Opowiadanie SF: „Upadek Peliona”

„Upadek Peliona” – strona 4 z 7

 

Winda dotarła na miejsce bez żadnych niespodzianek. Chromowane drzwi rozsunęły się bezszelestnie i bardzo silne białe światło wdarło się do półmrocznego pomieszczenia. Doktor musiał zmrużyć oczy i odczekać chwilę, aby przyzwyczaiły się do mocniejszego natężenia światła. Po chwili ruszył do przodu, ale po zaledwie trzech krokach zatrzymał się. Drzwi windy zamknęły się tuż zanim, omal nie przecinając długiego mlecznego fartucha.

Doktor nie potrafił zrozumieć tego, co zobaczył. Pomieszczenie Rejestracji, jako jedyne oficjalne wejście i wyjście z ośrodka zawsze tętniło życiem. Przejść tędy musiał każdy z pracowników dwudziesto-poziomowego kompleksu. Teraz jednak, ku zaskoczeniu doktora miejsce to świeciło pustkami. Nawet stanowisko kontroli zostało pozostawione bez jakiegokolwiek nadzoru. Nic więc dziwnego, że dopuszczono do energetycznej awarii na niższym poziomie. Czoło doktora zmarszczyło się, brwi niemal opadły na oczy, a całe ciało napięło się w jakimś przedziwnym skurczu. Doktor tak mocno zacisnął pięści, że paznokcie przebiły mu skórę. Był naprawdę wściekły i gdyby ktoś teraz znalazł się w zasięgu jego rąk prawdopodobnie zostałby znokautowany.

 

Rozejrzał się ponownie po opustoszałym pokoju. Dopiero teraz zauważył jednak coś, co powinien wychwycić od razu. Z tego, co pamiętał ze szkolenia podstawowego procedura pod żadnym pozorem nie zezwalała na jednoczesne rozwarcie dwóch zewnętrznych śluz bezpieczeństwa.

W przypadku skażenia oznaczałoby to wydostanie się niebezpiecznych związków poza ośrodek. Tymczasem obie śluzy były maksymalnie rozchylone i dosłownie każdy z zewnątrz mógł bezkarnie wtargnąć na dowolny poziom. Skoro dopuszczono do tak bezmyślnego zaniedbania, to sytuacja na pewno jest bardziej skomplikowana niż wydawało mu się na początku.

 

Doktor zastanawiał się, co mogło spowodować taki chaos. W tym momencie dobiegł go z zewnątrz dźwięk, który słyszał tylko raz w życiu. Było to dwadzieścia parę lat temu, kiedy przybył na Pelion. W dniu oficjalnego otwarcia pierwszej samowystarczalnej placówki na nowej planecie zaprezentowano sygnał alarmowy, który miał ostrzegać mieszkańców przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Był to ciągnący się w nieskończoność wysoki dźwięk, przypominający niemal do złudzenia wycie syren, informujących o zbliżających się nalotach podczas II. Ziemskiej Wojny Światowej.

Dochodzący doktora alarm mógł oznaczać tylko wielkie kłopoty. Serce zaczęło mu nagle bić szybciej, a w głowie zaroiło się od setek myśli. Starał się w miarę szybko poukładać wszystkie fakty, ale nawet najgorsze przypuszczenia nie mogły pokryć się z prawdziwą przyczyną obecnych wydarzeń.

Doktor ruszył w stronę uchylonych śluz. Na zewnątrz dojrzał znajome, połyskujące zielenią kombinezony Służy Ochronny. Gdy wyszedł z ośrodka oniemiał.

-Zaraz… Niedawno sprawdzałem godzinę – mówił do siebie – przecież dochodzi południe. Jak to możliwe?!

Doktor stał i patrzył w niebo, które podobnie jak całe miasto pogrążone było w ciemnościach. Pomyślał, że spełniły się jego słowa, jakie wypowiedział w zabiegówce – gwiazda zgasła. To jednak było mało prawdopodobne, a jeśli nawet, to na niebie widać byłoby wówczas znacznie więcej gwiazd, niż w obecnej chwili i świeciłyby mocniejszym światłem. Może to zaćmienie? – pomyślał – Nie, poinformowaliby o tym w sieci. Zresztą nie uruchomiono by syren z powodu głupiego zaćmienia.

Doktor starał się ustalić, gdzie mniej więcej powinna znajdować się na niebie gwiazda. Biorąc pod uwagę porę roku i zbliżające się południe powinna świecić dokładnie nad jego głową. Doktor dostrzegł tam jaśniejszy punkt, w którego centrum widniał czarny, dziwaczny kształt. Czyli to jednak całkowite zaćmienie – pomyślał. Na szybko nie był wstanie wymyślić, co mogło odgrodzić miasto od bezpośredniego światła gwiazdy, zwłaszcza, że Pelion nie posiadała księżyców. Spuścił głowę i podszedł do najbliżej stojącego mężczyzny.

-Przepraszam! – zaczepił – Czy wie pan co tu się wyprawia?!

-Nie mam najmniejszego pojęcia – odpowiedział nie odrywając oczu od mrocznego nieba.-To stało się tak szybko, jakby ktoś nagle zgasił światło. A teraz te syreny. Chyba ktoś powinien nam to wytłumaczyć, nie uważa pan?

Doktor potwierdził skinieniem głowy i rozejrzał się wokół. Kilkanaście metrów od siebie dostrzegł ruch. Ktoś przedzierał się w jego stronę przez żywy mur zgromadzonych ludzi. Chwile później rozpoznał swojego przyjaciela Phila, który wręcz ciągnął za sobą żonę. Kiedy stanęli przed nim, doktor sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział co widzi.

Angelika była wyczerpana, spocona i przerażona, a Phil aż drżał ze zmęczenia.

-Phil?! Co ty… Co się stało?! – Zaczął zdezorientowany doktor.

 

Phil przeszył doktora niezwykłym wzrokiem, aż coś między nimi nagle zaiskrzyło. Gdyby siła tego spojrzenia mogła się zmaterializować, Mark leżałby już pewnie półprzytomny na ziemi, niczym powalony bokserskim ciosem. Phil nic nie powiedział, tylko gwałtownym ruchem złapał Marka za ramię. Jakże silny był to uścisk można było wyczytać z grymasu na twarzy niesłabego przecież doktora. Odciągnął go na kilka metrów od szemrzącego tłumu. Zanim jednak wykrztusił z siebie pierwsze zdanie, lekko uśmiechnął się. Zabawne, że w takiej chwili zwrócił uwagę na szczegóły. W życiu nie podejrzewałby siebie o taki profesjonalizm w obliczu globalnej katastrofy. Gdyby Phil wykrzyczał przy wszystkich jaki jest powód jego wizyty mogłaby wybuchnąć nie lada panika. Oczami wyobraźni zobaczył dziesiątki ludzi potykających się o siebie, pędzących w popłochu do głównego wejścia. Niektórzy zapewne chcieliby sprowadzić jeszcze swoje rodziny, blokowaliby właz – efekt otwarta śluza w trakcie ataku. W takim przypadku nawet pod ziemią nie byłoby bezpiecznie.

Delikatny uśmiech zniknął szybko z twarzy Phila. Ponownie przybrała posępny, lecz zacięty wyraz.

-Słuchaj – zaczął nad wyraz spokojnie Phil – Wiem, jaka jest przyczyna tego zaćmienia…

Dla Marka słowa te były prawdziwą iskrą, światłem w tunelu. Wiele dałby za to, aby ktoś w końcu wyjaśnił mu przyczynę tego całego zamieszania. No i proszę, ostatnia osoba, której mógłby się tutaj spodziewać, pojawia się z nikąd tuż przed nim i oznajmia, że jest autentycznym omnibusem. Na znak zaskoczenia doktorowi brwi podskoczyły niemal do połowy czoła, a powieki znikły gdzieś powiększając zmęczone oczy.

Cała trójka stała na uboczu przez kilka minut, lecz tylko mężczyźni dyskutowali. Gdy rozmowy ucichły jeden z nich ubrany w biały fartuch odwrócił się i złapał za głowę, jakby słowa, które usłyszał były zbyt szokujące, aby od razu mógł je przyjąć do wiadomości. Po chwilowym bezruchu opuścił ręce i ruszył w stronę śluz wejściowych do instytutu. Pozostała dwójka podążyła za nim.

 

Doktor podszedł do głównego panelu kontrolera. Poczekał aż Phil z żoną przeszli przez wewnętrzną śluzę i zaczął wpisywać długie sekwencje potrzebne do zamknięcia obu włazów. Jego dłoń zawisła jednak w powietrzu, jakby jakiś niewidzialny przedmiot zmaterializował się tuż nad klawiaturą. Mark zawahał się. Coś w jego wnętrzu pękło i krzykiem nie do zniesienia dało znać o sobie.

-Jak to Phil, mam zostawić tych wszystkich ludzi na zewnątrz?! – Drżący głos Marka stracił swój ostry charakter, do którego zdążył już przyzwyczaić chyba każdego. Z kimkolwiek by nie rozmawiał, ten zawsze odnosił wrażenie jakby właśnie otrzymywał reprymendę. Tym razem jednak głos był niemal zwierciadłem jego odczuć, przepełniony troską, obawami i strachem, którego chyba jeszcze nigdy nie doświadczył tak mocno.

Phil w rozmowie jaką odbyli parę chwil temu starał się jak mógł, aby prawda o obecnych wydarzeniach nie wywołała u Marka zbyt gwałtownych i emocjonalnych reakcji, a co za tym idzie także nieprzemyślanych zachowań. Mark był potrzebny w pełnej sprawności umysłowej. Phil był wojskowym, miesiącami szkolono go na wypadek podobnych sytuacji. Wiedział zatem jak zdławić w sobie strach, który w wielu przypadkach mógłby sparaliżować nie tylko umysł, ale i ciało. Wiedział, jak należy postępować, aby zmusić się do skutecznego działania. Natomiast skąd miał wiedzieć o tym Mark, zwykły chirurg, któremu wpojono jedynie kilka procedur działania w trakcie awarii instytutu.

 

Phil widząc wahanie przyjaciela od razu zorientował się, że stoi przed nim człowiek, który lada moment może rozpaść się emocjonalnie. Musiał zatem natychmiast zareagować.

-Jeżeli nie możesz tego zrobić, ja to zrobię. Tylko podaj mi kody. Za chwilę miasto przestanie istnieć, nie mamy czasu na rozmyślania.

Phil ruszył do pulpitu i wepchnął się na siłę między nim a doktorem.

-Zrozum, nie możemy wywoływać paniki. To zabiłoby nas wszystkich. Zamykamy, chyba że masz pomysł, jak błyskawicznie sprowadzić ich do środka – dodał.

-Może nakazać powrót do pracy przez megafony, jako natychmiastowe zalecenie zarządu? – wydusił z siebie po krótkiej chwili ciszy Mark.

-Na zewnątrz jest kilkadziesiąt osób. Wiesz ile trwałby ich powrót? Nie, nie możemy sobie pozwolić na stratę tylu minut. Musimy przecież zjechać jeszcze na niższy poziom, bo tutaj nie jest bezpiecznie. Zamykam – stwierdził ostatecznie Phil.

 

Mark podał mu szereg cyfr i pojedynczych liter. Tępy jęk tytanowych serwomotorów oznajmił początek sekwencji zamykania instytutu. Najpierw drgnęła śluza wewnętrzna. Kilkutonowy owal o niemal idealnie srebrnej powierzchni sunął nad wyraz ociężale ku swojemu przeznaczeniu. Gdy po kilkudziesięciu sekundach dotknął stalowych obręczy, odcinając instytut od świata zewnętrznego, elektroniczny zamek zakleszczył właz. Monotonne do tej pory zielonkawe światło umieszczone przy wejściu mrugnęło i zmieniło barwę na czerwoną. Demoniczne oko patrzyło teraz natarczywie na osoby w pomieszczeniu. Śluza ostatecznie została zamknięta.

-Czy jest możliwe, aby ktoś otworzył śluzę z zewnątrz? – Phil zerknął jeszcze na właz chcąc samemu przekonać się, czy wyjście zostało zablokowane.

 

Słowa Phila wyrwały Marka z niespotykanej dla niego niemocy. Potrząsnął lekko głową i przetarł dłońmi oczy.

– Tak… Naturalnie – zaczął – Główny personel zna odpowiednie kody i pewnie już je wpisują.

Phil zdrętwiał, jakby ktoś przyłożył mu lodowy okład do rozgrzanych pleców.

-Co więc zrobić, aby tego n-i-e z-r-o-b-i-l-i – przeliterował prawie.

-Trzeba natychmiast wprowadzić kwarantannę ośrodka, znam odpowiednią procedurę.

Słowa padły tak szybko, że zanim Phil zdążył je zrozumieć, doktor przysunął błyskawicznie klawiaturę i zaczął wklepywać dane. Przez jedną chwilę doktor zapomniał o złowrogich przepowiedniach kolegi i myślał tylko o tym, co w danym momencie robił. Ucieszył się, że w końcu mógł w jakikolwiek sposób wpływać na bieżące wydarzenia.

 

Mocne białe światło wypełniające pomieszczenie straciło nagle na intensywności i zaczęło migać przeplatając się w przedziwnym fotonowym tańcu z czerwoną poświatą.
-Uwaga cały personel – elektroniczny głos wydobył się z głośników – Najwyższy poziom bezpieczeństwa. Wprowadzono stan kwarantanny dla całego ośrodka. Przepisowy czas kwarantanny 24 godziny. Odbezpieczenie włazów wyjściowych nastąpi po przepisowym okresie. Instytut przechodzi na własny ekosystem. Zarządził doktor Mark Brooks.

Po długim informacyjnym bełkocie głównego komputera oświetlenie wróciło do normy. Kwarantanna została ostatecznie wprowadzona.

-Teraz nikt tu nie wejdzie, a śluzę będzie można otworzyć dopiero jutro o tej samej porze – westchnął Brooks.

-Dobrze – szepnął z aprobatą Phil, następnie spojrzał na długi pulpit mieniący się czteroma monitorami, naszpikowany kilkoma tuzinami potencjometrów i przycisków.

-Czy wszyscy pozostali w ośrodku, łącznie z nami, zmieszczą się na jednym poziomie? – zapytał.

-Nie. Maksymalna liczba osób to dziesięć. W przeciwnym wypadku zaburzony zostanie ekosystem.

-W porządku. My zjedziemy na najniższy poziom – zdecydował Phil.

-Zgadzam się – wydusił z siebie Mark. -Dodam do nas siedem osób, a resztę rozmieścimy na wyższych poziomach.

Mark zrobił krok w stronę prawego końca pulpitu i sięgnął po mikrofon. Kilka przełączników i zaczął mówić:

-Tu doktor Mark Brooks… Mamy wyjątkową sytuację… Zmuszony jestem wyłączyć wszystkie poziomy poza osiemnastym, dziewiętnastym i dwudziestym… Personel z poziomów – czwartego, szóstego i siódmego niech natychmiast zjadą na poziom dwudziesty. Osoby z poziomów… – Mark znów rozpoczął sporą wyliczankę. Phil wiedział, że doktor będzie zmuszony powtórzyć ją jeszcze kilkakrotnie, a to zajmie mu trochę czasu.
Po raz pierwszy od kiedy przeczytał przekaz z „Nadziei” mógł odetchnąć, zebrać myśli i zająć się w końcu Angeliką. Spojrzał na żonę, która przykucnęła skulona przy ścianie vis a vis pulpitu sterowniczego. Jej twarz przysłaniały rozwichrzone niedawnym biegiem włosy. Siedziała tak z dłońmi splecionymi jak do modlitwy. Widok ten był dla Phila wstrząsem. Do tej pory błądził gdzieś daleko myślami nie za bardzo zwracając uwagę na to, co przeżywała jego najbliższa osoba. Głowę zaprzątniętą miał heroicznymi planami wydostania się z planety. Wiedział, że tylko dzięki takiemu postępowaniu wszyscy razem znaleźli się teraz tutaj, bezpieczni, a nie błądzili gdzieś po ciemnych ulicach w poszukiwaniu schronienia. Z drugiej strony jego zachowanie było niezwykle zimne i wyrachowane, a więc dosyć brutalne. Ścisnęło go w żołądku. Dopiero teraz zrozumiał, że niemal doprowadził Angelikę do histerii.

Podszedł do niej i objął czule. Angelika podniosła głowę i palcem odgarnęła włosy z twarzy. Do tej pory sprawiała wrażenie nieobecnej, podróżując gdzieś z dala od okropieństw jakie miały nastąpić, jakby prawda była dla niej zbyt okrutna, aby nadawała się w ogóle do przyjęcia. Teraz spojrzała na męża głębokim, pełnym odczuć wzrokiem.

 

-Dobrze się czujesz? – zapytał.

Angelika wybuchła pustym śmiechem.

-Tak…Pewnie…Czuję się wręcz doskonale. Mówisz mi, że świat zaraz przestanie istnieć i oczekujesz ode mnie dobrego samopoczucia?!
Phil nic nie odpowiedział. W zasadzie odczucia żony były odzwierciedleniem jego własnych, tyle tylko, że on odsunął wszelkie pesymistyczne myśli gdzieś bardzo daleko, na samo dno swojej duszy. Gdyby pozwolił im wypłynąć na powierzchnię i zapanować nad nim, nie siedzieliby teraz w bezpiecznym ośrodku.

-Wszystko będzie dobrze – szepnął. – Teraz jesteśmy bezpieczni. Posiedzimy tutaj trochę i wrócimy do domu.

-Do domu? Nasz dom jest tutaj Phil i zaraz przestanie istnieć…

-Zobaczysz… Uda się nam stąd wydostać. Byle dolecieć na Ziemię…

-Ziemia… Już prawie zapomniałam jak tam jest.

-Przypomnimy sobie.

 

Phil przysunął jeszcze bliżej Angelikę. Tkwili tak bez słowa, aż spory mężczyzna ubrany w mleczny fartuch podszedł do nich, zasłaniając światło wydobywające się z sufitu.

 

-Wszystko gotowe, możemy zjeżdżać na dół – oznajmił Mark.

 

 

strona 4 z 7

Czytaj dalej >>

Zobacz komentarze >>

Opowiadania Science Fiction , Science-Fiction # , ,
  Udostępnij: / / /

7 komentarze do “Opowiadanie SF: „Upadek Peliona”

Dodaj komentarz >>

  1. o_o pisze:

    super-tylko takich wiecej

  2. matei pisze:

    Trochę mało oryginalne, zakończenie nieco rozczarowujące, ale i tak całość zasługuje na wysoką ocenę. Gratulacje.

  3. rob pisze:

    świetne

  4. GumowyKaczor pisze:

    Powala na kolana! Czytałem z zapartym tchem. Zdecydowanie jedno z najlepszych opowiadań na stronie. Pozdrawiam autora i czekam na więcej.

    1. Swiatkowski.net pisze:

      Bardzo dziękuję za pozdrowienia i niezmiernie się cieszę, że moje opowiadania trafiły w Twój gust :). Tego typu opinie tylko mogą bardziej zmotywować mnie do pracy :). Szczególnie raduje mnie ocena 'Upadku Peliona’ – opowiadanie to powstawało bowiem kilka lat, było kilkanaście razy zmieniane zanim zdecydowałem się na publikację. Nad żadnym innym tyle się nie napracowałem, może nie jest super oryginalne, ale nie miało być – to miała być porządnie skonstruowana historia, która wciąga i zaraża klimatem :). Pozdrawiam również.

  5. as pisze:

    piękne. dzięki

  6. mirek pisze:

    Fajne. Podobało mi się. Chociaż może lepiej byłoby odbierane z punktu widzenia jednego bohatera- narratora

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *