalazłoby się wśród nich. Pozostało mu tylko żałować, iż jego kopia nie będzie mogła doświadczyć deszczu. Przydzielono mu bowiem planetę pozbawioną atmosfery.
Ubranie miał już całkowicie mokre. Zaczęło robić się chłodno, więc schował się w Instytucie. Pielęgniarka podała mu ręcznik. Wrócił do kwatery po ostatni sen, jeżeli uda mu się zasnąć.
Już jutro rano miał stawić czoło przeznaczeniu…
strona 3 z 5




kawał zdrowego sf.
Pozdrawiam
świetny rozdział pierwszy trzy-tomowej powieści. czekamy na kontynuacje!
Dobre ale czuję niedosyt.
bardzo dobre powiesc czekam na dalsze losy roberta moze kiedys i my bedziemy tak podrozowac bez pobierania swiadomosci pozdro od c tan-a
hmmmm…odniosłam wrażenie jakby ktoś złośliwie wydarł resztę stron….to co jest końcem powinno być zaledwie początkiem…pomyśl ile możliwości zamknąleś….całe wszechświaty…skończ to co zacząłeś!!!!
Popracuj nad dialogami,nie dam Ci recepty, ale jako czytelnik odbieram je jako zbyt drętwe i sformalizowane.
Pozdrawiam serdecznie,będę tu zaglądała! :))))
Interesujące, oryginalne, jednak zostawiło u mnie pewien niedosyt – oczekiwałem nieco więcej od zakończenia – bardziej rozwiniętego i zagadkowego.
Ale w sumie fajnie się czyta.
Ja trafiłem na to opowiadanie szukając jakiegoś e-book’a na swym telefonie, podczas 5-godzinnej jazdy pociągiem. Te opowiadania pozwoliły mi jakoś zabić nudę w czasie podróży.
fajne, ale wiesz że był podobny film, widziałem go w telewizji około 2004 roku, ale jest dużo starszy, niestety nie pamiętam tytułu
Bardzo podobało mi się opowiadanie, aczkolwiek szczerze przyznam, że odnośnie owej tajemnicy czekałem na jakieś niesłychane uderzenie, a otrzymałem jedynie (bardzo) dobre rozwiązanie, co oczywiście nie jest wadą – po prostu zwykle mam zbyt wysokie oczekiwania:) Nie mniej bardzo wciągająca lektura.
Marcinie naprawdę extra, właśnie to lubie 😉 Polecam, bardzo gorąco.