Opowiadanie SF: „Upadek Peliona”

„Upadek Peliona” – strona 6 z 7

 

***

 

Do pokoju weszła młoda kobieta ubrana w błękitny kombinezon Obsługi Technicznej. Skafander bardzo dokładnie opinał jej ciało, podkreślając szczupłą sylwetkę. Krótkie, zadarte do góry blond włosy, sklejały się miejscami w większe formacje, przypominając igły na grzbiecie jeża. Twarz miała niezwykle szczupłą. Migdałowe oczy zapadały się w głębokich oczodołach, a kości policzkowe zdawały się przebijać wręcz skórę. Lekko nabrzmiałe usta poruszyły się i zebrani w „kostnicy” usłyszeli cienki – niemal że dziecięcy głos.

-Dzień dobry – odczekała chwilę, ale nie usłyszała żadnej odpowiedzi – tylko Phil kiwnął głową na znak powitania. – Moje nazwisko Quay, Maria Quay – dodała.

Mark zareagował pierwszy – My się już znamy, ale przedstawię naszych wybawców, oto cała rodzina Millerów – Angelika i Phil – wskazał po kolei ręką.

-Miło mi – odezwała się Angelika.

-Spędzimy trochę czasu razem, więc pomyślałam – kontynuowała Quay – że warto się poznać.

Znowu brak jakiegokolwiek odzewu. Phil i Mark ponownie wpatrywali się w wizjer, a Angelika spuściła wzrok. W obliczu tego, co się działo nikt – no może poza Quay – nie miał najmniejszej ochoty na zbędne uprzejmości. Widząc to Quay przeszła od razu do rzeczy.

-Właściwie to przychodzę w imieniu całej reszty za ścianą, bo my… – zawahała się. –Właściwie to nie wiemy, co tu się wyprawia.

-Przecież wam tłumaczyłem – burknął oschle Brooks.

-Źle się wyraziłam – wiemy co się dzieje. Tylko, czy to wszystko oznacza początek wojny, o której tyle mówiono w mediach?

 

Słowa Marii wprawiły Marka w osłupienie. Poczuł się dziwnie, wręcz głupio, jakby na egzaminie z medycyny molekularnej nie potrafił wyjaśnić czym się ona zajmuje. Nie mógł zrozumieć dlaczego zapytanie Quay nie przyszło mu wcześniej do głowy. Przyjął za zadowalające dwa fakty – atak i obrona ostateczna, natomiast kto i dlaczego ich zaatakował pozostało dla niego rzeczą całkowicie nieistotną.

Zupełnie zapomniał o złowrogich przepowiedniach, o całym szumie, jaki wybuchł po ostrzeżeniu „Przybyszy”. Zapowiadali rychły najazd trzeciej rasy i początek wojny, w której miały ważyć się losy przetrwania całych populacji. Każdemu tamte chwile musiały wryć się w pamięć. Panował chaos i ogólna panika. Mark chciał wówczas wrócić na Ziemię, gdzie wojna miała dotrzeć najpóźniej. Nie zrobił tego, już nie pamiętał dobrze dlaczego.

Mijały kolejne miesiące, w mediach panował spokój. Ataku nie było. Jego życie wróciło do normy. Po roku nikt już nie wspominał o wojnie. Mimo wszystko jednak, powinien od razu skojarzyć fakty. Czyżby zatem „Przybysze” mówili prawdę?

Spojrzał na przyjaciela, który opierał się o konsolę.

 

Phil oderwał wzrok od wizjera. Popatrzył na Quey, potem na Brooksa i kiwnął twierdząco głową. Jego usta rozchyliły się. Chciał coś powiedzieć, lecz kątem oka dostrzegł jakiś ruch na monitorze. Spojrzał ponownie na ekran. Ludzie, którzy jeszcze przed momentem gorączkowali się przed włazem, teraz odchodzili od niego i znów, jak przedtem wpatrywali się w niebo. Niektórzy nie mogąc powstrzymać emocji unosili w górę ręce i wskazywali coś na nieboskłonie w niemej ekscytacji. Wizjery nie przekazywały fonii, więc nikt w pomieszczeniu nie mógł usłyszeć, co wykrzykiwał tłum.

Quay podeszła niepewnym krokiem do wizjera i teraz cała czwórka śledziła wydarzenia za ekranem.

-Daj panoramę! – Krzyknął Phil.

Wizjer błysnął i ponownie ukazały się kontury budowli. Wszystko jednak wyglądało dokładnie tak, jak parę chwil wcześniej.

-Możesz skierować kamerę wyżej – na niebo?

-Czekaj… Nie wiem, coś się zablokowało…

-Odsuńcie się – odezwał się kobiecy głos. Quay wcisnęła się między Marka, a klawiaturę i zaczęła biegać palcami po dotykoczułej powierzchni.

Robiła to tak szybko, że doktor natychmiast przestał nadążać za jej ruchami. Obraz zniknął, a w jego miejsce wskoczył jakiś skomplikowany schemat, potem rysunek, kilka opisów i wreszcie powrócił wizjer z obrazem nieba nad miastem. Tutaj jednak wszystko wyglądało normalnie i nigdzie nie było widać przyczyn pobudzonego zachowania zebranych na zewnątrz.
 

-Możesz wyostrzyć? – Wydobył z siebie Phil.

Quay błyskawicznie spełniła prośbę, spojrzała w ekran i niemal momentalnie wybiegła do sąsiedniego pomieszczenia.

 -Włączcie wizjer! – Dało się słyszeć.

 

Na ekranie dało się dojrzeć światła na nieprzeniknionym do tej pory czarnym niebie. Nie były to jednak gwiazdy, czy zagubione promienie macierzystego słońca, lecz długie białawe smugi, których ilość z każdą sekundą się powiększała. Wszystkie szybko bladły, po czym gasły pogrążając się w ciemności, ale w ich miejsce pojawiały się inne i coraz liczniej. Po pół minucie obiektów było tak wiele, że ludzkie oko nie mogło ich już zliczyć. To przedziwne i piękne zarazem widowisko do złudzenia przypominało deszcz meteorów. I w rzeczywistości tak było, jednak niewielkie obserwowane z powierzchni obiekty walczyły z naturalną tarczą planety, ale nie ginęły jak nietrwałe meteory, lecz przedzierały się i leciały nienaruszone ku zielonkawej powierzchni. Białawe światła stopniowo gasły i po krótkiej chwili niebo ponownie zasnuła mroczna i nieprzenikniona zasłona ciemności.

W wizjerach tylko przez moment rządziła nicość. W kilkanaście sekund po zakończeniu spektaklu spadających gwiazd, można było dostrzec ruch bardzo wielu szarawych obiektów. Tliły się delikatnie dzięki powłokom rozgrzanym przejściem przez atmosferę. Pojedynczo, nie były to jakieś duże przedmioty, ale ich ogromna ilość sprawiała wrażenie, jakby na miasto opadała przeraźliwa chmura szarańczy, zwiastun nadchodzącej plagi. I znów pojawiło się światło. Tym razem w postaci błysków wydobywających się z wnętrza każdego ze spadających obiektów. Wizjery nie oddawały jednak dokładnie ich obrazu. Dawały dostrzec się jedynie niewielkie części oświetlone rozbłyskami.

Mark nie odrywając wzroku od ekranu zaczął tańczyć palcami po klawiaturze. Chyba nawet nie wiedział, że to on manipuluje obrazem, gdyż nagłe zbliżenie się obiektów do monitora wyraźnie go zaskoczyło. Spojrzał na swoją dłoń, jakby chciał potwierdzić, czy to na pewno on nakazał powiększyć obraz. Wstukał jeszcze kilka poleceń, a obraz natychmiast zareagował.

Przez moment był całkowicie biały, a następnie stopniowo szarzał. Philowi zdawało się, że ogląda odwrotność obrazu z przed chwili, jak stare zdjęcia zapisywane niegdyś na kliszy fotograficznej. Widok wyświetlany na monitorze ustabilizował się i obserwatorzy mogli podziwiać „spadające gwiazdy” w pełnej ich krasie.

-Oto nasz podręczny noktowizor – powiedział jakby do siebie Brooks, bo przecież nie musiał tłumaczyć wojskowemu, co właściwie zrobił.

Małe obiekty kolejno „wybuchały”, inicjując wewnętrznym płomień. Strzeliste, opadające kształty ulegały deformacji. Obiekty kolejno, rozrywały się na dwie opływowe części – jedną stanowiła smukła głowica, w kształcie karabinowego pocisku, drugą kulisty odwłok. Głowica szybko oddalała się od masywniejszego odwłoku. Teraz wszystko działo się jakby szybciej. Przednie opływowe pociski pognały z ogromną prędkością ku powierzchni, a z ciągnących się za nimi kul rozkwitał blady materiał, który szybko zwiększał swoją objętość. Spadochrony błyskawicznie złapały atmosferyczny oddech planety i kuliste obiekty zawisły nad miastem, niczym nasiona dmuchawców nad wielkim ziemskim polem.

Mark przełączył obraz na panoramę miasta. Kamera złapała ruch smukłych obiektów, którym dosłownie sekundy dzieliły od dachów największych budowli. W obydwu pomieszczeniach dwudziestego poziomu instytutu zapanowała przedziwna cisza. Czas na chwilę zatrzymał się. Wszyscy wsłuchiwali się w swoje miarowe oddechy i wpatrywali w jednostajne błyski wizjerów. Powietrze z każdym wdechem gęstniało i coraz bardziej zalegało w płucach. Nikt właściwie nie wiedział co obserwuje i na pewno nie podejrzewał, co mogło stać się za chwilę.

 

Opadające z niezwykłą prędkością głowice z całym impetem wdarły się do miasta. Wierzchnie części mocnych i stabilnych, jak się do tej pory wydawało, konstrukcji wieżowców rozkruszyły się i odpadły otwierając ogromne wnęki pozostałe po uderzeniu. Potężne jamy zionęły ogniem, niczym otwarte rany krwią.

Wieża Komunikacyjna otrzymała dwa ciosy prosto w bulwiastą kopułę, która zaraz po tym rozpadła się na drobne kawałki, jak nietrwała piaskowa budowla. Potężny „transgalaktik” stracił swoje stateczniki, a jeden z pocisków przeszył betonowy trzon, na którym się opierał i cała konstrukcja runęła na ziemię znikając za ciemnymi jak smoła kłębami pyłu. Gdy już cała szarańcza obiektów wniknęła w miasto, nastał spokój. Przez jedną tylko chwilę mogło zdawać się, że wszystko się już skończyło i to całe zjawisko było tylko wymysłem zmęczonych umysłów lub niezrozumiałą usterką w systemach wizyjnych.

Potężne rozbłyski i towarzyszące im wstrząsy, wyczuwalne nawet w ośrodku na obrzeżach miasta, natychmiast rozwiały wątpliwości co do autentyczności przekazu. Mark szybko wyłączył noktowizor, gdyż w takim trybie nic poza bielą nie dało się dostrzec. Setki kalafiorowatych eksplozji rozrywały budowle na miliardy kawałków, które niesione ognistym podmuchem opadały na mniejsze domostwa, powiększając tylko dzieło zniszczenia.

Wizjery przekazywały jedynie obraz, stwarzając niemy podgląd wydarzeń na zewnątrz ośrodka. Chyba tylko dlatego każdy ze zgromadzonych przed ekranami nie odebrał obrazu jako rzeczywistości, lecz jako nierealne przedstawienie naszpikowane cyfrowymi efektami. Na ich oczach miejsce gdzie żyli od dwudziestu lat, z którym zdołaliby się już utożsamiać, zamieniło się w ognistą chmurę pyłu. To przecież nie może być prawda…

-Mój Boże – westchnął ciężko Phil, jakby wypowiedziane słowa wypalały mu gardło.

Opadający pył odsłonił miasto, a raczej to, co z niego zostało. Nie było już ciemne jak jeszcze kilka minut temu, lecz promieniowało czerwoną poświatą, zionąc ogniem niemal z każdego jego skrawka. Stała się jednak rzecz bardzo dziwna. Wśród lśniących purpurą, stopionych stalowych konstrukcji, skierowanych ku niebu niczym las płonących krzyży, stał niemal nienaruszony budynek głównego banku. Żaden z pocisków go nie sięgnął, ba – nawet nie zadrapał. Krucha z pozoru, szklista powłoka budowli, wytrzymała napór ognia i pyłu. Bank odziany płaszczem piekielnych barw otoczenia, dzieląc rozpacz płonącego miasta, stał wśród zgliszczy niczym Archanioł z ognistym mieczem, oblany krwią królestwa, którego nie potrafił obronić.

-Rany boskie – powiedział Phil. Nie, nie powiedział. Słowa ugrzęzły mu wewnątrz wyschniętego gardła. Chciał powtórzyć, ale stwierdził, że nie ma najmniejszego sensu. Inni widzieli przecież to samo, co on, a jego odczucia na pewno nie różniły się zbyt wiele.

 

Angelika nie wytrzymała. Gdy jej twarz zaczerwieniała od krwawego blasku zdewastowanego miasta, padła na kolana przed pulpitem, jak niewierny otrzymawszy znak od Boga.

Otaczający ją świat nagle poszarzał i pociemniał, stając się dla niej nierzeczywistym i mniej namacalnym. Z jej nabrzmiałych rozpaczą oczu popłynęły łzy, a zsiniałe usta poruszyły się w jakiś niemych słowach. Nie wiedziała, co ma z sobą zrobić. Zaczęła na zmianę obejmować się rękami i zakrywać twarz dłońmi. Pragnęła schować się we wnętrzu własnego ciała – albo nawet lepiej – duszy, zapaść całkowicie w sobie i przestać odczuwać choć na moment, aby żaden atom świata zewnętrznego nie mógł do niej dotrzeć.

Boże, jakże była naiwna myśląc, że jakoś zniesie tę chwilę i bez problemu przyjmie zwrot o 180 stopni w jej życiu. Na pewno nie myślała o tak wielkim wstrząsie, z którego nie potrafiła się otrząsnąć. Jej serce oblała trwoga z taką siłą, jak ciekły azot zamraża wszystko na swej drodze. W duszę zajrzał najzwyklejszy w świecie strach. Skoro w jednej chwili miasto, któremu zawdzięcza najwspanialsze lata swojego życia rozpadło się niczym domek z kart, wszystko straciło nagle sens. Nic nie mogło być już trwałe. Cały Wszechświat mógł się rozpaść, jak zamek z piasku i nie stanowiłoby to dla niej żadnego zaskoczenia. Poczuła nagle, że i ona się rozpada. Jej świadomość stanowiąca dotąd niezniszczalny monolit pewnie stojący na podłożu egzystencji, rozrzedziła się tworząc zbiór drżących małych części, które większy podmuch wiatru mógł wyrzucić z całej konstrukcji.

Angelika poczuła jednak ciepło na ramieniu. Silna dłoń ochroniła ją niczym parawan przed następnym podmuchem. Otworzyła oczy i spojrzała na ramię. Tkwiła tam ręka Phila. Przyciskał ją do siebie tak mocno, że nie wytrzymała i jęknęła. Mimo tego Phil nie zwolnił uścisku dopóki jego wzrok nie napotkał wzroku żony. W spojrzeniu Angeliki skrywała się niewyobrażalna głębia, w której tkwił strach, troska i gdzieś na samym dnie odrobina nadziei. Oboje ją wyczuli, a doznanie to było jedyne w swoim rodzaju – tak czyste i budujące. Phil zdjął w końcu maskę tajemniczości, noszoną nieprzerwanie od otrzymania przekazu i uśmiechnął się. Uśmiech ten nie był tylko zwykłą pracą mięśni, lecz emanował szczerością, ciepłem i … Nadzieją.

Zza ciemnych chmur złych myśli Angeliki dało dostrzec się światło. Zrozumiała nagle, że Phil ma jakiś pomysł i nie pozwoli, aby stało im się coś złego. Upadek miasta, kolebki ich związku nie musiał oznaczać przecież końca wspólnego życia. Jest wiele miejsc, planet, które mogłyby stać się ich nowym domem. Muszą tylko wydostać się z tych przeklętych wrót piekielnych.

 

strona 6 z 7

Czytaj dalej >>

Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

7 komentarze do “Opowiadanie SF: „Upadek Peliona”

Dodaj komentarz >>

  1. o_o pisze:

    super-tylko takich wiecej

  2. matei pisze:

    Trochę mało oryginalne, zakończenie nieco rozczarowujące, ale i tak całość zasługuje na wysoką ocenę. Gratulacje.

  3. rob pisze:

    świetne

  4. GumowyKaczor pisze:

    Powala na kolana! Czytałem z zapartym tchem. Zdecydowanie jedno z najlepszych opowiadań na stronie. Pozdrawiam autora i czekam na więcej.

    1. Swiatkowski.net pisze:

      Bardzo dziękuję za pozdrowienia i niezmiernie się cieszę, że moje opowiadania trafiły w Twój gust :). Tego typu opinie tylko mogą bardziej zmotywować mnie do pracy :). Szczególnie raduje mnie ocena 'Upadku Peliona’ – opowiadanie to powstawało bowiem kilka lat, było kilkanaście razy zmieniane zanim zdecydowałem się na publikację. Nad żadnym innym tyle się nie napracowałem, może nie jest super oryginalne, ale nie miało być – to miała być porządnie skonstruowana historia, która wciąga i zaraża klimatem :). Pozdrawiam również.

  5. as pisze:

    piękne. dzięki

  6. mirek pisze:

    Fajne. Podobało mi się. Chociaż może lepiej byłoby odbierane z punktu widzenia jednego bohatera- narratora

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *