Opowiadanie SF: „Upadek Peliona”

„Upadek Peliona” – strona 5 z 7

 

***

 

John Berg przyglądał się tępo holowykresom, wypełniającym przestrzeń nad blatem taktycznym. Niebieskawa poświata uformowanych kształtów padała na jego twarz, pogłębiając zmarszczki wokół zmęczonych oczu i na wysokim czole. Siwe włosy przebijały się przez półmrok. Choć były długie na pół palca nie kręciły się, nie układały, lecz sterczały jak kolce na grzebiecie jeża – efekt wieloletniej dyscypliny i częstego przycinania. Długi, prosty nos oraz dokładnie przystrzyżona, również siwa broda, wydłużały dodatkowo twarz.

Oczy zdawały się być nieobecne. Mimo zmieniających się przed nimi schematów, pozostawały nieruchome, skryte za mgłą, jakby błądziły po obrazach pamięci, a nie bieżących wydarzeń. Berg przypominał sobie drogę do obecnej chwili – splot wydarzeń, które teraz zdawały się snem. Kontakt z „Przybyszami” i półtora roku wytężonej pracy. Tak ciężko i przez tak długi okres czasu nie pracował nigdy i miał nadzieję, że już nigdy nie będzie musiał. Setki analiz, później analiz tych analiz, dziesiątki procedur i synchronizacji w wielu układach i jednostkach, współpraca z tyloma ludźmi. Wszystko po to, aby w ten dzień – dzień ataku – każdy miał wiedzieć, co robić.

„Jeśli chcesz ominąć chaosu w dniu próby, nie myśl – postępuj według wyuczonych schematów” – taka była jego dewiza, którą – miał nadzieję – udało mu się zaszczepić także żołnierzom jednostek zewnętrznych.

Nie był pewny, czy udało mu się wszystko przygotować, tak jak tego pragnął. Mobilizacja była konieczna znacznie szybciej, aniżeli się tego spodziewał. Był jednak pewien, że praca jaką wykonano nie poszła na marne. Wielka rozbudowa floty, powstanie Systemu Sond Rejestrujących – to tylko niektóre efekty wzmożonej pracy.

Wróg przekona się o naszej sile – pomyślał. – Dowie się, co znaczy zadzierać z Ziemią. Zaskoczymy ich naszą organizacją i strategią.
Wojna się rozpoczęła. Aby jednak wygrać i przede wszystkim przetrwać konieczne będą ogromne poświęcenia. On był na nie gotów, ale czy gotów byli wszyscy? Na pewno nie. Miał tylko nadzieję, że historia im wybaczy, a przyszłe pokolenia zrozumieją motywy działania.

 

Hologram zmienił się. Czerwone cętki światła na niebieskim polu wirtualnych sond rejestrujących wskazywały miejsca braku odczytów. Wiedział już od paru godzin, że nie jest to awaria, lecz miejsce naruszenia przestrzeni. Dwa patrole wysłane w ten rejon nie wróciły. Prawdopodobnie były to pierwsze ofiary wojny. Oddałby wiele, aby dowiedzieć się, czy ujrzeli oblicze wroga, czy z honorem stawili mu czoła i czy w ogóle było to możliwe.
Obcy obiekt przeszedł już przez cały pas kontrolny, pozostawiając wyrwę, która oddawała faktyczne jego rozmiary. „Przybysze” mieli rację mówiąc o jego ogromie. Ponad 70 kilometrów długości i blisko 30 szerokości. Jak na arkę Noego nie były to rozmiary imponujące. Gdyby człowiek zmuszony był zabrać cały swój dorobek z tysięcy lat rozwoju i upakować go w jeden statek, rozmiarami byłby zapewne bardziej zbliżony do ziemskiego Księżyca niż do jednego, średniego miasta. Niemniej jednak zbudowanie takiego kolosa musiało budzić respekt, podobnie, jak zapewnienie mu napędu. Jakiej to mocy trzeba było użyć, aby nadać mu prędkość kilkaset razy mniejszych ziemskich liniowców?
Trzeba czuć respekt, ale nie strach. Między jednym, a drugim jest cienka linia. Każdy powinien dbać o jej wyrazistość i być świadomym granicy. Nie można jej przekraczać, gdyż zatraci się trzeźwość myślenia i postępowania. Cecha istotna zarówno dla żołnierzy piechoty, jak i dowódców.
Syk otwieranej śluzy wyrwał go z zamyślenia. Do pomieszczenia wszedł młody mężczyzna, odziany w kombinezon „Łączności”. Stanął na baczność, wypięty jak struna.
-Admirale – zaczął. – Rozkazy przesłane na Pelion. Przed chwilą otrzymaliśmy potwierdzenie rozpoczęcia procedury obrony ostatecznej.

Berg wyłączył holoprojektor. Pomieszczenie pojaśniało od zapalających się świateł, ukrytych w stropie.

-Dziękuje kapralu – odparł. – Co z teleskopami?

-Wszystkie skierowane na Pelion i aktywne.

-Dobrze. Upewnijcie się, że dane są zapisywane. Nic nie może umknąć, każda informacja jest bezcenna.

-Tak jest, sir!

-Informujcie mnie na bieżąco. Jesteście wolni – kiwnął głową.

Kapral obrócił się na pięcie i opuścił pokój.

 

Admirał spojrzał na mapę układów. Na jej skraju, przy niewielkiej plamce iskrzyła nazwa Pelion. Obcy statek, wisząc na orbicie planety, zapewne rozpoczął już atak. Właśnie zaczynał się rozgrywać pierwszy akt spektaklu – nowej wojny, która miała decydować o przyszłości rodzaju ludzkiego. Niestety bitwa ta nie mogła zakończyć się zwycięstwem ludzi. Głównym jej zadaniem było poznanie przeciwnika, metod jego działania i siły jaką dysponował. Celem drugorzędnym było zadanie jak największych strat. Berg wierzył, że będą na tyle dotkliwe, iż wróg odpuści sobie dalszą chęć podboju. Może przynajmniej zastanowi się nad następnymi atakami, a to da więcej czasu na przegrupowanie floty. Przegrać bitwę, aby wygrać wojnę.

 

Komunikator w rękawie zabrzęczał złowieszczo.
Berg podniósł rękę – Słucham.

-Admirale, właśnie otrzymaliśmy informacje z Centrali Sond Rejestrujących. Znaleźli „czarną skrzynkę” jednego z patrolowców – REC2.

-A pilot?

-Po statku nie ma śladu. Musiał wystrzelić ją w kierunku Centrali jeszcze przed zniszczeniem.

-Przyślijcie mi dane tego pilota. Osobiście przekaże złe wieści rodzinie.

-Tak jest!

-„Czarna skrzynka” ma być natychmiast zanalizowana. To sprawa priorytetowa!

 

Berg zamilkł na moment. Pomyślał, że jego pragnienie poznania szczegółów pierwszego kontaktu patrolowców, zostanie – przynajmniej częściowo – zaspokojone.

-Admirale, straciliśmy kontakt z Pelionem – dodał głos z głośnika.

Więc zaczęło się – pomyślał Berg i szybko odpowiedział:

-Wyślijcie oficjalny przekaz o rozpoczęciu wojny. Wprowadzamy najwyższy stan gotowości bojowej. Rozpoczynamy operację „Czerwona Orbita”.

-Tak jest, sir!

-Zorganizujcie bezpośrednie połączenie z prezydentem oraz konsulem „Przybyszy”.

-Powiadomię, jak będą gotowe, sir!

-Przygotujcie „Urticę” do lotu na orbitę Marsa. Jeszcze dziś opuszczam „Nadzieję”.

-Tak jest, sir!

 

Admirał zakończył rozmowę przyciskiem na rękawie.
Spojrzał ponownie na plamkę imitującą Pelion. To on wydał rozkaz o obronie ostatecznej planety. Jeżeli ktoś przetrwa bezpośredni atak wroga, zginie od uderzenia bomby o potwornej sile. Skazał zatem kilkadziesiąt tysięcy ludzi na nieuchronną śmierć. To jego nazwisko będzie figurowało przy całym tym zdarzeniu. Widocznie było to mu pisane. Miał tylko nadzieję, że historia będzie dla niego łaskawa.

Ponownie uruchomił hologram. Światła przygasły, a pomieszczenie zalała niebieska poświata projekcji. Admirał „zanurzył” się w wyskakujących schematach.

 

***

 

Drzwi windy rozsunęły się, ukazując ciemne pomieszczenie. W twarze pasażerów buchnęło chłodne i stęchłe powietrze. Mark zrobił pierwszy krok i w tym momencie błysk lamp, ukrytych w ścianach i stropie rozświetlił pomieszczenie. Poziom dwudziesty był raczej magazynem niż pomieszczeniem pracy naukowców. Wysiadających z windy przytłoczył sterylny korytarz, który wyglądał jak podświetlone wnętrze plastikowego pudełka próżniowego. Mark otworzył jedną z dwóch śluz i wprowadził przyjaciół do większego pomieszczenia.

-Pozwólcie, że was oprowadzę – westchnął z ironiczną dumą w głosie Mark.

Machnął ręką na ścianę pełną prostokątnych, zaplombowanych drzwiczek.

-Oto chłodnia, w której trzymamy różne – w większości nie przydatne – świństwa. Mogą być one niestety bardzo groźne. Znajdują się tutaj głównie efekty naszej pracy, zarówno te ukończone, jak i niedoszłe. Większość z nich nie jest jeszcze nawet przetestowana.
Phil wzdrygnął się. Całe to pomieszczenie do złudzenia przypominało mu kostnicę.

-To miał być najbezpieczniejszy poziom, Mark – wyksztusił.

-I jest. Całą tę lodówkę skonstruowano tak, aby nawet spore trzęsienie ziemi nie naruszyło jej szczelności.

-Czy na pewno przetrzyma to… – Phil zawahał się, nie chcąc mówić otwarcie o ataku –…Co będzie się działo na górze?

-Myślę, że tak. Nie, nie gdybam – daję ci gwarancję, że wytrzyma – dodał.

 

Podszedł do niewielkiego, kanciastego stołu wetkniętego, jakby w nagłym wybuchu czyjegoś gniewu w kąt pokoju. Pod nim wciśnięte były dwa plastikowe – oczywiście białe – taborety.

-Tu zapewne będzie nasza jadalnia – wydobył z siebie nad wyraz apatycznie Mark.

-Na każdym poziomie – kontynuował – umieszczone są niewielkie lodówki z chemicznie konserwowaną żywnością. Porcje oczywiście na dziesięć osób i powinny starczyć na dwie doby. Ot takie wymogi bezpieczeństwa w razie jakiejś awarii, czy skażenia. Na szczęście jeszcze nikt nie był zmuszony z nich korzystać… Do tej pory.

 

Szept rozsuwanych drzwi windy oznajmił przybycie reszty współlokatorów. Brooks wyszedł z pokoju. Długo nie wracał. Zza grodzi dobiegał jego charakterystyczny, ostry głos przerywany chwilowo pytaniami „przyjezdnych”. Kilka minut później doktor stał ponownie w chłodziarce.

-Przepraszam, że was na razie nie przedstawię, ale dałem im trochę czasu na oswojenie się z prawdę o tym wszystkim. Będą mieszkać w sąsiednim pokoju, a my zostaniemy tutaj.

Phil i jego żona kiwnęli niemal w tej samej chwili głowami, jakby wcześniej to uzgodnili. Było im obojętne z kim będą mieszkać i w jakich będą z nimi stosunkach. To była ostatnia rzecz, o jaką mogliby się martwić.

Mark podszedł do elektronicznego pulpitu wbudowanego w ścianę przy grodzi. Kilka ruchów palcem po dotykoczułej powierzchni i zawieszona powyżej część pulpitu zamieniła się w kilkunastocalowy wizjer. Po chwili przyzwyczajone do dziennego światła kamery dostosowały obraz. Cała trójka ujrzała cień miasta, cień ponieważ na tle jaśniejszego horyzontu pozwalały się dostrzec jedynie oblane ciemnością kontury największych budowli, prawdziwych symboli miasta. Imponowały – cienka u spodu, zakończona bulwiastą kopułą wieża komunikacyjno-medialna i oczywiście najwyższy w mieście, pnący się ku niebu, niczym dawna rakieta orbitalna – biurowiec Hartmanna. Ile on miał pięter? – zastanowił się Phil – na pewno ponad sto.

Przed oczami błysnęło mu wspomnienie z pierwszych miesięcy pobytu na Pelionie. Spotkał się wówczas z Angeliką na ostatnim piętrze biurowca – 350 metrów na ziemią. Taras widokowy zbudowany był z całkowicie przezroczystego pleksiglasu. Człowiek czuł się na nim jak drobina wielkości atomu, lewitująca wokół ostrza szpilki postawionej na sztorc. Wrażenie potęgowane było potężnymi podmuchami wiatru, a odczucie wysokości odbierane niemal każdą tkanką ciała. Tego wrażenia po prostu nie dało się zapomnieć.

Za wieżowcem wyrastała masywna sylwetka siedziby głównego banku – tam pracowała Angelika. Budynek był, delikatnie to ujmując, brzydki. W ciemności przypominał wielki, toporny, betonowy kloc, postawiony w centrum przez jakiegoś niewydarzonego architekta. Na szczęście wrażenie to diametralnie zmieniało się za dnia, kiedy pokryta w całości lustrzanym szkłem budowla nabierała dziesiątków barw otaczającego go świata, jak przepiękny kryształ postawiony na barwnym stole.

Jeszcze przedziwne kształty siedziby naukowców z „Cosmicomu”. Patrząc na konstrukcję trudno było przyznać, że jest to funkcjonalny budynek. Przypominał raczej jakąś futurystyczną rzeźbę. Philowi zawsze kojarzył się z wielkim statkiem kosmicznym klasy transgalaktycznej, o potężnych statecznikach, który w wyniku awarii został zmuszony do lądowania w samym centrum miasta i pozostał tu jako pomnik niedoskonałości ludzkiej technologii. Widoczne tylko kontury budynku utwierdzały Phila w jego skojarzeniach.
Obraz rozbłysnął cienką, jasną linią i oczom obserwujących ukazał się podjazd do instytutu. Wciąż tkwił na nim tłum pracowników ubranych w różnobarwne fartuchy i kombinezony. Teraz jednak nie wszyscy zadzierali głowy ku niebu. Część z nich próbowała bezskutecznie dobrać się do elektronicznego zamka włazu i wejść z powrotem do środka.

Wszyscy patrzyli w ciszy na to zamieszanie. Phil niemal natychmiast zdławił rodzące się w nim poczucie winy, ale Marka ponownie zaczęły gnębić wyrzuty sumienia. Przez moment pomyślał, że wolałby znaleźć się na zewnątrz i razem z nimi dzielić nieświadomość, niż siedzieć tutaj, bezpieczny niczym kot za piecem, obserwując jak umierają jego znajomi.

 

strona 5 z 7

Czytaj dalej >>

Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

7 komentarze do “Opowiadanie SF: „Upadek Peliona”

Dodaj komentarz >>

  1. o_o pisze:

    super-tylko takich wiecej

  2. matei pisze:

    Trochę mało oryginalne, zakończenie nieco rozczarowujące, ale i tak całość zasługuje na wysoką ocenę. Gratulacje.

  3. rob pisze:

    świetne

  4. GumowyKaczor pisze:

    Powala na kolana! Czytałem z zapartym tchem. Zdecydowanie jedno z najlepszych opowiadań na stronie. Pozdrawiam autora i czekam na więcej.

    1. Swiatkowski.net pisze:

      Bardzo dziękuję za pozdrowienia i niezmiernie się cieszę, że moje opowiadania trafiły w Twój gust :). Tego typu opinie tylko mogą bardziej zmotywować mnie do pracy :). Szczególnie raduje mnie ocena 'Upadku Peliona’ – opowiadanie to powstawało bowiem kilka lat, było kilkanaście razy zmieniane zanim zdecydowałem się na publikację. Nad żadnym innym tyle się nie napracowałem, może nie jest super oryginalne, ale nie miało być – to miała być porządnie skonstruowana historia, która wciąga i zaraża klimatem :). Pozdrawiam również.

  5. as pisze:

    piękne. dzięki

  6. mirek pisze:

    Fajne. Podobało mi się. Chociaż może lepiej byłoby odbierane z punktu widzenia jednego bohatera- narratora

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *